Diabeł ubrał się w ornat i na mszę ogonem dzwoni, mawiali ongiś Polacy. Przysłowie to jak ulał pasuje do piątkowego występu tria wyborczego Platformy. Joanna Mucha, Tadeusz Zwiefka i Marcin Kierwiński na konferencji prasowej w piątek, 4 września 2015 roku, chóralnie potępili spot wyborczy PiS. Jako „działający podprogowo” wg Joanny Muchy, wg Zwiefki świadczący o nienawiści, jaką PiS żywi do Polski. Marcin Kierwiński, aczkolwiek obecny na konferencji, nie został dojrzany przez media.

Spot, który tak oburzył PO, poświęcony jest dzieciom.  Głodnym dzieciom, których wg raportu GUS jest ok. 800 tys., ale których nie ma według PO, o czym świadczy szczaw rosnący na nasypach kolejowych i mirabelki, jak uczenie stwierdził intelektualista Niesiołowski.

Na dodatek, wedle dr Muchy, spot wywołuje u dzieci nerwicę i lęki. Zapewne ze względów humanitarnych nie dodała, że we wsiach, w których część rolników obejrzała spot PiS kury przestały się nieść a część dzieci zachorowała na koklusz.

POlitycy określili dokładnie, na czym tenże przekaz miał polegać.

 Podczas dzisiejszej konferencji prasowej odniesiono się do przekazu spotu PiS. PO zarzuca PiS manipulację. Przyjrzano się bowiem zdjęciom, które występują w klipie, a które zmieniają się, zdaniem polityków partii rządzącej, co… cztery setne sekundy. – To materiał podprogowy działający celowo na naszą podświadomość – przekonywała Joanna Mucha. (Onet.pl)

Z przekazem podprogowym (pomijam dość mądrze uzasadnione stanowisko, że to jedynie twór medialny) mielibyśmy do czynienia wyłącznie wtedy, gdyby do normalnego spotu zostały doklejone zdjęcia, mające wpłynąć na nasze postrzeganie rzeczywistości. Prócz zdjęć dzieci co jaki czas trafiała by się klatka z napisem GŁOSUJ NA PIS. A wtedy, być może, część widzów w nadchodzących wyborach głosowałaby na tą partię. Tego jednak dr Mucha nie powiedziała, bo skończyłoby się to głośnym procesem i sromotną przegraną jeszcze przed wyborami.

Dodać należy, ze wg psychologów bodziec podprogowy winien trwać ok. 4 milisekund, a więc 10 razy krócej, niż ten wydumany na piątkowej konferencji. Poza tym zdjęcia biednych dzieci mogą jedynie wzmóc w obserwatorze współczucie.

Najwyraźniej wspomnienie o realnie żyjących w Polsce biednych dzieciach zagraża Platformie.

Czemu więc miał służyć ten kabaretowy występ prominentnych członków sztabu wyborczego PO?

Gdyby Ewa Kopacz (z domu Lis) kierowała się choćby 1/10 rzekomych standardów PO, oboje trzymałaby jak najdalej od kontaktu z potencjalnymi wyborcami.

Bo, chronologicznie ujmując, Tadeusz Zwiefka zasłynął już w 2008 roku jako kombinator, wyłudzający nienależne mu pieniądze z unijnej kasy.*

Z kolei Joanna Mucha, dr nauk ekonomicznych, w PO od 2003 roku, jako minister sportu zasłynęła nie tylko opowieściami o III Lidze Hokeja (nieistniejącej), ale przede wszystkim zatrudnieniem własnego fryzjera.

Zawód fryzjera jest teraz w cenie. A przynajmniej fryzjera minister sportu. Joanna „Fucha” Mucha zatrudniła Marka Wieczorka, właściciela lubelskiego salonu piękności, w którym się strzygła, jako wicedyrektora Centralnego Ośrodku Sportu.

Jak wyliczył portal kampanianazywo.pl, Wieczorek zarabia 10 tys. zł brutto, czyli mniej więcej 7 tys. na rękę. Ale dla pani minister taka pensja to nic. Tłumacząc zatrudnienie znajomego fryzjera, oświadczyła, że przecież to nie jest duża kwota. – Mało kto z takim wykształceniem chciałby pracować za takie pieniądze – przekonywała. http://www.fakt.pl/Joanna-Mucha-Kto-chce-pracowac-za-7-tysiecy-,artykuly,144745,1.html

A przecież prawie od samego początku jej kariery politycznej widać było, że Mucha, mimo posiadanego tytułu naukowego, jest, delikatnie mówiąc, mało poukładana.

W  lutym 2011 r. w wywiadzie dla partyjnej gazetki „POgłos” jeszcze  posłanka Joanna Mucha stwierdziła że starsi ludzie „chodzą do lekarza co dwa tygodnie dla rozrywki”. Dodała przy tym, że nie widzi też sensu w wydawaniu pieniędzy na leczenie 85-latków, np. przy operacji biodra. Bowiem taka osoba „nie chodzi i nie będzie chodzić, bo się nie zrehabilituje”.

