W stanie wojennym, jak było ciężko, bo wyczerpały się kartki na mięso i parówki, chodziłem z Tatą na ryby nad Olzę.
Wstawaliśmy wcześnie rano, Tatko brał szpadel i rozkopywał ziemię w ogródku przed internatem. Polowaliśmy na tzw. rosówki – żwawe dżdżownice, ulubiony pokarm tego rybia, które żyło w granicznej rzece Olzie. Tatko kopał, a ja swoimi dziecięcymi paluszkami wyłuskiwałem z przekopanej gleby małe dżdżownice. Do słoika wkładało się grudkę ziemi, trochę wody i te upolowane glizdy.
Potem szliśmy na I i II jaz ma Olzie. Dwa razy po drodze byliśmy kontrolowan przez WOP-istów. Nie byłem wówczas już za bardzo ogarnięty politycznie, ale nie bardzo pojmowałem dlaczego ucieczka do Czechosłowacji, w której był większy niż u nas komunizm miałby jakiś sens.
Tatko zarzucał dwie wędki, jedną swoją, drugą moją, odpalał papierosa bez filtra i zawieszał się. W tym czasie ja obserwowałem Czechosłowację. I choć już wtedy wiedziałem, że na drugim brzegu też mieszkają Polacy, to i tak było to pierwsze doświadczenie świata zagranicznego.
Trzeba przyznać, że Tato nie miał szczęścia do ryb. Jak już jakąś złowił, to wyrzucał z powrotem mówiąc, że za mała, albo śmierdzi chemią z Trzyńca (pobliska huta żelaza). On tam zresztą nie przychodził dla mięsa rybiego, ale dla czasu spędzenia w samotności.
I gdy po wielu latach poszedłem w to samo miejsce, już bez żadnych kontroli po drodze, ot tak spacerkiem, nie widziałem już tej dramaturgii zdarzeń i połowów. Po prostu widziałem rzekę, która płynie i tyle. Czar prysł.
Wielokrotnie wychodziłem wczesnym rankiem z Tatą na ryby, które były tylko pretekstem do tego, żeby usiąść na brzegu rzeki i patrzeć na drugą stronę, która była dla nas wówczas zakazana. I to chyba było piękne w tych wycieczkach.

Zostaw komentarz