Wbijam milion gwoździ w milion desek.
To słowa Macieja Szczepańskiego, jednego z prezesów Radiokomitetu, którymi określił wypełnianie swojej powinności wobec przewodniej siły narodu. Funkcjonariusze medialni ze stachanowskim zapałem kontynuują to wyzwanie.
W sumie – nie dziwię się im. Po pierwsze rodowody, po drugie – zagrożone kariery, po trzecie – dysonans poznawczy.
Zacznę od tego ostatniego.
Rozmowa z Kukizem się nie klei, bo nie odbywa się według odwiecznych rytuałów.
Sojusz władzy czwartej z władzą wykonawczą, lub prtrndentami do niej był do tej pory narzędziem propagandy. Tak w rękach polityków jak i przychylnych im (jednej, bądź drugiej stronie) dziennikarzy. Nie mam złudzeń – przy całej sympatii do rodaków – nie potrafią (ja również) albo zrozumieć albo zweryfikować prawdziwości większości medialnych wypowiedzi – szczególnie w kwestiach ekonomicznych. Dlatego politycy i wtórujący im żurnaliści mogli do tej pory żonglować liczbami określającymi relację deficytu do PKB, analizować wpływ ratingów na kurs złotego itd, itd. Ich wiedza na omawiane tematy jest podobną do tej, którą popisała się Hanna Lis bełkocząc niegdyś o „jednookręgowych”. Swoją drogą – to jest patent – zamiast przekrzykiwać się z Moniką O., Hanną L. czy Justyną D-O – odwrócić role i odpytać co tak naprawdę wiedzą na temat, który chcą omawiać. Problem w rozmowie z Kukizem polega bowiem na tym, że żurnaliści nie rozumieją prostego języka. Takiego, którym Polacy posługują się na codzień. Już kiedyś o tym pisałem – polityka i jej komentatorzy posługuje się metajęzykiem, który nie służy ani opisywaniu ani tym bardziej objaśnianiu świata. Tym samym – żurnaliści od dawna nie realizują swojej misji. Ten mętny język to bardziej grypsera, której funkcji objaśniać nie trzeba. Dlatego tak usilnie widać próbu skłonienia Pawła Kukiza, by posługiwał się terminami, które dziennikarze mają wykute na pamięć. Kukiz używając prostego języka opisuje świat, którego istnienie medialny i polityczny establishment zna tylko z telewizji. Stąd upór – np. tow. Olejnik, która zamiast pytać – przekonuje i udowadnia to, co leży w interesie mocodawców nie interesując się tym, co Kukiz ma do powiedzenia.
Teraz – ad. 1. Nie trzeba tego chyba tłumaczyć, choć w przypadku niektórych „przesłuchujących” nie mam pewności. Zamykając temat w dwóch słowach można rzec „resortowe dzieci”. Bronią – jakoś to rozumiem – swojego komfortu psychicznego, pamięć o rodzicach chcą zachować dobrą, tylko – co mnie to obchodzi?
No i zagrożone kariery na koniec. Monikę Olejnik usprawiedliwia morfologia. Pewne nawyki ma we krwi, i jej sposób uprawiania „zawodu” jest znany i przewidywalny – swoją drogą – wizerunkowo w „Kropce” wypadł Paweł lepiej niż w „Polityce przy kawie”. Warto się tym zająć przy innej okazji – słowo po słowie… A to co zrobiła Justyna Dobrosz-Oracz – to będzie – mam nadzieję – materiał poglądowy dla studentów żurnalistyki – dowodzący, że duch Radiokomitetu wciąż nie gaśnie i że prawdopodobnie w kol. redaktor znalazł inkarnację. Gdyby nie impotencja Rady Etyki Mediów – tam właśnie powinna mieć finał sprawa tej relacji. Piotr Kraśko zaś i dyżurny felietonista (pewnie myśli o sobie, że Stańczyk) powinni zmienić redakcję – z informacyjnej na rozrywkową.
Podsumowując – jeśli Olejnik mówi, że chciałaby wiedzieć z czego ma rozliczyć Kukiza – znaczy to, że nie rozumie ideii, z którą wszedł od do polityki. Pragnienie zmian w Polsce nie oznacza żądzy władzy.
To co widać w mediach prowokuje jedną konstatację.
Media należy za-Oracz…