W miarę upływu czasu coraz wyraźniej widać, że ideę JOW udało się skutecznie storpedować. Co przenikliwsi obserwatorzy, mający lepszy dostęp do wiedzy jeszcze przed referendum skutecznie potrafili połączyć w jedną myśl płomienne deklaracje Pawła K. Q sprzeczne z kolejnymi bezmyślnymi posunięciami organizacyjnymi. Że g…o z tego będzie. Ci bardziej naiwni – oczekiwali na wyjaśnienie tych sprzeczności. I czekają do dziś.

Przy całym moim rozczarowaniu krachem referendum – jedna rzecz jest dobra – wiemy mniej więcej kto w co gra. „Ideowiec” Sanocki, dyr. Pitaś, narodowcy i sam PQ, który nie ma pomysłu na siebie i improwizuje wokół kilku leitmotiv’ów. Mamy zatem egoizmy, osobiste ambicje i partyjny tzw. partykularz – czyli polityczne idee fixe. A w terenie – spośród niedobitków po dwóch ubiegłorocznych kampaniach – część chce lobbować w swoich sprawach, część – załapać się chociaż do samorządu w najbliższych wyborach. I w takim bagienku tonie wizja JOW i obywatelskiej partycypacji we władzy.

Działacze i aktywiści komitetów referendalnych mają archiwa pełne korespondencji, cytatów z FB, TT i innych mediów, które dowodzą bezsprzecznie, że JOW to parawan dla paru cwaniaków umocowanych przy PQ według niezbyt jasnego klucza. I właściwie – najwyższa pora, by na projekcie Kukiz’15 położyć l…kę, znaczy – postawić kreskę.

Przez czas jakiś jeszcze PQ i jego akolici pohukiwać będą o nieuchronnym krachu systemu, do którego to niechybnie doprowadzą. Owe wymachiwania szabelką lada moment widoczne będą już tylko w sieci, i tym samym lider tej gromadki – marginalizowany w mediach (wkrótce już) „narodowych” – podzieli los  „ekstremisty” i „oszołoma” Korwina. „Zamachy” na TK, służbę cywilną i media publiczne dowodzą, że PiS-owi nie jest potrzebny koalicjant nawet do zmian ustrojowych.

Idea tymczasem – rozłazi się jak zetlałe onuce. A wynika z tego, że sprawy idą – chyba – zgodnie z planem. Działają nadal – to prawda – przedreferendalne inicjatywy, stowarzyszenia, ruchy społeczne; rodzą się też nowe, ale albo są zbyt pragmatyczne, albo zbyt bezideowe, amorficzne. Pragmatyzm polega na ukierunkowaniu, silnym zorientowaniu na jeden, własny cel inicjatorów. Najczęściej na walkę z patologią w jakimś obszarze funkcjonowania państwa, gdzie działacze inicjatywy zebrali traumatyczne doświadczenia. Nie kwestionuję potrzeby zmian, jeżeli coś działa źle. Ale owe hasła, sztandary – że zmienić należy: służbę zdrowie, oświatę, wymiar sprawiedliwości, itp., itd. powinny być legitymizowane przez ponadlokalną, ponadpartyjną, czyli – obywatelską strukturę – ruch społeczny. Działając jak zagończycy – przedstawiciele owych inicjatyw wykrwawią się raczej, niż coś zmienią. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że ekipa PiS akceptuje tylko te inicjatywy „oddolne”, które zgodne są z linią partii. Poprzednia władza też zresztą tak miała, tyle, że a’rebour’s, tj. nie akceptowała inicjatyw niezgodnych – przykład sztandarowy i świeży – sześciolatki (nie odnoszę się do meritum sporu w tej kwestii i samej decyzji nie oceniam).

