Od chwili, gdy rozpoczął się bardzo ostry spór wokół Muzeum II Wojny Światowej, między poprzednim dyrektorem tej placówki prof. Pawłem Machcewiczem, a obecnym dr Karolem Nawrockim uważnie go śledzę. Ponieważ dotyczy on dwóch odmiennych wizji pokazywania historii Polski i Polaków w czasie II wojny światowej konflikt się zaostrza. Pan Profesor widział wystawę główną, jako pokazanie uniwersalnego charakteru ludzkiego cierpienia w tym także Niemców i Rosjan.

Natomiast dyrektor Nawrocki kładzie nacisk na pokazanie terroru sowieckiego przed 1939 rokiem, cierpienia narodu polskiego, osób ratujących Żydów, walkę z okupantem, polskich bohaterów II wojny światowej, cierpienia duchowieństwa katolickiego, połączenie Muzeum II Wojny Światowej i Muzeum Westerplatte w jedno muzeum.

Kilka miesięcy przed przyjazdem do muzeum znalazłam w internacie m.in. taką wypowiedź prof. Machcewicza „Liczymy na to, że wystawa, którą udostępniamy zwiedzającym, stanie się przedmiotem ogólnonarodowej debaty, a dla cudzoziemców wielką lekcją polskiej historii. Muzeum II Wojny Światowej wpisuje nasze doświadczenie w kontekst europejski i światowy, dzięki temu lepiej można zrozumieć jego cechy szczególne, ale także wspólne z innymi narodami”.

Nie zgadzam się z takim prezentowaniem naszej historii, bowiem jeżeli będziemy wpisywali się w kontekst europejski i światowy, a nie pokażemy specyfiki okupacji niemieckiej w Polsce, to, w jaki sposób zagraniczny turysta ma „zrozumieć cechy szczególne” tej okupacji? Tylko prawdziwa opowieść o Polakach jest najlepszą lekcją historii Polski dla cudzoziemców.

Jako Polka chciałabym by w tym muzeum przede wszystkim eksponować „polski punkt widzenia” na II wojnę światową, nasze cierpienia i walkę z niemieckim okupantem, a nie rozmywać ją w cierpieniu i walce z agresorem niemieckim w krajach okupowanych, bo tego życzyliby sobie Niemcy i Bruksela.

Jest nowy dyrektor i jego obowiązkiem jest zerwanie z prowadzoną przez lata „pedagogiką wstydu”.

Muzeum zwiedzałam z mężem 05.09.2018 r. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda ono pod rządami nowej dyrekcji, która miała położyć główny naciskt na cierpienia i walkę narodu polskiego z Niemcami i Sowietami.

Rozpoczęliśmy od wystawy czasowej poświęconej obronie Westerplatte oraz części poświęconej wolnej Polsce 1989-2018. Uderza w niej bardzo mała ilość oryginalnych eksponatów z tamtych krwawych tragicznych dni. W gablotach były m.in. pozostałości po lotniczej niemieckiej bombie zapalającej, mundurach polskich obrońców, fragmenty pocisków artyleryjskich, żyrandola, fragment szyny i elementy jej mocowania.

W części sali znajduje się wystawa „W wolnej Polsce 1989-2018”.

Następnie przeszliśmy do „Wystawy głównej”. Do poszczególnych sal wchodzi się z długiego korytarza. Pierwsze kroki skierowaliśmy do sali poświęconej Stalinowi. Na ścianach było mnóstwo plakatów z jego podobizną. Ciekawe były sale poświęcone Benito Mussoliniemu z jego popiersiem i czerwonym przedwojennym włoskim samochodem marki Fiat Balilla oraz sala z Hitlerem i hitlerowskimi Niemcami, ukazująca antysemicką propagandę.

