Klątwa Kaczmarskiego

„Był Polak-patriota, co przy wódki skrzynce
Zawierał przyjaźni pakt z Ukraińcem.
Od słowa do słowa
Dotarli do Lwowa
Ścierając się jak dwa odyńce.

Gdy bić się skończyli, trafili za kraty
Podarłszy w pamięci doniosłe traktaty:
Bo gdy przyjdzie czas –
Wy nas, a my was!
Po brzuchach! – i: budem rezaty!”

Zacytowałem powyżej fragment utworu Jacka Kaczmarskiego, który celnie, choć brutalnie, punktuje to, co w naszej historii najtrudniejsze.

„Prowokacja lwowska” czy kolejne spory o pamięć pokazują, że trauma przeszłości wciąż wraca jak bumerang, często blokując drogę do autentycznego pojednania.

W obliczu współczesnych wyzwań, gdy solidarność wydaje się ważniejsza niż kiedykolwiek, wracają stare demony.

Czy jesteśmy skazani na ten sam, tragiczny cykl, o którym pisał Kaczmarski?

Czy pamięć musi być paliwem do kolejnych konfliktów, czy może wreszcie stanie się lekcją, która pozwoli nam budować relacje na fundamentach prawdy, a nie wzajemnych urazów?

Słowa o „ścieraniu się jak dwa odyńce” brzmią dziś niezwykle gorzko, zwłaszcza w kontekście ostatnich napięć. Może najwyższy czas, by zamiast „rozrywania traktatów w pamięci”, zacząć prowadzić dialog, który nie będzie próbą udowodnienia wyższości własnych racji, a próbą zrozumienia bólu drugiej strony?

Chyba nie ma na to szans. Chociaż polska Policja zatrzymała pajaców, którzy w Poznaniu udali się „na kontrolę” do ukraińskiej firmy, to „odpowiedź” władz Lwowa (skądinąd jest to jedyne miasto na świecie, w którym mnie zwyzywano za mówienie po polsku) jest uderzająco nieadekwatna i dolewa oliwy do ognia, zamiast wygasić konflikt.

​Zamiast stonowanego głosu rozsądku i próby deeskalacji, otrzymujemy postawę, która zamiast budować mosty, po raz kolejny przypomina, jak głęboko zakorzenione są wzajemne urazy i jak łatwo jest wywołać „ducha” przeszłości, który w tak napiętych czasach powinien pozostać uśpiony.

​Działania wandali w Poznaniu, których słusznie zatrzymała polska Policja, to margines i zwykłe chuligaństwo – i tak powinny być traktowane przez oba państwa: jako przestępstwo, a nie jako głos w debacie politycznej.

Niestety, gdy na oficjalnym poziomie odpowiedzią na to stają się gesty prowokacyjne, a nie chęć konstruktywnego dialogu, utwierdza to tylko wielu Polaków w przekonaniu, że nasza otwartość i pomoc są przyjmowane bez cienia wdzięczności, a wręcz z arogancją.

Trudno budować przyszłość, gdy wciąż spotykamy się z wrogością w miejscach, które dla wielu są symbolem wspólnego dziedzictwa.

Pomimo tego uważam, że polskie władze powinny zachowywać się rozsądnie, tj. nie dać się sprowadzić w debacie do poziomu nacjonalistycznych idiotów. To jest bottom-level, na którym oni są od zawsze, a my musieliśmy się tam dopiero dokopać.

Właśnie w tym tkwi sedno naszej racji stanu. Jeśli zejdziemy na ten poziom – na poziom retoryki nienawiści, wzajemnego wytykania win i „odgrywania się” za każdą prowokację – to tak naprawdę przegramy, nawet jeśli w danej chwili poczujemy satysfakcję z celnej riposty (jak taki mechanizm działa w praktyce świetnie wiedzą adwokaci -praktycy sal sądowych).

Nacjonalistyczny rynsztok, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie granicy, karmi się dokładnie tym samym: eskalacją, krzykiem i zamykaniem się w bańce własnych krzywd. Jeśli polskie państwo, zamiast zachować powagę i chłodny profesjonalizm, zacznie odpowiadać „pięknym za nadobne”, straci swój największy atut – pozycję partnera, który potrafi wyjść ponad partykularne resentymenty.

Strategiczna cierpliwość i stanowczość w egzekwowaniu prawa – tak jak w przypadku chuliganów z Poznania – są znacznie skuteczniejsze niż emocjonalne wybuchy czy wzajemne przerzucanie się oskarżeniami, które tylko dają paliwo radykałom. „Dokopanie się” do ich poziomu to przyznanie im racji, że fundamentem naszych relacji nie jest przyszłość, lecz wieczne rozliczanie duchów przeszłości.

Prawdziwa siła nie polega na tym, by dać się sprowokować i „wejść w zwarcie”, ale na tym, by pokazać, że nasze państwo stoi wyżej – że wymaga standardów cywilizowanych, jednocześnie nie dając się wciągnąć w grę, której jedynym celem jest wzajemne wyniszczenie. Bo jeśli pozwolimy, by to „pajacowanie” i prowokacje wyznaczały ton debaty publicznej, to w końcu wszyscy staniemy się zakładnikami tej samej, tragicznej pętli, o której pisał Kaczmarski.

Czytaj więcej.