Sam tego nie pamiętam, opowiadali mnie to rodzice. W czasie wojny mieszkaliśmy w Kurowie pow. Puławy – miałem wtedy 3 i pół roku i wyszedłem z domu nikt tego nie zauważył. 6 m od domu w 2 metrowym rowie był odpływ z młyna, a koło niego wielki staw młyński i ze 100 m od domy gorzelnia, a tu ruch był nie mały. Musiano moją nieobecność dość późno zauważyć, w okolicy domu mnie nie znaleziono. Nasłuchałem się od mamy jak mnie szukano koło młyna przy stawie.
Znalazł mnie tata jak wracał z Puław 3 km za Kurowem. Dobrze, że to nie była Zamojszczyzna i mnie małego chłopczyka nie porwał jakiś Niemiec, w ogóle mógł zrobić ze mną co by chciał.
Czasem opowiadam to jako początek mojej turystyki… A jak zbliżało się forsownie Wisły to mieszkało u nas z tydzień czasu 8 Rusków. Owszem tu zacząłem słyszeć języki obce, bo to nie byli tylko Rosjanie… Poznałem wtedy też wszy, pchły, liszaja… Matka przed wojną pracowała w szpitalu w Lublinie to higiena była bardzo przestrzegana!
Potem transportem jechaliśmy na Zachód, na Ziemie Uzyskane a w propagandzie Ziemie Odzyskane. Może starsi pamiętają szlagier „Szli na Zachód…” (szabrownicy żeśmy śpiewali…). Przejeżdżąjąc przez Warszawę widziałem ruiny… to było straszne! Zatrzymaliśmy się w Neu Stettin/Szczecinku, a mieliśmy jechać do Gdyni, aby wyjechać do Argentyny. Miesiąc mieszkaliśmy w wagonie i decyzja odmowna na wyjazd więc zamieszkaliśmy w Hammerstein/Czarne. Pamiętam parę przeprowadzek z domu do domu. Dużo Niemców głównie kobiet z dziećmi i trochę starców. U nas pracował jeden jako parobek. Tak, że w domu były praktyczne lekcje z niemieckiego pełno „wihajstrów” (kod: wie heisst er? czyli: jak on (to) się nazywa? Buszowaliśmy po pustych domach zbierając zabawki, książki i różne drobiazgi. Przyniosłem do domu żołnierzyków ołowianych, książkę o zbrodni Katyńskiej(w latach 80 ktoś mi ją ukradł) i samochód na pedały!
Rodzice pozwoli mi pójść do szkoły (była za płotem wielki kilkupiętrowy budynek) od 5 lat (to było nierozsądne!) W klasie byli kilka lat starsi, przecież większość w czasie wojny się nigdzie nie uczyła, tak, że pętaków popychano jak chciano. Spotkałem dzieci mówiące kilkoma językami (niemiecki, rosyjski, ukraiński itp), a w dodatku mamy też nie mało gwar… Jak chłopak z mojej ulicy zapytał mnie: „A u waju muta kunie?” to ja naprawdę nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.
Ekonomicznie radziliśmy sobie dość dobrze. Tata dostał pracę, ale za parę lat zachorował i zmarł – jedna z sióstr już maturzystka też – 2 lata później. Mama dbała o dom, a że była akuszerką, to zawsze coś dorobiła. Jako panna dostała kiedyś maszynę do życia Singera zaczęła szyć i zarabiała potem oficjalnie.
Niestety było dość dużo ruskich żołnierzy i to było dla nas tragedią: kradzieże, gwałty, pobicia, straszenia (wy siewodnia druzja, a zawtra barotsa budiem i to ich j..t…. mać) Ja też ich wszystkich znienawidziłem i miałem za co do roku 1963. Potem już nie okazywałem tego, ale traktowałem ich jako zło konieczne, a szczególnie ich politykę!
Zostałem ministrantem. To się każdemu chłopcu podobało… służyć do mszy… brać udział w jasełkach, śpiewać w chórze. A w czasie kolędy się dobrze zarabiało, nawet do 100 zł, a to przeciętnie była miesięczna pensja. Mnie zafascynowała łacina. Nie wiem skąd zdobyłem mszalnik łacińsko-polski i tam były teksty słowo w słowo po łacinie i po polsku.Umiałem całą mszę (i nie tylko) rozumiałem każde słowo. W domu mieliśmy fortepian po wojnie. Siostra grał piosenki, a ja zacząłem brzdąkać. Podjechał kiedyś ciężarowy samochód… nas postawiono pod ścianę… fortepian na samochód i pojechał sobie w świat. Wtedy szło dużo transportów z „trofiejnymi wieszczami”. Fotograf Bill dał mi pierwsze lekcje gitary, a u proboszcza mogłem grać na fisharmonii -świat muzyki mnie pociągał ale życie nie było łatwe. Aby ulżyć mamie i zarobić parę groszy czyściłem „cegły na Warszawę” najpierw z gruzów (raz mur się ze mną przewrócił, parę dni ledwo chodziłem i mama chyba udawała, że nie widzi tego), a potem z całych budynków w ramach „mądrej polityki partii PPR, a potem PZPR”.
Franciszek Krzysiak dysydent
Cdn.