Ostatnio Pan Robert Biedroń uraczył nas myślą jako to należy wprowadzić zakaz spowiadania dzieci (czyżby miał zamiar wprowadzać lewicowy totalitaryzm, w którym to państwo, a nie rodzice będą decydować o tym, czy dziecko się będzie spowiadać? Wydaje mi się, że rodzice najlepiej wiedzą co jest dobre dla dziecka. Przynajmniej co do zasady. Jeśli ich decyzja nie wywiera wpływu na sytuację osób trzecich, to nie widzę powodu, dla którego władza państwowa miałaby aż tak daleko ingerować w proces wychowania).

Intelektualne peregrynacje Pani Sylwii Spurek są przedmiotem soczystych żartów.

Jakiś dłuższy czas temu Pan poseł Nitras mówił o opiłowywaniu praw katolików.

Nawet skądinąd lubiana przeze mnie posłanka Jachira wypowiada się o „pedofilach w sutannach” w sposób, delikatnie rzecz ujmując, mało zniuansowany, jakby każdy dosłownie ksiądz czekał tylko na okazję do molestowania dzieci.

Wreszcie i Pan Donald Tusk zachował się jak rasowej klasy populista ogłszając chęć wprowadzenia 4-dniowego tygodnia pracy w sytuacji, gdy już przedsiębiorcy mają problemy z poniesieniem kosztów wynagrodzeń pracowników.

A teraz sobie proszę wyobrazić siedzącego na przyzbie chaty w podkarpackiej wsi chłopa, który takie rzeczy słyszy. On nie wie, co to jest performance, mięso jada codziennie i jajka też. Popija to mlekiem.

Proszę sobie wyobrazić Pana Ryśka, u którego w sklepie w Radomiu pracuje żona, a w drugim zatrudniona dziewczyna z urzędu o pracę, który się dowiaduje, że jedna partia podnosi mu wynagrodzenie minimalne, które ma tej dziewczynie zapłacić, a druga zamierza wprowadzić mu 4-dniowy tydzień pracy. A przecież tego minimalnego wynagrodzenia nie obniży.

Tak sobie myślę, że czasami polityk powinien przemyśleć cenę, jaką chce zapłacić, żeby odróżnić się od reszty. Zwłaszcza w czasach, kiedy pomyłka przy zakupie może go (i nas przy okazji) bardzo drogo kosztować.

Fot. Twitter/Robert Biedroń