Miałam okazję zobaczyć bombki choinkowe ze swastyką oraz wpinki, o których słyszałam, ale ich nigdy nie widziałam. Rozdawane były za datki podczas akcji Dzieła Pomocy Zimowej organizowanej przez nazistów. Jej celem było niesienie pomocy zimowej przez państwo, które w ten sposób zastępowało bezpośrednią pomoc żebrakom przez samych ludzi. Wydawane seriami w tysiącach egzemplarzy, wykonane z plastiku, szkła, drewna, bursztynu, metalu nadawały się do zbierania i wymiany między dziećmi. Ich tematyka była bardzo zróżnicowana, od propagandy bajkowej czy przyrodniczej do militaryzmu i treści faszystowskich. Akcja została tak rozpowszechniona, iż stała się składnikiem życia codziennego ówczesnych Niemiec.

Godnym uwagi jest motocykl DKW o pojemności silnika 350 cm sześć., wyprodukowany przez niemiecki koncern Audi w 1939 r. Był wykorzystywany w kompanii rozpoznawczej Wehrmachtu. Odnaleziono go w Górze Kalwarii pod posadzką stodoły podczas jej rozbiórki. Przykryty był niemieckim płaszczem wojskowym, a w baku miał jeszcze paliwo. Licznik wskazywał zaledwie 4 tysiące kilometrów przebiegu. Niepotwierdzona informacja mówi, że kiedy jego właściciel, niemiecki żołnierz, zginął w pierwszych dniach wojny, pojazd został ukryty przez chłopów.

Wśród eksponatów znajduje się sztandar 6 Pułku Artylerii Ciężkiej ze Lwowa, ukryty po kapitulacji Lwowa we wrześniu 1939 r. w budynku Ossolineum.

Po raz pierwszy mogłam zobaczyć legendarny polski karabin przeciwpancerny wz. 35 Ur w 1939 roku skonstruowany w połowie lat trzydziestych i produkowany od 1938 roku w Fabryce Karabinów w Warszawie. Był on w stanie przebić pancerz każdego niemieckiego pojazdu pancernego, nawet czołgów. Produkowano je, jako „karabiny eksportowe dla Urugwaju”, stad też znane są pod kryptonimem „Urugwaj”, „Ur” lub „UR”. Były owiane tajemnicą. Wysyłano je w oplombowanych skrzyniach z napisem: „sprzęt optyczny” lub „sprzęt optyczno-mierniczy”. Otworzyć je można było jedynie na rozkaz ze Sztabu Głównego.

Duże wrażenie robi znakomita rekonstrukcja uliczki typowego polskiego miasta na początku lat 30., z jej sklepowymi eksponatami.

Bardzo ciekawym eksponatem była dla mnie kopia tajnego dokumentu zawartego między III Rzeszą a ZSSR dotyczącego IV rozbioru Polski.

Również interesujące są czołówki gazet „Wieczora Warszawskiego” informujące społeczeństwo o uderzeniu Anglii i Francji na Niemcy i „Kuriera Porannego” z komunikatem wojskowym Dowództwa Obrony Warszawy.

W sali poświęconej wojnie fińsko-radzieckiej silne emocje wywołało panoramiczne zdjęcie zamarzniętego fińskiego żołnierza.

Interesująco prezentuje się umocowany wysoko na ścianie model niemieckiego bombowca nurkującego Junkers Ju 87 Stuka, z charakterystycznymi skrzydłami w konfiguracji litery „W”. To na nich w początkowym okresie wojny montowane były syreny akustyczne (tzw. „trąby jerychońskie”), uruchamiane podczas lotu nurkowego. Ponadto do bomb montowano kartonowe rurki, które wywoływały narastający świst w trakcie spadania. Ich dźwięk powodował panikę na ziemi oraz działał destrukcyjnie na morale żołnierzy.

Jednym z największych eksponatów jest licząca 7 m i ważąca 1 tonę oryginalna niemiecka torpeda typu G7a o napędzie parogazowym. Została wydobyta przez saperów Marynarki Wojennej z dna Zatoki Gdańskiej i trafiła do Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, które wypożyczyło ją gdańskiej placówce.

