Przechodziłem dziś obok sklepu „Społem” oferującego kanapki cieszyńskie i oczom nie wierzyłem. Na krzesłach przy szybie wystawienniczej siedziało kilka tłustych śledzi i konsumowało kanapki z ludzi. Mlaskały przy tym przeokrutnie. Słychać było donośnie narzekanie.

– Ludzie niesamaczne som – powiedział śledź wypluwając do kosza kości. – Nie to co ryby, ryby som dobre, smaczne takie, kanapka ludziowa jest niesmaczna – skonstatował.

– Może i niesmaczna, ale pożywna – odpowiedziała śledzica. Poza tym tyle lat ludzie zjadali śledzie, pora wreszcie najwyższe byśmy my – śledziny, śledzie i śledziątka – zaczęli zjadać ludzi. Nawet jeśli nie są smaczni. Tu chodzi o sprawiedliwość historyczną!

– Pani Haniu, przyjechała dostawa mrożonych filetów z podludzi, gdzie wypakować? – zapytał dostawca w służbowym drelichu.

– Pan wrzuci do piwnicy, do rana się rozmrożą i będą na kanapki – odpowiedziała kierowniczka sklepu. Na świeżo jako tako. Coraz więcej śledzi przychodzi i pyta o to, kiedy znów będą kanapki z ludzi. Dwa takie dorodne śledzie siedzą non stop w Parku Pokoju i tylko wypatrują nowej dostawy. Zjadają, aż im się płetwy trzęsą.

Odkąd zezwolono na produkcję kanapek z ludzi zamiast ze śledzi, populacja miasta Cieszyna zmniejszyła się o połowę. Większość wybrała emigrację w obawie przed byciem zjedzonym przez śledzia. A trzeba przyznać, że populacja śledzi w mieście nad Olzą gwałtownie wzrosła z tendencją do rozpychania się.