Na co dzień jestem kibicem Lecha Poznań oraz Reprezentacji Polski. Ponieważ wychowałem się za granicą, nie odczuwam aż tak dużej niechęci do klubów nielubianych w Poznaniu. Podczas międzynarodowych rozgrywek klubowych patrzę na polską piłkę nożną bardziej globalnie. Polski zespół w pucharach europejskich to dla mnie przede wszystkim polski zespół a nie na przykład wroga drużyna z Warszawy. Marzy mi się silna polska liga. Niektórzy kibice życzą spadku z Ekstraklasy swoim największym rywalom. Ja osobiście chcę, aby nadal w niej grali i aby się wzmacniali. Nasza liga wyglądałaby znacznie mniej ciekawie bez takich meczów jak Lech Poznań – Legia Warszawa. A co do wzmocnień konkurencji, wolę, aby mój Kolejorz musiał ciężko walczyć w silnej lidze niż aby co roku zdobywał mistrzostwo jakiejś „ligi ogórkowej”.

 

Czasami odnoszę wrażenie, że właściciele polskich klubów nie są zbyt ambitni pod względem sportowym. To nie wrażenie. To czysta prawda. Interesują ich przede wszystkim transfery. Gdy Lech Poznań zdobył mistrzostwo Polski w 2010 roku i sprzedał Roberta Lewandowskiego za całkiem duże pieniądze jak na polskie realia, pamiętam jak włodarze mojego ukochanego klubu targowali się o jakieś marne 200 tyś. euro w sprawie sprowadzenia Artjomsa Rudņevsa, podczas gdy do zarobienia w Lidze Mistrzów było około 20 milionów złotych. Skończyło się na tym, że Lech Poznań odpadł w kwalifikacjach ze Spartą Praga, która była do ogrania. Następnie łotewski napastnik dołączył do klubu i po zakwalifikowaniu się do fazy grupowej Ligi Europy, strzelił on dla Lecha Poznań cztery bramki przeciwko słynnemu Juventusowi. W tamtym sezonie mistrzowie Polski trafili na grupę śmierci w Lidze Europy. Nikt nam nie dawał żadnych szans. Lech Poznań jednak wygrał dwa mecze przeciwko drużynie z Salzburga, której tradycja została zbezczeszczona przez słynny koncern produkujący napoje energetyczne. We wspomnianym dwumeczu przeciwko Juventusowi padły dwa remisy: 3:3 na wyjeździe oraz 1:1 w Poznaniu. Co do Manchesteru City, Lech Poznań przegrał mecz na wyjeździe, aby potem u siebie zwyciężyć. Do następnej rundy awansował Kolejorz wraz z Manchesterem City. Słynny Juventus nie wyszedł z grupy. W 1/16 finałów Ligi Europy mistrz Polski odpadł z FC Bragą (1:0 oraz 0:2) – portugalskim zespołem, który następnie doszedł do finału rozgrywek. Ten sezon jest dla mnie dowodem, że Lecha Poznań było stać na Ligę Mistrzów. Jeden z powodów braku awansu do tych prestiżowych rozgrywek to skąpstwo właścicieli klubu. Targowanie się o 200 tyś. euro w czasie walki o awans do Ligi Mistrzów to żenada niegodna poważnych biznesmenów. Mam nadzieję, że któregoś dnia nasza drużyna zostanie przejęta przez inwestora z większymi ambicjami niż granie w czołówce naszej niezbyt silnej ligi i wyciągania z niej kilka groszy. Gdy takich właścicieli będzie w Polsce więcej, zyska na tym cała liga. Nie mogę też wybaczyć właścicielom Lecha Poznań innej bardzo złej decyzji. W sezonie 2015/2016 zarząd postanowił się skupić na lidze, podczas gdy Lech grał w fazie grupowej Ligi Europy. Nie tylko po to co roku walczymy o wysokie miejsce w tabeli, aby zabłysnąć na krajowym podwórku, ale również w celu pokazania się w Europie. Gdyby zarząd potraktował Ligę Europy na poważnie zamiast pozwolić trenerowi wystawiać rezerwowych piłkarzy w kluczowych meczach, Lech Poznań miałby szanse na awans do dalszej fazy rozgrywek. Kolejorz jest już w Polsce dobrze znany. Za to w Europie i na świecie jest to dosyć anonimowa drużyna. Kojarzą ją jedyni ci, którzy się bardziej interesują piłką nożną. Czas to zmienić a nie marnować niewykorzystane okazje. To samo można napisać o wielu innych polskich drużynach. Karygodne jest przede wszystkim wyprzedawanie najlepszych graczy przed ważnymi meczami międzynarodowymi zanim dany klub wyszkoli gotowych następców.

