Medialna manipulacja służy wychowaniu skretyniałego konsumenta, który będzie się zabijał w pogoni za towarem oferowanym w wiecznej promocji. Kto i co oferuje, to rzecz wtórna, chociaż oczywiście da się wskazać najpodlejsze towary i największych hochsztaplerów. – mówi Piotr Wielgucki vel Matka Kurka w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską. – Niedopuszczalne są ewidentne łgarstwa, tanie prowokacje, toporne dobieranie argumentów pod tezę. Tragedia pojawia się wówczas, gdy mamy przepaść w podziale mediów i przewagę jednej opcji politycznej w dodatku związanej z władzą. Dziennikarze zasłużyli sobie na swój los. Nie sądzę jednak, żeby większość z nich się wstydziła, tym bardziej budziła z krzykiem – ty idioto ! Dziennikarz ma być kurierem dla tych, którzy mu ufają i wierzą w podobny porządek świata. Nieliczne wyjątki mogą czuć się zaszczycone, że są dziennikarzami, to ciekawy i odpowiedzialny zawód. Być blogerem wcale nie oznacza nie być kundlem. Znam wielu blogerów, na których spokojnie można wołać: Fifek, Burek, Sunia. Wśród blogerów występują te same cnoty i grzechy, które mają dziennikarze i wszyscy inni komentatorzy – kontynuuje wypowiedź dla portalu Pressmania.pl.  Piotr Wielgucki zapytany o powód powstania powieści „Berek” wyjaśnia  – „Berek” to hołd złożony moim dziadkom, mojej mamie, rodzinie i wszystkim Polakom, którzy mają prawo do własnej tożsamości, dziedzictwa i wiary.

Małgorzata Kupiszewska: Jest Pan blogerem czy dziennikarzem?
Piotr Wielgucki (Bloger Matka Kurka): – Ani jednym, ani drugim, po prostu publikuję swoje teksty, raz są to felietony, innym razem analizy polityczne. Zdarzyło mi się też napisać powieść „Berek”, która w absolutnej niszy rynkowej zrobiła sporo zamieszania. Piszę i publikuję różne formy i treści, nie pasuję do żadnego kryterium, co nie znaczy, że nie bywam dziennikarzem i blogerem – bywam.

 Dziennikarzem się jest wtedy, gdy ukończy się wyższe studia dziennikarskie i dostaje legitymację?
– Dla mnie to dwa różne wskaźniki. Nie należę do ludzi, którzy uważają, że zawodowstwo w sensie wykształcenia i praktyki jest czymś mniej ważnym od talentu. Jak najbardziej dziennikarzowi przyda się wykształcenie dziennikarskie, podobnie jak elektrykowi technikum. Bardzo często głupio się drwi z przygotowania do zawodu, oceniając owoce pracy jakiegoś nieuka, ale to jest wylewanie dziecka z kąpielą i wyrażam tę opinię, jako człowiek, który wykształcenia i praktyki dziennikarskiej nie posiada. Problem tkwi gdzie indziej. Dziś wykształcenie praktycznie się kupuje, a do zawodu masowo wchodzi się we wiadomy sposób. Nieliczne wykształcone i uczciwe wyjątki muszą mieć wiele szczęścia i samozaparcia, żeby przetrwać w zawodzie dziennikarza. Jeśli chodzi o legitymację, to źle mi się kojarzy każdy dokument uprawniający do przywilejów. Miałem sporo przygód sądowych i nie mogłem się zasłonić żadną legitymacją. Brak legitymacji blokuje też dostęp do wielu informacji. Gdyby ten dokument był sprawą wewnętrzną dziennikarzy, podobnie jak u modelarzy, nie miałbym większych zastrzeżeń, ale tak nie jest. Legitymacja dziennikarska otwiera drzwi, do których zwykły obywatel nie ma co pukać.

