Będę przedstawiał niedawną historię, ponieważ część ludzi próbuje ją zakłamać umiejscawiając się w niej, jako ludzie bardzo aktywnie działający. Prawda jest potrzebna, bez względu jaka ona jest. Ponadto informuję, że materiały wspominające MKK „wola”, są opisywane prze zemnie bo byłem uczestnikiem tych działań a także z powodu informacji reportera „Gazety Wyborczej” Jacka Hugo – Badera, który w rozmowie ze mną poinformował mnie o chęci napisania książki o naszej podziemnej Solidarnościowej strukturze MKK „wola”. Mam duże wątpliwości, co do rzetelności książki Hugo – Badera, ponieważ już na łamach „Gazety Wyborczej” dopuścił się mijania z prawdą, co zakłamało ówczesny faktyczny stan prawny o naszej strukturze i dlatego odmówiłem Hugo – Baderowi udzielenia wywiadu celem jego publikacji w jego książce. Rzetelność zobowiązuje, bo prawda ma być prawdą a nie prawdą teoretyczną.

Jak powstała drukarnia sitodrukowa MKK „wola”?

Wszystko rozpoczęło się gdzieś w połowie 1984 roku, kiedy to na podziemnym spotkaniu Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego „wola” w Warszawie doszło do uzgodnienia, że nasza struktura Solidarności powinna posiadać swoją pracownię sitodruku. Na początek Alfred Rosłoń na spotkaniu MKK „wola” dostał sito i trzeba było do tego sita dorobić resztę niezbędnych rzeczy. Jak dobrze pamiętam, to sito, które otrzymaliśmy miało numer 180. Jak mi się wydaje, była to informacja, że sito to posiada 180 oczek na centymetr kwadratowy. W późniejszym terminie dostaliśmy z jakiś innych źródeł sito o numerze 100, które było używane do robienia apli, czyli tła na przykład pod znaczki. Z powodu dużych oczek w sicie nadawało się tylko do robienia dużych barwnych powierzchni, w porównaniu do sita 180, które było bardzo przydatne do robienia wydruków ze szczegółami takimi jak znaczki itp.

Któregoś dnia jadąc pod Warszawę do Andrzeja Kamacia na drukowanie „Tygodnika Mazowsze” i tygodnika „wola” na maszynie offsetowej, zabrałem ze sobą sito. Razem z Andrzejem „Kudłatym” rozpoczęliśmy robić wszystko, co jest potrzebne do uruchomienia drukarni sitodrukowej. „Kudłaty” znalazł w swoich zasobach blachę aluminiową pochodzącą z kserografu i do tej blachy przygotował podstawę z listew drewnianych i sklejki. Następnie przyciął cztery listwy do zrobienia ramy i zainstalowania sita. Sito zostało przybite tak zwanymi teksami, czyli drobnymi gwoździkami z dużymi główkami. Najpierw po jednej stronie a następnie mocno naciągając sito po stronie przeciwnej, czyli na równoległym ramieniu ramy sita. Później tę samą czynność powtórzyliśmy na krótkich ramionach ramy. Do przybicia sita na ramie użyliśmy około 500 sztuk gwoździków. Następnie rama sita została przykręcona do drewnianej podstawy za pomocą zawiasków odpowiedniej wielkości.

W domu zrobiłem jeszcze jedną modyfikację, bo kiedy drukowaliśmy na sicie kilka kolorów, to kartki trudno było utrzymać w tym samym punkcie. Żeby to zrobić, to w rogach blachy aluminiowej znajdujących się po przekątnej wywierciłem dwa niewielkie otwory o średnicy 3 milimetry. Na te otwory przykleiłem czarny papier z nacięciami w kształcie krzyżyka a do drewnianej podstawy wsadziłem 15 watową żarówkę, która podświetlała krzyżyki znajdujące się w czarnym papierze.

Kolejnym etapem było przygotowanie emulsji światłoczułej potrzebnej do naświetlania sita. Przeważnie korzystaliśmy z gotowych emulsji światłoczułych, ale zdarzyło się nam też korzystanie z samego żelu i mieszać z nim składnik dający emulsję światłoczułą i tu było różnie. Zdecydowanie wolałem gotową emulsję światłoczułą.