 

Sporo kibiców piłki nożnej uwielbia Real Madryt, FC Barcelonę czy inne z topowych europejskich klubów. Często ciężko ich nazwać kibicami tych zespołów. To raczej kibice sukcesu lub fani piłki nożnej. Chodziłem na II-ligowego Lecha (dziś te rozgrywki noszą nazwę I ligi) gdy groził nam spadek do III ligi (dzisiejszej drugiej) oraz bankructwo. Niestety nie było mi dane chodzić na mecze, gdy na Kolejorza zaczęło przychodzić po 20 tyś. kibiców w sezonie 2000/2001, mimo że Lech zajmował ostatnie miejsce w II-ligowej tabeli. Mieszkałem wtedy za granicą. Tak dla porównania, ówczesny mistrz Polski Wisła Kraków przyciągał jedynie średnio osiem tysięcy widzów. Ciekawe, ile kibiców miałby Real Madryt, gdyby spadł do IV ligi? Wiele z ich obecnych „kibiców” nagle by sobie przypomniała o jakimś innym zespole. Jeszcze inna cecha mi się nie podoba w kibicach sukcesu. Słyszałem i czytałem już rozmowy na temat, z kim by trzymali pewni kibice Lecha czy innych polskich drużyn, gdyby ich zespół zagrał przeciwko Barcelonie czy Realowi Madryt? Nie potrafili oni się określić. Czy można ich więc nazwać prawdziwymi kibicami Kolejorza czy innych polskich zespołów? Nie jestem tego aż taki pewien.

 

Osobiście mam zupełnie inne podejście co do klubów zagranicznych. Zamiast zachwycać się gigantami, wolę wręcz przeciwnie obserwować sukcesy kopciuszków. Gdy wielcy grają między sobą, zazwyczaj jestem neutralny. Nie zawsze nawet chce mi się oglądać ich mecze. Za to już informowałem się, ile by mnie kosztował wyjazd do Azerbejdżanu w celu obejrzenia meczu na stadionie w Baku. Odczuwam do wielu silnych klubów wręcz niechęć, bo to nie zawsze one są wielkie, lecz ich pieniądze, które na przykład płyną z Kataru. Nietrudno jest wygrywać mecze, gdy bogaci sponsorzy wystawiają ogromne fundusze, aby ściągać najlepszych piłkarzy z całego świata. W piłce nożnej piękne jest, że każdy może wygrać z każdym. Dawid może pokonać Goliata. Topowe europejskie kluby chcą jednak grać tylko i wyłącznie między sobą. Nie interesują ich mecze z Lechem Poznań, Legią Warszawa, Łudogorecem Razgrad czy FK Astana. Nie przepadam za UEFĄ z wielu powodów, między innymi za kary za patriotyczne transparenty przy jednoczesnej tolerancji wobec komunistycznych czy za sankcje za race. Najbardziej jednak nie lubię Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), które broni przede wszystkim interesów najbogatszych klubów naszego kontynentu, między innymi wspomnianego Realu Madryt czy FC Barcelony. Od przyszłego sezonu cztery najlepsze zespoły z czterech najsilniejszych lig będą zaczynały grę w Lidze Mistrzów od fazy grupowej. Przy następnej reformie jest mowa o dzikich kartach dla zasłużonych klubów. Real Madryt będzie miał gorszy sezon i skończy na siódmym miejscu w tabeli ligowej? Nie będzie problemu. Najważniejsze są wpływy marketingowe. Europejskie Stowarzyszenie Klubów sporo osiąga dzięki szantażowaniu UEFY. Szantaż ten polega na groźbie utworzenia swoich własnych rozgrywek. Topowe kluby chciałyby też zniszczyć reprezentacje narodowe odmawiając ich zawodnikom przyjmowania do nich powołań. Ich argument to ryzyko kontuzji piłkarzy, którym wynagrodzenie płacą nie poszczególne federacje tylko kluby. Piłka nożna z zamkniętą Ligą Mistrzów oraz degradacja prestiżu takich rozgrywek jak Mistrzostwa Świata czy Mistrzostwa Europy nie będzie już piłką nożną. UEFA i FIFA niestety ustępują wielkim klubom, bo są one na tyle bogate, aby zaczynać dyktować reguły gry. Najwięcej pieniędzy w piłce nożnej można zarobić nie na grupie wiernych fanów, lecz na „popcorniarzy” z całego świata. Największe wpływy z Ligi Mistrzów nie są z biletów tylko z praw telewizyjnych. Co to zresztą za Liga Mistrzów, w której awans do fazy grupowej ma zapewniony czwarty zespół ligi włoskiej a mistrz Polski czy innego dużego kraju musi się przebijać przez ciężkie kwalifikacje, z których coraz mniej zespołów będzie awansować? Taka wersja piłki nożnej sprawia, że być może któregoś dnia nie będę już ani chodził na mecze, ani je oglądał w telewizji. Lech Poznań pozostanie wyjątkiem w ramach kibicowania mojemu klubowi w ciężkich czasach. Reprezentacja Polski po „rozwodzie” czołowych klubów z FIFĄ i UEFĄ nie będzie już prawdziwą reprezentacją naszego kraju, bo najlepsi polscy gracze prawdopodobnie polecą na duże pieniądze. „High life” stanie się ważniejszy niż gra z Orzełkiem na piersi. W tym temacie mam nadzieję, że jednak FIFA i UEFA ostatecznie podporządkują sobie bogate kluby.