Normalny człowiek nie życzy sobie filtru politycznej poprawności i poglądów właściciela mediów. Czytelnika mniej interesuje forma, bardziej treść. Kim zatem dzisiaj jest dziennikarz? Kim jest w naszej rzeczywistości bloger?
– Podział na blogerów i dziennikarzy w moim przekonaniu przestał funkcjonować. Dziennikarze tworzą blogi, blogerzy bardzo często robią lepszą robotę dziennikarską od zawodowców. Uważam za mit tak zwaną wolność dziennikarską, coś podobnego nigdzie na świecie nie istnieje. Dziennikarz zaczyna dzień od kolegium, gdzie dostaje wytyczne ściśle związane z linią redakcji. Popełnię i tę herezję, że nie dopatrzę się w przytoczonym modelu żadnego zagrożenia dla wolności mediów, to naturalny porządek rzeczy. Tragedia pojawia się wówczas, gdy mamy przepaść w podziale mediów i przewagę jednej opcji politycznej w dodatku związanej z władzą.  I taki jest  obecny stan mediów w Polsce. Moje pojmowanie wolności mediów i realnej wolności dziennikarskiej, to szeroki wybór między redakcjami, które reprezentują różne punkty widzenia. Nie ma chyba dziennikarza, prócz tych gotowych na wszystko, który w poniedziałek widziałby męża stanu w Palikocie, a we wtorek w Kaczyńskim i nie ma takich redakcji. Każdy człowiek ma jakiś w miarę stały system wartości i w naturalny sposób chce go bronić. Niesprawiedliwość i niewola polegają na tym, że poprawni politycznie „liberałowie” i lewacy mogą przebierać w redakcjach jak w ulęgałkach, natomiast redakcje prawicowe i szerzej konserwatywne to ciągle manufaktury budowane spontanicznie, z mizernym kapitałem i zasięgiem. Dysproporcje te nie są skutkiem oczekiwań społecznych i oddaniem zapotrzebowania na określone treści, ale produktem manipulacji i patologii widocznych każdego dnia. Inaczej to wygląda w przypadku ludzi niezwiązanych z redakcjami. Oni mogą pozwolić sobie praktycznie na wszystko. Dlatego też za nic nie oddałbym tego skarbu, który sam sobie wypracowałem. Moim ograniczeniem jest tylko percepcja i kryterium racjonalności, poza tym pozwalam sobie na wszystko, niektórzy twierdzą, że pozwalam sobie na zbyt wiele.

Kim według Pana powinien być dziennikarz? Jaką ma przypisaną rolę?
– Dla dziennikarza widzę stereotypową i odwieczną rolę: ma być kurierem, może nie zawsze dla wszystkich, z tych powodów, które wymieniłem wcześniej, ale zawsze dla tych, którzy mu ufają i wierzą w podobny porządek świata. Dziennikarz ma przekazać informacje szerszej grupie ludzi zajętych swoimi sprawami, bo ta wiedza jest niezbędna, aby podejmować konkretne decyzje, mające wpływ na wiele dziedzin życia. Za naturalne uważam również oceny i interpretacje i nie rozumiem skąd te wszystkie apele o suchą informację. Bez ocen, interpretacji, rozłożenia akcentów znikają całe działy dziennikarstwa: publicystyka, czy choćby mój ulubiony gatunek, jakim jest felieton. Niedopuszczalne są ewidentne łgarstwa, tanie prowokacje, toporne dobieranie argumentów pod tezę, czyli trzema literami TVN albo dwoma GW.

„Wolę być blogerem i służyć prawdzie niż kundlem, który tylko szczeka”. Powiedziałby Pan tak o sobie?
– Nie! Być blogerem wcale nie oznacza nie być kundlem, znam wielu blogerów, na których spokojnie można wołać: Fifek, Burek, Sunia. Wśród blogerów występują te same cnoty i grzechy, które mają dziennikarze i wszyscy inni komentatorzy.

