Moja głęboko niesłuszna jeremiada przeciw bardziej ode mnie utalentowanym, zasłużonym dla kultury światowej filmowcom, których – powodowany niskim uczuciem zawiści – pomawiam o świadomie złe intencje w użytkowaniu ich bezsprzecznych zdolności.

Jakub Boehme opowiada, że gdy zapytano Szatana: „Dlaczego opuściłeś Raj?”, ten odrzekł: „Ponieważ chciałem stać się autorem”. […] Również Diabeł chciałby stworzyć swoje własne Dzieło. Ale może działać tylko naszymi rękami. Dlatego właśnie artysta i pisarz narażeni są na straszne niebezpieczeństwo: kiedy tylko wezmą do ręki pędzel lub pióro, Diabeł już czeka, […] a najlepsi, w większym stopniu niż pozostali, stają przed pokusą przyjęcia rad tego genialnego Suflera. Denis de Rougemont – „Udział Diabła”.

Kolejni wielcy twórcy polskiego kina odchodzą do Krainy Wiecznego Seansu, dołączając do kolegów, którzy tam trafili wcześniej. Tylko że ten seans trwa nie tylko w kinoteatrach niebiańskich, ale – niestety – i piekielnych.

A na tych drugich, pełnych rogatych i kozłonogich koneserów filmowych oraz protegowanych przez nich za życia utalentowanych mistrzów „najważniejszej ze sztuk” (wedle skrzydlatego wyrażenia jednego z ich ulubionych menedżerów kultury, znanego pod pseudonimem artystycznym „Lenin”) – tłok jak diabli, bo to nie tylko tłum kinematografistów, ale i chmara ich płatnych chwalców, znanych jako krytycy, filmoznawcy, historycy kina…

Jeśli to jakieś pocieszenie dla rodzimych koryfeuszy srebrnego ekranu – kandydatów na piekielne salony – niemało tu kinematografistów o nazwiskach znacznie głośniejszych na całym świecie od naszych twórców. Nie ma wszak takiego zestawienia „100 najbardziej znaczących filmów w historii kina”, gdzie by zabrakło n.p. dzieł sowieckiego Homera – Siergieja Eisensteina!

Jeśli nie gloryfikujący przewrót bolszewicki „Październik”, to fałszujący historię prawdziwego buntu marynarzy „Pancernik Potiomkin”, albo wysławiający w istocie okrucieństwa Stalina i jego „opryczników” z NKWD „Iwan Groźny” zawsze zajmą czołowe miejsca na tych zestawianych przez wyrafinowanych estetów listach.

A był to talent niewątpliwie monumentalny, choć przy tym ewidentnie demoniczny. Nawet w filmie zatytułowanym imieniem, było nie było, prawosławnego świętego, Aleksandra Newskiego, Eisenstein na zlecenie  czerwonego Kremla nie tylko jak zawsze fałszuje na całego historię,  ale udaje mu się przez półtorej godziny seansu dokonać iście szatańskiego „cudu”: w kadrze przez cały czas krzyż obecny jest jedynie na białych płaszczach i w rękach okrutnych, podłych i butnych teutońskich rycerzy, wrzucających biedne ruskie dziecięta żywcem w płomienie. Sam prawosławny wszak kniaź – przypomnijmy, że później uznany przez moskiewską cerkiew za świętego – nie żegna się znakiem krzyża ani razu, nawet przed decydującą bitwą, a podczas wjazdu zwycięskiego księcia do pełnego wszak cerkwi Nowogrodu widok miasta jest zawsze tak skadrowany, że na jedynym topornym gmaszysku mającym te wszystkie cerkwie symbolizować, najczęściej nie widzimy wieńczących jej kopuły krzyży…

Mimo tylu  starań reżysera zgodnych z antychrześcijańską linią ukochanej Partii od lat głoszoną na stronicach „Prawdy” i brutalnie realizowaną w praktyce, zrobiony w 1938 r., film już w kilka miesięcy później okazał się nieaktualny wskutek niespodzianie ogłoszonej sowiecko-nazistowskiej drużby przypięczętowanej tzw. paktem Ribbentrop-Mołotow, a w istocie Hitler-Stalin, w dziedzinie sowieckiej „sztuki” owocującego takimi plakatami, jak ten ukazujący wedle umieszczonego na nim wierszyka lotników „narodów-braci”, wymieniających w powietrzu uścisk dłoni nad wspólnie bombardowanym Londynem… Ale jak to z taką drużbą bywa, skończyła się ona równie niespodziewanie, jak się zaczęła i po napaści III Rzeszy na Sowiety w 1941 r. „Aleksander Newski” ponownie wszedł na ekrany, dopiero wtedy też Eisenstein otrzymał spóźnioną Nagrodę Stalinowską.

Jego film zyskał nagle drugie życie – pokazywano go stale przez całą wojnę, by wśród „ludzi radzieckich” wzmagał nienawiść do niemieckich spadkobierców wrednych Teutonów, co się świetnie udawało, bo Eisenstein potrafił wzbudzać pożądane u widzów uczucia. A dodajmy, że pomagał mu w tym  też ceniony na całym świecie autentyczny geniusz muzyczny, kompozytor Siergiej Prokofiew, który z nostalgii za Rosją przehandlował swój talent na nietykalność i przywileje w Kraju Rad ery Stalina, wzmacniając złowrogie oddziaływanie filmu swego imiennika zaprawdę porywającymi melodiami i pieśniami.

Tak, porywającymi – ale ku czemu?

Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w części drugiej książki pt. „Spodlić własną sztukę!”, którą napisał Jerzy Lubach – przeczytacie tutaj.

Oczywiście cdn.

Autor: JERZY ANDRZEJ LUBACH, pseudonimy literackie: „Andrzej Poraj”, „Geoffrey Monk”. Polski pisarz, scenarzysta, publicysta, reżyser i producent niezależny, Prezes KINIKON Film Studio, autor kilkudziesięciu filmów dokumentalnych o tematyce historycznej. Od okresu stanu wojennego do końca PRL współpracownik niezależnego ruchu wydawniczego; publikował pod pseudonimem „Andrzej Poraj”. Obecnie publikuje w: „Kurier Galicyjski”, „Teologia Polityczna”, „Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Studia i Materiały Centralnej Biblioteki Wojskowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”.