Nawet prasa niemiecka, dziwnie powściągliwa wobec PO, nazwała ją ‘najpiękniejszym pośmiewiskiem EURO 2012’ (Die Welt).

Latem 2013 r. prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie organizacji koncertu amerykańskiej piosenkarki na Stadionie Narodowym. Decyzja ta była związana z podejrzeniem przekroczenia uprawnień przez urzędników ministerstwa sportu w związku z finansowaniem koncertu w sierpniu 2012 r. na ogromną sumę – 6 milionów złotych.

Najwyższa Izba Kontroli uznała, że ministerstwo sportu mogło wykorzystać ponad 6 mln zł niezgodnie z przeznaczeniem, bo zamiast na promocję mistrzostw futbolowych Euro 2012 oraz siatkówki resort wydał je m.in. na koncerty Madonny i Coldplay. Według Izby organizacja koncertu i kilku innych imprez przyniosła 4,6 mln zł strat. (za: Niezależna.pl)

To tylko część zarzutów, dotyczących Joasi. Pełny tekst zarzutów znajdziecie w interpelacji sejmowej nr 33806 z 17 lipca 2015 roku. http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=0A9124B3&view=1

Jeśli więc robienie z obojga w/w kolejnych frontmanów PO nie wynika z braków kadrowych (o czym z kolei świadczy Dorn i Napieralski na listach wyborczych) oznacza to, że w POlityce  przyszedł czas na szczerość.

Ewa Kopacz wysyłając Zwiefkę i Muchę jako frontmanów PO mówi nam wyraźnie:

Wybierz pazerność i niekompetencję!

Jesteśmy niekompetentni a nasza działalność powoduje straty. Ale za to, jak nikt inny, potrafimy zabiegać o nasze korzyści.

To chyba najważniejszy „podprogowy przekaz” piątkowego kabaretu wyborczego PO.

_________________________________________________

* Polski europoseł przedstawia: jak oszukać UE?

Jak wiadomo, zasiadanie w Parlamencie Europejskim to jedna z lepszych synekur dla polskiego polityka. Zarobi, a się nie narobi. Na przykładzie Tadeusza Zwiefki niemiecka telewizja pokazała tę prawdę światu.

Wspomniana przez nas wczoraj niemiecka afera ze Zwiefką warta jest rozwinięcia. Obecnego kujawsko-pomorskiego deputowanego do Europarlamentu z ramienia Platformy pamiętamy jako gwiazdę TVP. Teraz został gwiazdą RTL – ale chyba trochę mimo woli.

Ukazał się tam reportaż Thomasa Meiera ze Strasburga: opowiadający o tym, za jak mało pracy eurodeputowani dostają do 11 tys. euro (ponad 37 tys. złotych) miesięcznie. Zwiefka jest jednym z głównych bohaterów.

Zwiefka, z bagażami, wpada jak burza do siedziby Parlamentu Europejskiego, by podpisać listę obecności. Inaczej nie dostanie 284 euro dziennej diety. Między Zwiefką a Meierem wywiązuje się krótki, acz interesujący dialog.

MEIER: Czy pojawił się pan tu tylko po to, żeby podpisać listę i dostać pieniądze?

ZWIEFKA: To nie pana interes.

Za chwilę nasz dzielny przedstawiciel pojawia się w kadrze ponownie. Już się chyba podpisał, bo ciągnie swe toboły do wyjścia. A potem – lotnisko we Frankfurcie, i do domciu. W poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku zarobienia prawie tysiąca złotych.

Bydgoska edycja “Gazety” poprosiła Zwiefkę o komentarz:

Nie czuję się winny.

Otóż Zwiefka nie został na obrady, gdyż miał ważniejsze sprawy w Polsce. Najpierw półtoragodzinny dyżur w swoim biurze, a potem… wieczorek poetycki Grażyny Wojcieszko.

Zwiefka w swoim braku poczucia winy nie jest bynajmniej odosobniony. Genowefa Grabowska (SdPl):

Dotarcie do kraju zajmuje nam co najmniej kilka godzin. Najpierw w samochodzie, potem w samolocie. Za tę fatygę należy się chyba jakaś rekompensata?

Chyba moralna, bowiem zwrot kosztów podróży europarlamentarzysta dostaje. Ale jego bezcenny czas? I ta, hm, fatyga?

Co zaś na to lokalne władze Platformy Obywatelskiej? Paweł Olszewski:

Faktycznie dochodzi do wypłacania diet za fikcyjny udział w obradach, ale to powszechne zjawisko. Nie wiem, dlaczego konsekwencje miałby ponieść akurat tylko nasz przedstawiciel Tadeusz Zwiefka? (…)

MAGDA HARTMAN | Środa [ 2.07.2008, 7:42] Superekpres