Napisałam już kiedyś, że jadąc samochodem z Fizykiem odmawiam różaniec. Troszeczkę dlatego, aby Fizyk nie wjechał w kufer jadącemu przed nim, albo potrafił znaleźć własciwą droge do celu, ale na to wystarczy jedno Zdrowaś Maria. I Matka Boska już wie, że należy uaktywnić „pana Czesława” (dusza w czyśccu cierpiąca), aby miał baczenie nad kierownicą, hamulcem i co tam jeszcze podczas prowadzenia samochodu ważne.

Ale ten różaniec to głównie za moich kochanych zmarłych. Ostatnio naliczyłam ich stu pięćdziesięciu więc odmówiłam różaniec dwa razy, bo na pewno o wielu zapomniałam, a przecież byłoby im przykro, że nie pamiętam.

Co Zdrowaś Maria to zarazem piękne wspomnienie. Aż się chce tymi wspomnieniami podzielić. Bo niezwykli ludzie i niezwykłe historie.

Na przykład siostra Szczęsna, Felicjanka. Pierwszy raz przyjechałam do Kazimierza i zamieszkałam w Domu Dziennikarza. W latach 70. po prostu luksus niewyobrażalny. Czułam się jak ta wsiowa baba z „Anielki” Prusa, która wpuszczono na pawimenty pałacu pani baronowej. Nie wiadomo – chodzic po nich, czy rzucic się na kolana, aby nie zbrukać. W jadalni nie cerata, ale białe (!) obrusy, przystawk do obiadui, łazienka przy pokoju. Basen. Trudno siebie wyobrazic, ze takie cuda istnieja na tym socjalistycznym swiecie.

Kiedys podeszłam do bramy i plotu i zobaczyłam czarodziejski ogród. Bez pałacu, bez basenu. Z grzadkami jarzyn, z kurami grzebiacymi w ziemi, z nieduzym schludnym domkiem i bardzo czysciutka krowa, ktora chrupała trawe. A przy krowie – zakonnica, siedzaca na trawie i odmawiajaca na glos jakies modlitwy ze swojego brewiarza. Najbardziej zdumiala mnie ta glosna moditwa. zwłaszcza, kiedy zobaczyłam, ze krowa przestaje jeść (paść sie) kiedy zakonnica milknie. Wtedy siostra mowiła łagodnie do łaciatej. „Jedz, jedz, teraz bedzie litania”. I krowa podejmowała pasienie sie. Scena z całkiem innego od tego wyswieconego kafelkami, łazienkami i basenem świata.

Poszłam do tego Tajemniczego Ogrodu, no bo jako wychowanka zakonnic miałam do klasztorów duzo smiałosci. Okazalo sie, ze sióstr jest pięc, taki „odłam” klasztoru z Przemysla, ze prowadza gospodarstwo i jednoczesnie mini-pensjonat. I wtedy zarzuciłam luksusy DSP i przez dwadziescia lat mieszkałam u sióstr. Ktorymi dowodziła siostra Szczęsna. Niewielka, krępa, rumiana, energiczna i zawsze radosna.

Warunki byly spartańskie. Maleńkie pokoiki, bez zadnych wygód. nawet „wygódka” nie była wygodna, bo zamieszkiwały ja po czesci jakies robale, po czesci szerszenie. Ale nikogo nigdy nie dziabnęły. Ilez osób, bardzo sławnych , bardzo interesujacych i potem czesto az do dzis ze mna zaprzyajznionych ja tam poznałam.

Ale mialo byc o siostrze Szczęsnej. Kochała nas, ale najbardziej z nas Jacka Pałasińskiego. Nie byl ani troche wierzacy, ale siostrze nigdy czyjes wierzenie czy nie wierzenie nie przeszkadzało. Uwazała, ze to, co czlowiekowi w sprawie wierzenia sie wydaje, to tylko takie – jak mawiała – umyslowe fiki-miki. Pan Bóg i tak dobrze wie, ze kazdy do niego przyjdzie. Wczesniej lub później. Oby tylko nie za późno.

Siostra zapewaniała nam codzienna Msze, chocbysmy w samej kapliczce nie byli. Slynny opozycjonista, i zagorzaly ateista, ktory przyjezdzał do swojej przyjaciółki (tez niewierzacej) i mieszkał za cienka scianka kapliczki, mowil, ze budzil sie na dzwonki o piatej rano i trudno mu bylo ulezeć w łózku podczas czytania ewangelii czy podniesienia. „Cos z dzieciństwa, jakies wspomnienie mnie podrywalo – mawiał z autoironia – czasem nawet klekałem”.

Pewna znana pisarka, przy ksiązce której (i na filmie nakreconym na tej podstawie) zapłakiwały sie pokolenia pań, opalała się nago w ogrodzie pod drzewami. Siostra Szczęsna nie oburzała sie. „Pan Bóg Ewe stworzył naga, nie w strojach od Diora. Chce sie cała opalic, no to niech sie opala. Podgladaczy niech zony pilnuja, bo oni beda mieli grzech. A ze ona na pokuszenie…”. Jakos to pokuszenie siostra Szczesna wybaczała.

Znosiła cierpliwie nasze w okresie Solidarnosci i stanu wojennego spiskowanie. Choc całkiem nie pojęła podrzuconej jej ksiazki Zeromskiego „Na plebanii w Wyszkowie”. Ale ksiazke polozyła na szafie, bo moze ktos mądrzejszy zrozumie.

Cieszylismy sie w tym wielkim ogrodzie nie tylko slodkimi malinami, a ja kogucikiem Kacperkiem, ktory chodzil za mna jak piesek, mlekiem od tej „poboznej” krowy (czasem siostra stawiała jej radio „Szarotke”, zeby ja zwieść i zeby łaciata myslała , ze ktos z nia rozmawia).

Siostra, wierzac w cuda motoryzacji, pakowała do malucha Jacka Pałasińskiego sześć osób i wiadra, kiedy jechalismy na jagody, a do bagaznika „malucha” dwa prosiaki, które „po drodze” wytargowała.

Ukazywała nam wszystkim usmiechnieta twarz Pana Boga. Bylo nam w tym jej zakonnym domu dobrze, jak w przedsionku nieba. takim bez wykaflowanych łazienek, bez przystawek do obiadu, bez ciepłej wody i z „wygódka’ z łagodnymi szerszeniami. Ale przyciagajacym czyms niedefinowalnym , ale w zyciu najwazniejszym – wzajemna zyczliwoscia, uczuciem, ze sie jest gościem miłym i obdarzonym serdecznoscia. Ze sie jest w dobrym, cieplym bez wzgledu na aurę – miejscu.

Siostra Szczęsna sprawiła, ze przez dwadziescia lat miałam najlepsze z mozliwych wakacje, ze mogłam wpadać na weekendy i zawsze znajdowałam sie wsród kochajacych mnie osób, a na swoim stoliczku usmazone kwiatki cukinii „na dobry sen”. Panie Boże, daj siostrze Szczęsnej Szczęsne miejsce w Twoim Boskim raju.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.