Blogerzy są niepokojącą konkurencją dla pracowników etatowych polskich masmediów? Odbierają im chleb, stanowią zagrożenie?
– Tak! I nie tylko dla równowagi, czy taniego efektu użyłem krótkiego potwierdzenia. Wcześniej wyjaśniłem, skąd się to bierze. Takie mamy postmodernistyczne czasy. Internet sprawił, że dziennikarze mieszają się z blogerami i blogerzy z dziennikarzami i z całą pewnością to ci drudzy mają się czego obawiać. Uspokoję jednak dziennikarzy, bo rzecz bardziej dotyczy oceny Czytelników niż realnego zatrudnienia w redakcjach. W tych obszarach ciągle obowiązuje klucz towarzyski, wyścig szczurów, legitymacja partyjna. Prawdę mówiąc, nie widzę dla siebie redakcji, w której chciałbym pracować na stałe. W paru może zdecydowałbym się na publikowanie felietonów, co mi się zresztą zdarzało.

Czym blogerzy przekonali do siebie rzesze, młodych zwłaszcza, internetowych czytelników?
– Nie odnoszę też wrażenia, że młodzi ludzie z definicji bardziej ufają blogerom, przecież niejaki „Kuba” będąc skończonym i cynicznym błaznem ma milion „lajków”. Młodzi i wszyscy inni ludzie szukają treści odpowiadających ich potrzebom. Niestety, zgadzam się z kultowym zdaniem Lema, że Internet odkrył niespotykaną dotąd masę idiotów. Popkultura w sieci to norma, takie portale jak kontrowersje.net są niszą, nie łudźmy się, że Internet i blogi tworzą nową jakość pod tym względem. Dość przyjrzeć się corocznemu konkursowi Onet.pl, żeby zobaczyć, jaki chłam produkuje się na blogach i potem nagradza w konkursach. Bieda intelektualna nie zniknie wraz zalogowaniem się do sieci. Inna rzecz, że Internet poprzez interakcje jest zwyczajnie atrakcyjniejszym miejscem od bezdusznej gazety, czy telewizji, która nie pozwala na żaden komentarz. Ludzie wchodzą na strony znanych autorów i dyskutują z nimi, kpią z nich, chwalą, podziwiają. Tak zwany „hejt” wymyśli właśnie zawodowcy, gdy zobaczyli, że ich słowa nie są liturgią, a oni sami mesjaszami. Mniej więcej i w dużym skrócie tak wygląda przewaga Internetu, stąd wielu dziennikarzy zaczęło pisać blogi.

Dziś bloger to niezłomny obrońca prawdy?
– Prawda to najczęściej gwałcone słowo z koszyka, który nazywamy aksjologią. Prawda jest pojęciem z pogranicza sacrum i często podlega profanacji, wolę materialny synonim, czyli fakty. Co do sedna, musiałbym powtórzyć wcześniejsze wypowiedzi. Tytuł blogera nie nadaje cnoty z urzędu, każdy sobie uprawia swoje pole. Sam jestem przykładem blogera, który mniej więcej do 2009 roku widział rzeczywistość i prawdę zupełnie inaczej niż to ma miejsce obecnie. Prawda działa na emocje, którym się poddają odbiorcy prawdy. Ogarniał mnie pusty śmiech, gdy słyszałem, że największe gazety i telewizje w Polsce kłamią, a jakieś prawicowe gazetki i radiowęzły piszą prawdę. Do szału mnie doprowadzały „spiskowe teorie”, które w nobliście i bohaterze Wałęsie widziały „Bolka”, zaś z drugiej strony Annę Walentynowicz z Andrzejem Gwiazdą stawiały na piedestale. Nie uwolnię się do końca życia od pytań, jak mogłem być tak głupi i kto mi płacił? Na drugie pytanie od razu odpowiem, że nikt. Co więcej, funduję prywatną nagrodę w kwocie 1 000 000 złotych za jakąkolwiek umowę, fakturę, paragon albo potwierdzenie płatnika. Gorzej z głupotą, bo rzeczywiście jest jednym z dożywotnich elementów mojego wstydu. Z jednej strony można się tłumaczyć potężną machiną propagandową, która istnieje i pracuje pełna parą, ale z drugiej wystarczy sięgnąć do źródeł i dokumentów, żeby zobaczyć, co jest świętą prawdą lub świeckim faktem. Kto przekroczy tę barierę, nigdy nie wróci do medialnego postrzegania rzeczywistości, jednak cała operacja wymaga dwóch rzeczy i jedna jest trudniejsza od drugiej. Po pierwsze trzeba szukać, pracować intelektualnie, poświęcić swój czas, po drugie trzeba mieć odwagę cywilną i przyznać się do własnej głupoty. Przeszedłem tę ścieżkę i dzisiaj uważam swoją działalność w pewnej części za pokutę. Nagrzeszyłem swego czasu tak skrajną głupotą, że raz w tygodniu budzę się z krzykiem – ty idioto ! Tak to jest z prawdą u blogera i prawdą w ogóle. To nie jest słowo i hasło, ale zbiór wielu wysiłków i postaw.