 

Ze względu na to, że nasze polskie kluby zaczynają grę w europejskich pucharach od pierwszych rund eliminacyjnych, jak już wspominałem wcześniej, od wielu lat śledzę także inne mniej medialne zespoły. W sercu zawsze będę miał tylko Lecha Poznań i Reprezentację Polski. Bardzo jednak sobie cenię ambicję oraz postępy tych mniejszych klubów. Podobnie wygląda u mnie to z drużynami narodowymi. Z kilkoma z nich sympatyzuję, między innymi właśnie ze wspomnianym Qarabağem Ağdam oraz ogólnie z azerską piłką. Pamiętam czasy, gdy zespoły z Azerbejdżanu przegrywały w pierwszych rundach eliminacyjnych po pięć czy osiem do zera. Chłopcy do bicia się jednak nie poddali i starali się jak mogli, aby robić postępy. We wspomnianym sezonie 2010/2011, gdy Lech Poznań zabłysnął w pucharach, w pierwszym dwumeczu wygrał z Interem Baku dopiero w rzutach karnych. Czy to Lech zagrał tak słabo czy Inter Baku tak dobrze? Osobiście nie miałem okazji obejrzeć tego dwumeczu, lecz podejrzewam, że chłopaki z Azerbejdżanu się spięli i postanowili zawalczyć.

 

