„Bóg zasnął i ludzie uznali, że są wolni. Promienie światła nadal spływały z nicości, mijały słońce, usiłowały rozjaśnić liście i rozbijały się o ludzkie budowle, tworząc odbicia i załamania, czekając na powrót do źródła, lecz teraz szkło, stal i beton więził je, więc błyskały w panicznych próbach wyrwania się z pułapki, bladły w coraz słabszych objęciach drzew. Dla ludzi były wiązkami fal o określonej częstotliwości, odbiciem neonów, ulicznych latarni, emisją monitorów komputerowych i odbiorników telewizyjnych. Nie miały, dokąd wrócić, bo stworzył je człowiek i uznał, że zakończy ich żywot lekkim naciśnięciem wyłącznika w pilocie do telewizora.”. To pierwsze zdania powieści „Metatron”. Pierwsza część nosi nazwę „Keter”. Ostrzegam! To będzie bardzo okrutna i drastyczna książka.

Poniżej przedstawiam jedną z dwóch głównych postaci „Metatrona”.

„Nie byłem ministrem, posłem, senatorem lub kimś w tym rodzaju. Nie byłem nawet politykiem, choć polityka była przedmiotem mojej pracy zawodowej i pozwoliła mi osiągnąć niezależność finansową.

W USA takich jak ja nazywają lobbystami, a w Polsce? W Polsce nie mają określonej nazwy. Mówią o nich „doradcy”, „piarowcy”, „prywaciarze”, „szare eminencje”, „słupy”. Ja byłem wszystkim po trochu. Pomogłem partii rządzącej zdobyć władze, skompromitować niektórych przeciwników, wymyśleć kolejne sposoby oszukania tych, których oni nazywali złośliwie „suwerenem”.

Jeździłem z nimi na spotkania z podobnymi im z zagranicy i ustalałem z podobnymi sobie transakcje, porozumienia, które często różniły się od spisanych dyplomatycznym bełkotem traktatów, umawiałem przyszłe decyzje, negocjowałem ceny owych decyzji i banki potrzebne do realizacji dyskretnych płatności. Wielokrotnie jeździłem sam z gotówką w walizeczce, zakładałem konta na różne tworzone ad hoc firmy lub nazwiska członków rodzin władców mojego kraju, a po powrocie przekazywałem im login, hasło oraz ustalony przez bank sposób dodatkowej autoryzacji. To ostatnie było dość rzadkie, ponieważ banki, z którymi miałem do czynienia dobrze wiedziały jakimi ludźmi są ich klienci. CIA, FBI, BND, SWR czy Mossad też wiedziały, lecz milczały, póki ktoś z klientów nie podpadł lub nie przekroczył ustalanej przez „wielkich” granicy.

Byłem tylko posłańcem, dyskretnym i niewidocznym. Pracowałem dla wszystkich, lecz szefowie aktualnie. rządzącej partii zlecali mi również niewielkie operacje, których celem było zdobycie haków na ludzi niewygodnych, skompromitowanie ich, szczególnie, gdy szefostwo uznało, iż zaczęli zagrażać niewidzialnym układom, jakie łączyły wszystkie polskie partie polityczne. Kłócić i walczyć ze sobą można było tylko w telewizji. W sejmowej knajpie, w pokoju hotelowym, w dobrze strzeżonych klubach z drogimi drinkami i jeszcze droższymi dziwkami obu płci panowała zgoda i porozumienie ponad podziałami. Wszyscy wiedzieli, że jestem dobry w tego typu operacjach. Wiedzieli też, że rzuciłem pracę w państwowej instytucji, bo wkurzył mnie jeden generał i od tej pory unikam i przeganiam wszystkich generałów, a nawet sierżantów oraz szeregowców.

Płacili mi dobrze, a mnie nie obchodziły moralne albo patriotyczne rozterki. Dość dawno straciłem nadzieję, że w budynkach przy ulicy Wiejskiej w Warszawie gości uczciwość i cnota. Poza tym, od dziesięciu lat miałem swoją misję i swój cel, do których realizacji wybrałem Polskę, „Chrystusa narodów”, ostoję Chrześcijaństwa oraz ostatniego na świecie Fidei Defensor. Tak, przynajmniej, mówiono oficjalnie, lecz mnie chodziło tylko o wzmocnienie impulsu, każdy bowiem zauważy osobę samotnie stojącą wśród rozmodlonych, klęczących Faryzeuszy, poza nimi samymi. Oni niczego i nikogo nie widzą.”