W książce Jürgena Osterhammela „Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata” czytam taki oto passus (str. 1127):
„Wyzwolenie niewolników w Afryce Południowej nastąpiło prawie trzy dziesięciolecia przed ich wyzwoleniem w południowych stanach USA. Około 1914 r. i tu, i tam istniały ideologie i instrumenty rasistowskiej hierarchii i wykluczenia. Afryka Południowa poszła następnie od lat 20. jeszcze krok dalej niż Południe USA, ponieważ apartheid stał się tu podstawową zasadą ogólnokrajowego ustawodawstwa. Likwidacja porządku rasowego mogła tu zatem nastąpić tylko w wyniku zmiany władzy w centrum, do której doszło w 1994 r., a nie, jak w USA po II wojnie światowej, „stopniowo” w wyniku zmienionego ustawodawstwa i orzecznictwa na szczeblu federalnym. W obu wypadkach ogromne znaczenie miały czarne ruchy praw obywatelskich, popierane przez białych liberałów.”
Jaki można z tego wyciągnąć wniosek praktyczny?
Tam, gdzie sądownictwo jest słabe, zmiana prawa i związanej z nią rzeczywistości społecznej jest możliwa tylko w wyniku działania sił parlamentarnych.
Sędzia w systemie ukształtowanego podziału władz jest silny mocą danej mu władzy, rozstrzyga sprawiedliwie, zgodnie ze stanem faktycznym i obowiązującym prawem, nawet jeżeli taki wyrok nie odpowiada oczekiwaniom społecznym, a zwłaszcza aktualnie rządzącej opcji politycznej.
Słaby sędzia, w niepewnym, nieukorzenionym systemie, rozstrzyga sprawę nie tyle zgodnie ze stanem faktycznym, co z oczekiwaniami tych, od których może zależeć jego kariera.
Tylko ten pierwszy sędzia może fundamentalnie zaangażować się w obronę autonomii jednostki, nawet przeciwko interesom większości.
Tylko ten pierwszy sędzia bierze udział w kształtowaniu postaw wobec prawa i społecznej moralności, która jest z kolei motorem zmian.
Ten drugi jest tylko wykonawcą poleceń.
Porównanie historii USA i RPA pokazuje, że system z silnym niezależnym sądownictwem jest jakościowo lepszy. Jednak jego przeciwnicy, czy to w Polsce, czy w Izraelu, czy gdziekolwiek na świecie, bazując na incydentach, gotowi są widzieć w każdym, niekorzystnym dla władzy rozstrzygnięciu przejaw aktywizmu sędziowskiego i uzasadniać nim proponowanie autorytarnych w duchu zmian. Pytanie, czy lepszy jest system, w którym czasami zapadnie wyrok będący przejawem owego aktywizmu, czy jednak ten, w którym zapadające wyroki stanowią odczytanie woli politycznej aktualnie rządzących.
Istnieje duże prawdopodobieństwo tego, że w Polsce zwolennikom autorytarnych zmian w sądownictwie może się udać wprowadzić je w życie. Zmiany te są zapowiadane, a także już w części wprowadzone.
Gdyby im się powiodło, to byłoby to z gruntu niesprawiedliwe, bo nie tworzą oni większości społeczeństwa, a władzę daje im nie tyle większość zdobytych głosów, ile ich przeliczenie na mandaty według ordynacji wyborczej. Z czasem budziłyby one coraz większy opór – byłyby jak rak atakujący po kolei tkanki organizmu państwa.
Wygląda na to, że politycy tym razem nie kłamią – nadchodzące wybory rzeczywiście będą jednymi z najważniejszych od 1989 r.
Zostaw komentarz