Wybacz
Wybacz mi
To nie tak
Nie chciałam
Chciałam…
Uwierz, że wszystko miało być inaczej
Miałam plan, wyobrażenie
Mnóstwo wyobrażeń
Czułam
Miało być inaczej
Został twój cień, wspomnienie, albumy zdjęć
Ale to nie to samo
To nie samo
To coś zupełnie innego
Czekałam
Wyczekiwałam cię tygodnie i miesiące
Czułam jak rośniesz, jak się powiększasz, jak rozpychasz się w brzuchu.
W moim brzuchu.
Powstałeś z miłości. Były czasem łzy, złe chwile, złe momenty, z których potem rodziła się radość. I miłość.
Bo miłość była. Ta romantyczna, która jest tą jedyną, niepowtarzalną i wieczną. Ta której już nie ma.
Zrodziłeś się ze wspólnego oddechu, w szaleństwie uniesień. To była ta krótka noc. Za krótka, gdy kolejny dzień ciągnął się w nieskończoność, ale wiesz?
Ja wtedy, właśnie wtedy poczułam.
Że będziesz.
Właśnie ty, nikt inny. Czułam to i będę to powtarzać, bo tak, tak właśnie było.
Potem wszystko stało się inne. Radość popłynęła w moich żyłach. Czułam ją w rytmie wybijanym w sercu. Tętniła we mnie i nie próbowałam tego ukrywać. Nie chciałam.
Od pierwszego dnia pozwoliłam się unieść, oddać i najzwyczajniej być w tej wyjątkowości. Powstawałeś ze mną i we mnie. Z moich komórek, z mojego ciała. Karmiłam cię sobą i z siebie. Zasypiałeś ze mną. Razem budziliśmy się rano, czasem później. Czekałam na Twój ruch. Ten pierwszy. Biłeś i kopałeś, a ja myślałam, kop, uderz, jeszcze. Czekałam na ten mecz każdego dnia. Mówiłam „dzień dobry, kochany”. Potem jedliśmy razem śniadanie albo obiad. Wtedy, gdy mogłam, bo na początku było mi trudno znieść zapachy, nie zakrywać ust w lęku, że nie wytrzymam, nie zatrzymam, bo wszystko miało tyle mdlącego aromatu i smaku, było tak głęboko intensywne i mocne. Jak nigdy.
Potem śmiałeś się ze mną z tych dziwnych potrzeb i ochotek, i zachciewajek, jakich wcześniej nie było. Czułam ten twój śmiech, a ja śmiałam się z tobą i z ciebie, i z siebie. Rosłeś, a moje ciało rosło razem z tobą. Byłam coraz większa, mniej kanciasta, coraz bardziej wypukła. Stałam się miększa i delikatniejsza. Obserwowałam nas w z profilu, w lustrze i wyobrażałam, że pływasz we mnie, tam w środku mojego brzucha, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, co tworzy wnętrze i składa się na wnętrzności.
Było cię coraz więcej, a mnie z tobą. Byliśmy razem w połączeniu i złączeni na czas, na dziewięć miesięcy.
Czekaliśmy na ciebie. Wypatrywaliśmy ciebie i dnia, gdy powitasz słońce albo księżyc.
My, których już nie ma. My, którzy nie możemy znieść swojego widoku.
Chciałam pokazać ci wszystko albo jeszcze więcej, bo świat i to co poza nim. Robiłam palcem kółka po moim starym globusie z dzieciństwa. Malowalam na nim trasy, drogi i ścieżki, którymi kiedyś chcialam cię poprowadzić. Planowałam odkrywać świat od nowa i na nowo, bo z tobą, twoimi oczami, twoim dotykiem, twoim każdym zmysłem.
Przygotowałam ten pierwszy dla ciebie wszechświat, pokój pełen wszystkiego, co uznałam za niezbędne. Byś miał. Wymyśliłam sobie to wszystko, a potem ściągnęłam, zwiozłam, ustawiłam w nowym porządku. Wiele razy. Przekładałam z miejsca w inne miejsce, z kąta w kąt, z półki na półkę, by było lepiej, wygodniej, ładniej. Każdy centymetr pokoju pełen był tego oczekiwania. W którymś momencie wszystko w nim było, bo i więcej nie było można pomieścić. Zapełniłam, przepełniłam tym wyczekiwaniem, oczekiwaniem, wypatrywaniem, odliczaniem. Oglądałam ten nadmiar. Śmiałam się i płakałam wyobrażając, co w krótce będzie. Czułam…
Tego nie da się nazwać. Na to nie ma dobrych słów. Trzeba je odnaleźć albo wymyślić, ale ja już nie chcę ich szukać.
Już nie.
Teraz chcę zapomnieć. Chcę wyrwać z mojej głowy, z mojej pamięci każdy tamten dzień. Chciałabym..
Gdybym mogła zrobić otwór w tej mojej pamieci i wylać z niej każdą wspólną minutę, wydrapać każdą notatkę z tamtych dni, tygodni i miesięcy. Marzę o tym, by móc wyrzucić je gdzieś, daleko, do innej galaktyki, do innej rzeczywistości.
Ale nie mogę. Nie da się.
Niedasię.
Podobno…
Podobno tak się zdarza…
Ludzie tak mówią, że tak może się stać.
Mówią to starsi, młodzi, mądrzy i bez wiedzy tajemnej.
Mówią, mówią, ale mnie to nie pomoże.
Mnie to nie pocieszy.
Mnie to nie uleczy, nie uspokoi, nie wyciszy. Nie wysuszy morza przelanych łez.
W czym by miało pomóc?
Mówią czas.
Mówią on leczy.
Że zabliźni.
Że kiedyś da zapomnieć.
Dużo mówią.
Chcę wierzyć. Nie mam wyjścia. Muszę.
Teraz na to za wcześnie. Teraz jeszcze czuję i widzę go. Jeszcze patrzę i chwytam tę każdą chwilę, minutę, godzinę. Godziny. Tyle miałam, tyle byłam, tyle byliśmy.
Tak bywa.
Znowu mówią.
Nie słucham.
Napisane 17.11.2024. Wspominam pewną panią, jej męża.
I Julka, który żył trzy dni.
Po kilku latach pamiętam ten ich czas.
Julek miał dużą wadę serca. Większą niż wskazywały dobre maszyny diagnostyczne.
Obraz Christian Abella z Pixabay
Zostaw komentarz