“Czarny klinczuje cios, który wyprowadził młody Tunezyjczyk…Ulica staje się trudna do przejścia. Zawracam, ale wtedy dostrzegam z tyłu młodą kobietę, która próbuje przejść dalej. Mówi do mnie błagalnie – proszę. Zawracam, idę za nią, osłaniam tak, żeby uczestnicy bójki mogli pomyśleć, że jestem jej mężem czy bratem.”

Powyższy cytat pochodzi z reporterskiej książki Jarosława Mikołajewskiego pt. “Marsala”. Książka jest rezultatem pobytu znanego poety i tłumacza w tym sycylijskim mieście. Pisarz przebywał w Marsali na stypendium rezydencjalnym finansowanym ze środków Unii Europejskiej.

Czytelnik znajdzie w reportażu wszystkie charakterystyczne dla pisarstwa Mikołajewskiego wątki. Oprócz, znanych z jego wcześniejszych dzieł naturalnych zachwytów nad pięknem włoskiej sztuki i przyrody oraz mniej zrozumiałych, rytualnych śpiewów opiewających emigrancką różnorodność, ubogacającą społeczny pejzaż Sycylii, pojawiają się w reportażu z Marsali nowe, zaskakujące wątki.

Pierwszy z nich związany jest ze starzeniem się autora i nękającymi go chorobami.
Poeta skarży się na słabnący wzrok, szwankującą pamięć, cukrzycową niewydolność nóg i starczą niedołężność.
Przyznam, że ze zdziwieniem przyjąłem te lamenty, kiedy zerknąłem w metrykę pisarza.
Ale z jeszcze większym zdziwieniem zauważyłem zakłócenia pojawiające się w narracji o tematyce uchodźczej. Wprawdzie Mikołajewski nadal z wielką empatią komentuje status migrantów na włoskiej ziemi, ale rzeczywistość coraz bardziej mu doskwiera.

Pisarz z egzaltacją opowiada czytelnikom, jak bratał się z przypadkowo spotkanymi na ulicy Afrykanami, do których pierwszy wyciągał rękę i przyjaźnie zagadywał. Ze wzruszeniem graniczącym z religijną ekstazą opisuje swoją wizytę na statku należącym do organizacji “Otwarte Ramiona”. Jednostce krążącej między wybrzeżami Afryki i Europy i podnoszącej z morza łodzie uchodźców, których odstawia do Włoch. Reporter wyznaję, że gdyby nie starcza niedołężność sam niezwłocznie, zaciągnąłby się na statek.

Wierzymy poecie, bo to z jego inicjatywy powstał projekt wystawy w Warszawskim Muzeum Narodowym, gdzie honorowym eksponatem miała być łódź uchodźców, wyłowiona w Morzu Śródziemnym. Wystawa nie doszła do skutku o czym autor pisze ze złością, winiąc za fiasko projektu “pisowskie typy”.

Lecz coraz trudniej jest pisarzowi przymykać oczy na drastyczne fakty, związane z wybrykami arabskich imigrantów. Tunezyjczycy terroryzują Marsale, a reporter szuka dla nich usprawiedliwienia. Czasami, jego tłumaczenia ocierają się o śmieszność, gdy usprawiedliwia agresję obcokrajowców małymi rozmiarami miasta, w którym muszą walczyć z miejscowymi o rynek zbytu dla narkotyków.
Czasami, próby wybielenia przybyszów zza morza, są wzruszająco bezradne, jak wtedy, kiedy sugeruje, że to wina wiatru, “który rodzi gniew, otwiera bramy więzień, przyprawia ludzi o szaleństwo”

Albo naiwne, gdy przywołuje na pomoc słowa miejscowego szypra, spotkanego w porcie, który mówi pisarzowi, że – “Tunezyjczycy to świetni rybacy i dobrzy ludzie, i nie przeszkadzało mu, kiedy rozkładali dywaniki o świcie i kłaniali się słońcu. Byli pogodzeni z sobą i z morzem, a ryb wystarczyło dla każdego”.
W przytoczonym cytacie ujawnia się jeszcze jedna typowa dla myślenia Mikołajewskiego cecha – zachwyt dla pogańskich kultów.

Pisarz wolał napisać, że Tunezyjczycy kłaniali się słońcu, niż że modlili się do Boga. Może, to była tylko ładna metafora, ale najpewniej unik pisarza, który gotów jest zaakceptować każdą, nawet najbardziej kuriozalną religię, byle nie chrześcijaństwo.
Bo Bóg jest dla autora, jak wyznaje – “wyidealizowaną nicością, jest jakimś nim, albo jakąś nią, niedosadnym niczym, który zrobił mnie poetą”.

I być może skwitował bym te autorskie wyznania wiary złośliwym określeniem – wyidealizowane głupstwa!
Ale żal mi schorowanego pisarza, który sycylijską lekturą urozmaicił moją letnią pracę na skąpanym w deszczu straganie z zabawkami.

Autor: Marek Szarek