Następnym krokiem było przygotowanie farby do sita. Tu się zaczęła wyższa szkoła jazdy, bo kiedy udało się kupić za walutę w „Pewex’ie” farbę sitodrukową, to była ona na podłożu wody i w trakcie pracy rozmywała emulsję światłoczułą robiąc sito bezużytecznym. Trzeba było zmienić rodzaj farby i to kolejne wyzwanie. W grę wchodziły tylko farby chemiczne używane do pracy na powielaczu lub offsecie. Farba powielaczowa odpadła już na początku, jako składnik farby sitodrukowej. Zabrałem się za farbę offsetową oraz bezbarwny lakier „Nitro” i z pomocą dodatku zwanego „cykloheksanol”, który opóźniał schnięcie farby na gotowym wyrobie udało się zrobić farbę do sitodruku. Farba ta miała jeden feler, że strasznie śmierdziała i dusiła mnie i Alfreda. Często się spotykałem z pytaniami moich sąsiadów z klatki schodowej, co tak u mnie śmierdzi lakierem nitro? Odpowiedź była krótka: robię renowację boazerii albo robię jakieś malowanie drewnianych rzeczy na zarobek. Jakoś te moje tłumaczenia trawili, ale czy uwierzyli to tylko oni wiedzą.

Kolejnym etapem było przygotowywanie makiety materiału, który powinien być przeniesiony metodą sitodruku na papier. Makietami mogły być zdjęcia, grafiki lub skomponowane różnego rodzaju materiały a tylko wyobraźnia i ocena, czy taki materiał da się przenieść metodą sitodruku decydowała o makiecie. Gotowa makieta była kładziona na stół reprodukcyjny. Na tym stole były zainstalowane 4 żarówki o mocy 150 watów oraz statyw z aparatem fotograficznym zamontowany na stelażu, który pozwalał przesuwać aparat fotograficzny w górę lub dół w zależności od potrzeb uzyskania żądanego efektu sfotografowanej makiety. Do robienia zdjęć takim aparatem był używany także światłomierz, ponieważ naświetlenie makiety powinno być równomierne na 4 ściankach makiety. Żeby uzyskać możliwość dalszej obróbki zdjęciowej w aparacie fotograficznym znajdował się bardzo kontrastowy negatyw pozytywowy. Zrobione zdjęcie na negatywie pozytywowym było wywoływane i utrwalane a po wyschnięciu negatywu pozytywowego wkładany do powiększalnika fotograficznego. Z odpowiedniej wysokości powiększalnika robiłem naświetlanie błony diapozytywowej, która była nakładana na sito pokryte emulsją światłoczułą. Taka naświetlona folia wyglądała tak, że to, co na foli było czarne to na papierze też było czarne. W zależności od ilości używanych kolorów, tyle było powtarzanych prac z przygotowaniem makiety.

Naświetlanie sita pokrytego emulsją światłoczułą odbywało się za pomocą halogenu o mocy 1000 wat. W moim przypadku bardzo dobrym stołem do naświetlania był barek na kółkach. Na górnej szybie kładłem sito a na nim diapozytyw pozytywowy przyciśnięty szybą dla lepszego docisku do sita. Pod spodem barku na podłodze był położony 1000 watowy halogen i takie naświetlanie trwało około 30 minut. Po zakończeniu naświetlania zabierałem naświetlone sito na kąpiel do wanny, bo pod wpływem wody nienaświetlona emulsja się wymywała. Po takiej kąpieli, zostawała taka sama powierzchnia wielkości czarnego pola z diapozytywu pozytywowego. To, co było jasne i zostało naświetlone nie poddawało się wodzie.

Po zakończeniu pracy na sicie trzeba było to sito umyć nie tylko z farby, ale też z emulsji światłoczułej. Po dokładnym zmyciu sita rozpuszczalnikiem „Nitro” sito zanosiłem do wanny i tam smarowałem je wcześniej przygotowanym roztworem wodnym nadmanganianu potasu, który rozpuszczał wypaloną naświetlaniem światłoczułą emulsję. Po kilkunastu minutach takiego moczenia sito przepłukiwałem ciepłą wodą z prysznica i sito było gotowe do następnego naświetlania.

Żeby przeciskać farbę przez nienaświetlone sito należało używać tak zwanego rakla. Rakiel to drewniana rączka szerokości sita o wydłużonym jajowatym przekroju, takim żeby można było spokojnie i wygodnie palcami dłoni trzymać rakiel i przeciągać go z góry do dołu. Na końcu rakla była szczelina, do której wkładało się specjalną gumę i ta guma przesuwała się po sicie i działała jak walec przeciskają farbę przez nienaświetloną powierzchnię sita.

Materiały wyprodukowane na sicie MKK „wola” zobaczysz na stronie GaleriaMKKwola i na niej też obejrzysz sito i materiały fotograficzne.

Adamiak Andrzej wraz z pomocą optyczną Mariny3636