Pierwszy sukces Qarabağu Ağdam zauważyłem osiem lat temu, gdy klub wyeliminował słynny norweski Rosenborg Trondheim w II rundzie eliminacyjnej Ligi Europy. Rosenborg BK w tamtych czasach był solidną drużyną i regularnie występował w Lidze Mistrzów. W następnej rundzie Qarabağ poradził sobie bezproblemowo z fińskim FC Honka Espoo. W ostatniej rundzie Azerowie przegrali z wicemistrzem Holandii z FC Twente grając z nimi jak równi z równym. W 2010 roku zespół powtórzył sukces i znów doszedł do ostatniej rundy eliminacyjnej wyrzucając po drodze za burtę między innymi Wisłę Kraków. To już na pewno nie był przypadek. Losowanie okazało się ciężkie i drugie pod rząd zapukanie do fazy grupowej Ligi Europy okazało się fiaskiem. Qarabağ przegrał 0:5 w dwumeczu z Borussią Dortmund. We wcześniejszych latach azerskie zespoły jednak nie miały w ogóle okazji na konfrontację z drużynami z tak wysokiej półki. Następne lata zespół także nieźle spisywał się w eliminacjach do Ligi Europy, lecz nadal nie potrafił się zakwalifikować do fazy grupowej. Od 2014 roku zespół zdobywa co rok mistrzostwo Azerbejdżanu i startuje w eliminacjach do Ligi Mistrzów poważnie pukając do jej drzwi. Niestety w pierwszym sezonie zespół non grata wśród kibiców ceniących tradycję, który jest komercyjny Red Bull Salzburg przegrał z mistrzem Azerbejdżanu 1:2, lecz wygrał w rewanżu 2:0 i Azerowie odpadli. W ostatniej rundzie eliminacyjnej do Ligi Europy Qarabağ trafił na starych znajomych z holenderskiego FC Twente i tym razem ich ograł. We fazie grupowej klub zajął trzecie miejsce w grupie. Niesłusznie. W ostatnim meczu Qarabağ zremisował na stadionie w Baku 0:0 z Interem Milan, lecz Azerowie strzelili zwycięską bramkę unieważnioną przez pomyłkę arbitra. Na stadionie najpierw wybuchła euforia a następnie miało miejsce ogromne rozczarowanie. Na tej pomyłce zyskał Dnipro Dniepropietrowsk – dziś po początkach dekomunizacji Ukrainy klub nosi nazwę FC Dnipro a miasto Dniepr – i w dalszej części rozgrywek ukraiński zespół dostał się do finału, gdzie grał jak równy z równym z Sevillą FC. W sezonach 2015-2016 i 2016-2017 Qarabağ znów odważnie pukał do Ligi Mistrzów i lądował w Lidze Europy, gdzie do ostatniej kolejki zawsze miał szanse na awans do dalszej rundy, co prawda w zeszłym roku zaliczając i gorsze mecze. Zespół jednak zawsze walczył do końca.

 

W tym roku Qarabağ zakwalifikował się ponownie do ostatniej rundy eliminacyjnej Ligi Mistrzów. W pierwszym meczu zespół pokonał FC Kopenhagę 1:0. Rewanż z mistrzem Danii odbędzie się jutro. Jeżeli mistrzowie Azerbejdżanu zakwalifikują się do fazy grupowej Ligi Mistrzów, będę się cieszył z ich historycznego sukcesu. Uwielbiam, gdy w piłce nożnej Dawid wygrywa z Goliatem. W tym przypadku Dawid ciężko pracuje od wielu lat, nigdy się nie poddaje, wierzy w swoje umiejętności i postanowił walczył aż do skutku.

 

Takiego podejścia mi w polskiej piłce klubowej bardzo brakuje, przede wszystkim u mojego ukochanego Lecha, którego właściciele należą do grupy mało ambitnych sknerusów. Opowieści Jacka Rutkowskiego o chęci budowania silnego klubu to bajki mające na cel sprzedanie jak największą ilość karnetów i pamiątek klubowych wśród tak zwanych „Januszy” czy „pikników”. Jego ambicje sportowe ograniczają się przed wszystkim do polskiej ligi a najważniejsze dla niego nie są tabele różnych rozgrywek sportowych, lecz ładne cyferki w Excelu lub w innym programie do obliczania finansów. Obowiązuje zasada tanio kupić i drogo sprzedać z naciskiem na tę pierwszą część. W Polsce króluje przekonanie, że bogaci są bogaci dlatego, że są skąpi. Sprawa wygląda inaczej. Są oni majętni mimo swojego sknerstwa a nie dzięki niemu. Jak już wspominałem, w 2010 roku ważniejsze od awansu do Ligi Mistrzów było przejrzenie dokładnie każdego grosika a nie celowanie w prawdziwy sukces sportowy, który by się przełożył i na wyniki finansowe. Takie podejście to wstyd i hańba niegodna klubu o takich tradycjach jak Lech Poznań.