Od 2008 do 2013 (stan na dzień 21.08.2013) opublikował Pan łącznie 2612 wpisów na stworzonym przez siebie portalu. Dziś mamy maj 2015r, ile artykułów przybyło?
– Nie wiem, ale łatwo policzyć, ponieważ publikuję codziennie. Może to grafomania, a może wspomniana pokuta. Staram się nadrobić stracony czas i wyrządzone krzywdy, chociaż nigdy nie robiłem niczego wbrew własnej woli i oglądowi, ale z własnej głupoty przyczyniłem się do utrwalania najpodlejszej propagandy.

Być dziennikarzem w Polsce to zaszczyt czy wstyd?
– Jeśli Pani robi sondę, to wynik jest oczywisty jak w przypadku polityka. Dziennikarze zasłużyli sobie na swój los. Nie sądzę jednak, żeby większość z nich się wstydziła, tym bardziej budziła z krzykiem – ty idioto! Nieliczne wyjątki mogą czuć się zaszczycone, że są dziennikarzami, to ciekawy i odpowiedzialny zawód.

Manipulacja medialna służy wychowaniu nowego człowieka tak jak w komunizmie?
– Jak w komunizmie, faszyzmie, „nazizmie” i „liberalnej demokracji”. Najważniejsze jest to, że medialna manipulacja służy wychowaniu skretyniałego konsumenta, który będzie się zabijał w pogoni za towarem oferowanym w wiecznej promocji. Kto i co oferuje, to rzecz wtórna, chociaż oczywiście da się wskazać najpodlejsze towary i największych hochsztaplerów. W Pani pytaniu pojawił się jeden z takich „towarów”.

Gdyby Pan był wydawcą, komu zaproponowałby Pan pracę u siebie? Kogo próbował ściągnąć i jak zachęcić do pracy? Z jakich osób musiałby się składać zespół redakcyjny?
– Musiałbym się solidnie zastanowić. Z całą pewnością byliby to konserwatyści i ludzie z wiedzą. Te warunki są nierozłączne, nie przyjąłbym żadnego „nowoczesnego” erudyty, który by chciał rysować nowe wizje doskonałego społeczeństwa z wyedukowanymi Kamasutrą przedszkolakami. Dzieją się rzeczy skrajnie niebezpieczne, przerabiane przez ludzkość wielokrotnie i dalej ideologiczni magowie ogłupiają lud wizjami „tolerancji” sprowadzonymi do kultu profanacji, dewiacji i urawniłowki. Jak pisałem wcześniej, redakcja ma reprezentować mój system wartości i walczyć o jego przetrwanie. Pewnie interesują Panią nazwiska, ale to naprawdę nie jest ważne.