Drugie skrzydło PostCiasteczkowej „opozycji” i jego amorficzność – czyli brak zdecydowania. Z tych pozycji widzi się ustawiony konkurs na stanowisko w administracji tudzież ustawiony przetarg, kumoterstwo i nepotyzm; ktoś jeszcze zauważy „syjonistyczny” spisek i zmowę banksterów. Zestawi to z dwumilionową emigracją zarobkową, aferą Amber Gold, zegarkami Nowaka i bankructwami polskich podwykonawców pracujących dla „chińczyka” przy autostradzie. Na deser media zaserwują „ośmiorniczki”… Taką „wiedzę” trudno i usystematyzować i zweryfikować, ale łatwo na jej gruncie ufundować przekonanie o konieczności zmian. Przekonanie o tyle słuszne, co ogólne. Po środku owych ogólnie opisanych postaw sytuuje się grono ekspertów – komentatorów. Definiują rzeczywistość na miarę swoich kompetencji, ale – poza nielicznymi wyjątkami nie potrafią jak na razie – diagnozując mniej lub bardziej trafnie – zaprojektować skutecznej terapii.

Pomysły na organizację ruchu społecznego są. Jest ich wiele. Za dużo. W kategoriach politycznych – najbardziej odpowiada mi pomysł Konrada Daniela przedstawiony przed wyborami w jego PodziemnejTv. Jeżeli naprawdę chodzi o dobro Polski, nie o ambicję bycia radnym/posłem – federacja wszystkich proJOWowskich ruchów i poddanie się weryfikacji społeczeństwa nie jest chyba aż takim wysiłkiem? Zamiast mówić o demokracji bezpośredniej warto ją może zacząć praktykować? Szczególnie, że można to robić i w obowiązującym obecnie ustroju, co objaśnia Konrad.

Ale nie to jest najważniejsze. Szacując optymistycznie – 20% wyborców, 10%Polaków – jakieś 3 miliony po pierwsze – rozlazło się od wyborów prezydenckich do referendum i sytuacji nie uratował wynik parlamentarny osiągnięty przez PQ. Jak na razie zwolenników JOW jest za mało, aby stworzyć z nich liczącą się siłę polityczną. Klucz do tego miał Paweł K. i jak widać – nie zrobił z niego i nie zrobi ŻADNEGO użytku. Pamiętajmy, rządzi PiS, i przy dotychczasowej dyscyplinie – nie potrzebuje niczyjego wsparcia do realizacji swoich planów, nie ma więc powodu, by komukolwiek cokolwiek musiał obiecywać. A szczególnie zmiany w ordynacji czy Konstytucji inne, niż we własnym interesie.

Błędem było zaangażowanie się na rzecz Kukiza. Człowiek uczy się na błędach. Ale tylko głupiec powtarza ten sam błąd po raz drugi. Dlatego – powtórzę – pora zostawić Kukiza w spokoju.

Pora też odpuścić ambicje polityczne – te wynikające z biernego prawa. Nie grzać się, nie przymierzać do stołków, o ile nadal mówimy o demokracji JOW-owskiej.

Najwyższa pora natomiast – zacząć reguły demokracji większościowej praktykować. Nie ma sensu dyskutować z elektoratem postmagdalenkowym i socjaldemokratami (SIC!) z PiS. Ich liderzy nie ustają w podgrzewaniu atmosfery sporu, w pogłębianiu podziałów. To właśnie partyjno-ideologiczny trybalizm okazał się sposobem na wygraną J. Kaczyńskiego.

Co zatem robić? Po pierwsze – kontrolować władzę. Tak koślawa Konstytucja wyjmuje co prawda parlamentarzystów spod naszej kontroli, bo z chwilą wyboru – stają się reprezentantami narodu, a nie okręgu, z którego zdobyli mandat, ale kto by się przejmował Konstytucją, skoro oni sami traktują ją instrumentalnie? Umiem sobie wyobrazić sytuację, w której przedstawiciele lokalnych środowisk – mimo rozlicznych różnic – zasiądą do wspólnego stołu i opracują katalog lokalnych problemów, których rozwiązaniem zająć się powinni ich deputowani. Umiem sobie wyobrazić panel, w którym parlamentarzyści referują w okręgu założenia partyjnego programu wyborczego łącznie z mapą drogową realizacji i tegoż (tu rola głównie partii rządzącej), po czym – wysłuchawszy oczekiwań przedstawicieli środowisk lokalnych dotyczących problemów okręgu wyborczego – przygotowują dodatkowo plan realizacji kluczowych z tych oczekiwań. I co jakiś czas – dwa razy w roku wystarczy – odbywa się takie panelowe spotkanie. Z elementami konfrontacji między posłami a szeroko rozumianym środowiskiem oraz konfrontacji parlamentarzystów między sobą. Choć wolałbym deklaracje o współpracy w rozwiązywaniu problemów lokalnych.