 

Trzymam z mniejszymi zespołami z jeszcze innego powodu. W ich krajach ich małe sukcesy są przeżywane podobnie co w Polsce na przykład awans do 1/16 finałów Ligi Europy, co tak naprawdę nie jest żadnym aż tak wielkim osiągnięciem jak się popatrzy na całokształt rozgrywek. Obserwując rundy wstępne, nie tylko Azerowie spodobali mi się swoim podejściem. W 2015 roku maltański FC Birkirkara doprowadził do rzutów karnych w meczu przeciwko słynnemu angielskiemu zespołowi West Ham United. W pierwszym meczu dali sobie wbić bramkę dopiero w ostatnich minutach. Rewanż wygrali, lecz mieli pecha przy rzutach karnych. Rok później FC Birkirkara wyeliminował szkocki Heart of Midlothian (0:0 i 2:1) co jest niezłym osiągnięciem jak na zespół z tak amatorskiej ligi. Wysokie porażki maltańskich zespołów są coraz rzadsze. Zdaje się więc, że i liga maltańska zaczyna się rozwijać.

 

Pamiętam także sukces II-ligowego zespołu w Pucharze Polski. Błękitni Stargard Szczeciński doszli aż do półfinałów i zasłużyli na dalszy awans. W półfinałach Pucharu Polski 2014-2015 kopciuszek rozgrywek wpadł na Lecha Poznań. Miałem już wcześniej wykupiony bilet na finał, bo obojętnie czy by w nim zagrał Kolejorz czy Błękitni, miałbym komu kibicować. Ostatecznie awansował Lech Poznań po ciężkiej walce. Amatorski zespół z trzeciego szczebla rozgrywek wygrał pierwszy mecz 3:1. W rewanżu Lech wygrał 5:1 po dogrywce. Miałem mieszane uczucia co do tego zwycięstwa tak bardzo kocham walkę piłkarskich kopciuszków do samego końca. Goście grali w dziesiątkę po jednej czerwonej kartce. Niektórzy ledwo co trzymali się na nogach a mimo tego nadal nie brakowało im woli walki. Jeżeli chodzi o inne puchary krajowe, pamiętam do dziś IV-ligowy Calais w Pucharze Francji w 2000 roku. Ograli oni po drodze między innymi mistrza kraju i zakwalifikowali się do finału. We finale również postanowili zawalczyć. W pierwszej połowie udało im się wbić bramkę. Niestety ostatecznie wówczas I-ligowy (odpowiednik dzisiejszej Ligue 1, czyli francuskiej Ekstraklasy) FC Nantes wygrał 2-1.

 

Miało nie być słowa o polityce, lecz w przypadku Qarabağu Ağdam trudno o niej nie wspomnieć. Ağdam leży w Górskim Karabachu, który jest kontrolowany przez miejscową ludność ormiańską w ramach nieuznawanego państwa od zakończenia wojny na początku lat dziewięćdziesiątych, zaraz po upadku Związku Radzieckiego. Qarabağ Ağdam musiał się wynieść ze swojego stadionu, z którego już nic nie pozostało. Miasto zostało całkowicie zniszczone. Zespół ten od lat występuje w Baku – w stolicy Azerbejdżanu. Ze względu na wojnę, Qarabağ cieszy się w kraju dużą sympatią. Niektórzy piłkarze stracili członków rodziny w bitwach z Ormianami. Trudno mi ocenić, kto ma rację w konflikcie o Górski Karabach, tym bardziej, że temat jest delikatny a lubię i Ormian, i Azerów. Kiedyś jego mieszkańcy potrafili mieszkać w zgodzie. Niestety dobre czasy się skończyły. Wracając do klubu, potrafię sobie wyobrazić jak bardzo ten zespół musi być popularny w kraju i jak bardzo Azerowie muszą się cieszyć z tych małych, lecz coraz większych sukcesów. Wspomniany mecz z Interem Milan wzbudził na pewno wiele emocji. Lokalne gazety sporo się rozpisywały na ten temat podobnie jak to robią polskie, gdy któryś z naszych zespołów wygrywa z wyżej notowanym rywalem lub odpada po kontrowersyjnych decyzjach sędziowskich.