Dlaczego „wariat ze Złotoryi” uparł się, by zniszczyć mit Owsiaka? Obnażenie machiny wyzyskiwania tysięcy naiwnych dało Panu zadowolenie? Warto było bawić się w dziennikarza śledczego?
– Obawiam się, że w sprawie Owsiaka to nie ja się bawiłem, ale dziennikarze. Byłem pierwszym, który się nie przestraszył żałosnych prowokacji Owsiaka tych prawnych i medialnych. Gardzę takimi ludźmi, którzy usiłują ustawiać pojedynki, mimo wszystko wszedłem na ring i śmiem twierdzić, że to Owsiak kilka razy wylądował na deskach. Jerzy Owsiak jest złym i do niedawna niebezpieczny człowiekiem. To cynik, bez najmniejszych zahamowań. Nie mogę jeszcze wszystkiego powiedzieć, bo jestem w trakcie gromadzenia dokumentacji, ale proszę mi wierzyć, że wiedza, którą posiadam jest przygnębiająca. Ta machina zwana WOŚP jest nie tylko sektą. Tam się dzieją rzeczy z pogranicza Amber Gold, do których przykleja się serduszka i słodkie buzie Bogu ducha winnych dzieci. Obrzydliwa inżynieria społeczna na szczęście zaczyna się pruć. Owsiak po procesie w Złotoryi już nigdy nie będzie dawnym Owsiakiem. Poczuję zadowolenie, gdy dokończę tę walkę. A dokończę ją na pewno.

„Wielgucki zrobił wiele, by dołączyć do grona tych, którzy nie zgadzają się na życie w kraju, w którym fałszywa poprawność polityczna ma za zadanie wykreowanie fałszywej narracji, która z kolei ma zaprojektować nową, równie fałszywą, świadomość historyczną społeczeństwa”. Wyrazistość publicysty i soczysty język były przyczyną wyroku sądowego?
– Wielu uzna, że cytowane słowa są banalne i patetyczne jednocześnie, a dla mnie to najprostsza instrukcja codziennej pracy. Staram się zmieniać rzeczywistość, w ramach własnych umiejętności. Mój język wcale nie odbiega o języka medialnych gwiazd, co więcej jest złagodzoną emanacją języka tych, którzy „mogą więcej”, bo są artystami, autorytetami itd. W przeciwieństwie do „nietykalnych” ponoszę odpowiedzialność za słowo, zatem to nie jest takie proste, że Wielgucki zaistniał, bo jest „mocny w gębie”. Forma wypowiedzi uzupełnia i zwraca uwagę na treść. Zdarza mi się pisać teksty niemal liryczne, gdy piszę o ludziach i cnotach, nie o patologii i hołocie. Za słowo należy ponosić odpowiedzialność, zwłaszcza, gdy się mówi lub pisze publicznie, dlatego zrezygnowałem z anonimowości i jestem do dyspozycji każdego „pokrzywdzonego”. Przy okazji dodam, że pierwszy wyrok, który wygłosił Sędzia Michał Misiak to modelowa praca sędziowska. Było w tym wyroku wszystko, co ważne, a przypomnę, że zostałem uznany winnym znieważenia Owsiaka za słowa „hiena cmentarna”. Jednoczenie Sędzia uznał, że Jerzy Owsiak dopuścił się zniewagi wzajemnej i to w ocenie Sądu niepomiernie dotkliwszej (Auschwitz, „pierdol się”, „będziesz miał w dupę”). W pozostałych punktach zostałem uznany za niewinnego, a co najistotniejsze Sąd stwierdził wyraźnie, że opierając się na faktach dokonałem krytyczne analizy. Sąd II instancji to już koniec snu. Wprawdzie wyrok zmienił się tylko w jednym punkcie i zniesiono zniewagę wzajemną, ale to pokazuje, że byle Wielgucki naszym Owsiakom podskakiwał nie będzie. Sąd w Legnicy i cała Legnica ma podobną „sławę” jak Zielona Góra. Tu króluje kolor czerwony i taki zapadł wyrok, który nie tylko sprofanował pracę Sądu w Złotoryi, ale uratował tyłek Owsiakowi. Gdyby zniewaga wzajemna został utrzymana, skazanie pana „Jurka” nastąpiłoby z mocy prawa. Biorąc pod uwagę te wszystkie wydarzenia i pomijając kwestie skromny-nieskromny, mam nadzieję, że moje wysiłki i dalsza praca rzeczywiście wybiły parę cegieł z muru. A cenę za język płacę znacznie wyższą niż nietykalny Owsiak, Wojewódzki, Palikot, Niesiołowski.