Idąc dalej – umiem sobie wyobrazić, że takie panele odbywają się we wszystkich okręgach wyborczych jako jeden ze sposobów społecznej kontroli władzy. To na początek.

Dalej – media, a szerzej – obieg informacji. Jest mnóstwo platform, które gwarantują dostęp do wiedzy przydatnej przy ocenie polityków, ale wiedza ta jest rozproszona na tyle, że osoby nieobyte z mediami cyfrowymi mają kłopot z jej pozyskaniem i weryfikacją. Nasz system polityczny zmierza w stronę MEMO-kracji…

Nie chcę tu podsuwać konkretnych rozwiązań, ale o system agregowania inny niż algorytm google aż się prosi. Problem w tym, że część platform to projekty biznesowe i wydaje mi się, że póki co – promocję treści załatwiać będą portale społecznościowe. Ale kto wie. Warto

Inny aspekt komunikacji – poza informowaniem – to edukacja. Ktoś, kto powie „szkoła” – skazuje Polskę na dyktaturę frustratów. Absolwentów szkół (uczelni), którzy nie dość, że w swoim kierunku pracy znaleźć nie mogą, to nie mogą jej znaleźć w ogóle. Po drugie zaś – wiedzy o ekonomii, historii, socjologii mają zbyt mało, by podejmować racjonalne decyzje polityczne. Wystarczy obiecać im 500 zł na dziecko – i nieważne, że tego dziecka nie mają. (Bo tak na marginesie – jaka jest struktura elektoratu PiS, skoro uczynił on z tego postulatu swój postulat sztandarowy???)

Edukacja zatem – to znowu kwestia agregowania i systematyzowania wiedzy dostępnej już w Internecie na jednej platformie. Z podziałem na kategorie, ale też w ujęciu holistycznym. Np. – co wspólnego ma matematyka z ekonomią, jak ta wpływa na historię i jak to wszystko opisują nauki społeczne? Dlatego pisałem już o koniecznej (moim zdaniem) „inwentaryzacji” zasobów – kompetencji osób zaangażowanych w te inicjatywy. Tak, by wiadomo było, jak zadaniować zespoły robocze w zakresie organizacji działań, ich merytorycznego przygotowania i potem – realizacji. Tu kolejny problem – środowiska i sposoby ich integracji. Wokół budowania społeczeństwa obywatelskiego a nie kolejnego sztabu, czy komitetu wyborczego. Tak, by na bazie zasobów dostępnych w sieci budować sieci w realu.

To dla mnie największy kłopot. Zaproponowanie efektywnego rozwiązania. Bo o ile łatwo zaprojektować schemat systemu edukacji, model przepływu informacji/wiedzy, o tyle nad ambicjami wodzów, liderów, ekspertów zapanować bez ich woli nie sposób.  A też szkoda mi czasu na działanie w mnożących się grupach inicjatywnych, na niekończące się i jałowe dyskusje historiozoficzno-polityczne. Jałowe, bo nic konkretnego do tej pory z nich nie wyniknęło. Kolejne fanpejdże i inicjatywy rozpraszają tylko energię. Dodatkowo patrzę, jak potencjał wyzwolony przez Q w moim okręgu rozlazł się po kościach. Część ludzi pozostała – niestety – przy nim, reszta wróciła na z góry upatrzone pozycję, czyli do swoich poprzednich aktywności.

Podsumowując:

– społeczna kontrola władzy w sposób opisany wyżej

– zespoły zadaniowe d.s. obiegu informacji oraz d.s. edukacji

– struktura – ruch społeczny. Oddolny, nie stymulowany przez liderów, ale tych liderów kreujący,

– udział w wyborach wg. modelu zaproponowanego przez Konrada Daniela.