 

Jutro będę więc z całego serca kibicował Qarabağowi. Jeżeli czwarte zapukanie do Ligi Mistrzów znów nie przyniesie zamierzonego celu, Azerowie na pewno nie będą mieli się czego wstydzić w fazie grupowej Ligi Europy, w której grali trzy lata pod rząd. Zespół z Ağdamu ma też jeden polski akcent. Od początku tego sezonu występuje w nim Jakub Rzeźniczak. Skoro piłkarz z polskiej ligi przeniósł się do azerskiej, świadczy to o czymś. Jak już wspominałem, Qarabağ był kiedyś zespołem „ogórków”. Reforma azerskiej piłki nożnej (za kilka lat i drużyna narodowa zacznie odnosić sukcesy), trochę zainwestowanych pieniędzy, ambicja oraz ogromna siła walki sprawiły, że zespoły, które kiedyś były pośmiewiskiem są dziś dobrym przykładem, jak wygląda skuteczna droga rozwoju i że nigdy nie należy się poddawać.

 

W tym roku podobnie jak w poprzednich latach to nie meczami FC Barcelony czy Paris Saint-Germain będę się najbardziej interesował tylko takich zespołów jak Qarabağ. Jedni mają setki milionów, inni mają serce do walki. Inwestycje finansowe są mimo wszystko kluczowe w piłce nożnej. Nie można się całkowicie obejść bez nich, lecz niekoniecznie trzeba inwestować setki milionów. Zamiast się oglądać na jakieś Reale Madryt czy inne zespoły, którym niełatwo dorównać, może warto by było, aby włodarze Lecha Poznań popatrzyli w stronę Kaukazu i okazali się równie ambitni zamiast oglądać każdego grosza po kilka razy? Qarabağ Ağdam jest przykładem, że warto walczyć o Ligę Mistrzów. Jak nie w tym roku, to mistrz Azerbejdżanu się do niej zakwalifikuje w przyszłym, a jak nie w przyszłym to za dwa lata. Trzeba zawsze próbować, i to aż do skutku.

 

Jak już wspomniałem, takiego podejścia kluczowe postacie biznesowe polskiej piłki nożnej mogłyby się nauczyć od Azerów, choć jeżeli chodzi o grę na boisku, w tym sezonie nie mogę powiedzieć niczego złego na temat Kolejorza w europejskich pucharach. Byłem na niedawnym meczu rewanżowym z FC Utrecht. Lech Poznań grał dobrze. Chłopaki dali z siebie wszystko. Mieli trochę pecha. Holendrzy grali na czas od samego początku meczu zaraz po strzeleniu pierwszej bramki. Lechici zdołali wyrównać a druga bramka wisiała w powietrzu. Mimo wielu przerw, sędzia nie doliczył ani minuty pod koniec pierwszej połowy. Po przerwie należał się nam rzut karny, lecz sędzia go nie odgwizdał. Holendrzy nadal grali na czas. Nasi piłkarze nie mogli strzelić drugiej bramki mimo wielu niewykorzystanych okazji. Niestety Holendrzy nas dobili pod koniec meczu strzelając drugą bramkę. Lechici jednak zdołali wyrównać, lecz wynik 2-2 po bezbramkowym remisie w Holandii nas nie urządzał. Pod koniec drugiej połowy sędzia doliczył siedem minut tak bardzo Holendrzy grali na czas. Trzecia bramka jednak nie padła. W tym meczu nie mam nic do zarzucenia mojej drużynie. Oby na podstawie obecnego składu powstała polska potęga a Panu Rutkowskiemu i innym właścicielom polskich klubów gorąco polecam wyjazd do Azerbejdżanu i oduczenia się tej okropnej cechy, którą jest sknerstwo.

 

Źródło zdjęcia z pierwszego meczu przeciwko FC Kopenhaga: http://qarabagh.com/1987/?lang=2

 

P.S.: Zapraszam do polubienia oraz do śledzenia mojego profilu publicznego na Facebooku. Link do strony: https://www.facebook.com/helinski