Studia na wydziale socjologii pomogły niewierzącemu autorowi, o przewrotnym pseudonimie Matka Kurka, napisać wyjątkową powieść Berek? (Dziś ta książka 12 miejsce zajmuje wśród bestsellerów).
– Studia skończyłem w modelu „przemian” po 1989 roku. Gdziekolwiek zapukałem za chlebem słyszałem, że dziś normą jest wyższe wykształcenie i znajomość języka obcego, aby prowadzić Forda Transita w hurtowni z psim żarciem. Poszedłem na studia z tego i jeszcze innego powodu. Byłem to sobie winien za grzechy młodości. Trzy razy zaczynałem studiować, co ciekawe i śmieszne, pierwszym kierunkiem była rusycystyka. Na ciężkim kacu zdałem egzamin na studia stacjonarne, ale potem rodzice stracili pracę, a i mnie się odechciało i po tygodniu zrezygnowałem. Drugi kierunek to filologia polska, zrezygnowałem po pół roku z powodów osobistych, nawet intymnych. Socjologię zacząłem jako kawaler i w ogóle się nie przykładałem, poszedłem po papier. Dyplom magistra odebrałem jako mąż i ojciec. Socjologia w zasadzie w niczym mi nie pomogła, poza udowodnieniem samemu sobie, że do trzech razy sztuka. Oczywiście wyższe wykształcenie i praca to mity z telewizji, skutkujące bezrobociem.  To prawda, że jestem niewierzący, ale większość ateistów uważam za skończonych idiotów walczących z religią i wiarą. Wychowywałem się wśród katolików. Najważniejsi ludzie dla mnie to katolicy, którzy nigdy nie modli się o to, żeby sąsiadowi krowa zdechła, a żydom szarańcza czosnek spałaszowała. „Berek” to hołd złożony moim dziadkom, mojej mamie, rodzinie i wszystkim Polakom, którzy mają prawo do własnej tożsamości, dziedzictwa i wiary. „Berek” był przez wiele miesięcy na podium, a w 12 utrzymuje się od 2 lat. Cieszy mnie to niezmiernie, bo to moje ukochane dziecko i pod każdym względem unikalna powieść w polskich realiach.

Jeśli chodzi o nick „Matka Kurka” to oczywiście antonim Ojca Rydzyka. Wymyśliłem ten pseudonim w czasach, gdy byłem politycznym idiotą. Nadal uważam, że Ojciec Rydzyk nie jest żadnym polskim mesjaszem, przeciwnie i nie daj Bóg, by stał się liderem, czy moderatorem narodowej debaty, ale dziś postrzegam jego działalność jako normalną i niezbędną część życia publicznego.

Wierzy Pan, że kropla drąży skałę? A może to Pan, jego odwaga i nieugiętość zmienią oblicze polskiego dziennikarstwa?
– Niespecjalnie interesuje mnie zmienienie oblicza dziennikarstwa, pokutuję i staram się w miarę możliwości zmienić nieznośną rzeczywistość. Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, jakie mam wady, ale wytrzymują ze mną z powodu kilku pozytywnych cech charakteru. Nigdy nie kłamię. Mogę się mylić, ale nie kłamię. Jestem więcej niż uparty. Wykrwawię się na śmierć, jednak od osiągnięcia celu nie odstąpię. Obojętnie, jak bardzo się zbłaźnię, potrafię się do błędu przyznać, przeprosić, a wręcz ukorzyć publicznie i naprawić szkody. Kropla drąży skałę. Robię swoje i robić będę.

Pana przymiotami są także: dystans do samego siebie, odwaga i nieustępliwość. Proszę spojrzeć, ilu młodych patrzy na Pana z uznaniem. Dziękuję za rozmowę.