Moją uwagę zwrócił radziecki ciężki karabin maszynowy Maxim będący na wyposażeniu Armii Czerwonej. Często widziałam go w filmach dokumentalnych, ale nigdy z bliska.

Kilkakrotnie korzystałam z stanowisk multimedialnych, których jest w muzeum 250.

Na dłużej zatrzymałam się przy zrekonstruowanym schronie przeciwlotniczym (piwnicy), w którym mieszkańcy miast spędzali długie godziny i bombie lotniczej, której dobrze się przyjrzałam, bowiem przed takimi jak ona kryli się oni w obawie o życie.

Interesujący jest „Czerwony kącik” – powstał on w ramach walki z religią po rewolucji październikowej. Ponieważ w domach rosyjskich chłopów było miejsce przeznaczone na ikony zmuszano ich by na to miejsce zawiesić symbole komunizmu, a modlitwę zastąpiła indoktrynacja. Powstały we wszystkich zakładach pracy, instytucjach państwowych, szkołach i łagrach. Masowo powstawały na okupowanych terenach były symbolem radzieckiego panowania.

Ciekawa jest historia sukni ślubnej znajdująca się w jednej z gablot. Po wojnie były trudności z nabyciem jedwabiu. Amerykanin James Brass w lutym 1946 r. przebywał w Japonii, jako członek amerykańskich sił okupacyjnych. Wracając do rodzinnego San Diego przywiózł japoński jedwabny spadochron i podarował go swojej narzeczonej Betty. Krawcowa za około 17 dolarów uszyła z niego kreację ślubną. Para pobrała się w styczniu 1949 r. W 1971 r. a suknię założyła na ceremonię ślubną synowa Betty i Jamesa Brassów.

Dobrze się stało, że w muzeum można zobaczyć dzwon alarmowy z MS Wilhelm Gustloff, który został zatopiony 30 stycznia 1945 r. przez radziecki okręt podwodny S-13. Wieczny spoczynek w wodach Bałtyku znalazło około 10 tysięcy pasażerów statku. Zanim trafił, jako eksponat do muzeum przez lata zalegał w magazynach Polskiego Ratownictwa Okrętowego, następnie był ozdobą w gdyńskiej restauracji Barracuda.

Niesamowite wrażenie robi podwieszona na suficie makieta bomby „Little Boy” (Mały chłopiec) zrzuconej na Hiroszimę. Szacuje się, że na 70–90 tysięcy mieszkańców, zginęło około 30% populacji miasta. Z 76 tys. budynków. 70 tys. zostało zburzonych lub uszkodzonych, w tym 48 tys. całkowicie. U tych, którzy przeżyli, częściej występowały nowotwory, a u ich potomstwa – wady rozwojowe.

W jednym z dużych pomieszczeń odtworzone są znakomicie ruiny ulicy, na której znajduje się oryginalny sowiecki czołg średni T-34/85. Był to podstawowy wóz bojowy z drugiej części wojny armii radzieckiej, znany z „Czterech pancernych”. Pozyskany został na zasadzie wymiany z warszawskim Muzeum Wojska Polskiego. Miałam możliwość dotknąć go i poczuć chłód jego pancerza.

Po zakończeniu zwiedzania obejrzałam z mężem doskonały film animowany „Niezwyciężeni”, który pokazuję walkę Polaków o wolność od 1 września 1939 roku aż do upadku komunizmu w Europie w 1989 roku.
Nie ma możliwości opisać wszystkich 2,5 tys. eksponatów, które znajdują się w 400 gablot, opisałam te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Szkoda tylko, że na wielu z nich nie ma ich historii.

Po obejrzeniu w Muzeum II Wojny Światowej zarówno wystawy czasowej jak i głównej muszę z przykrością stwierdzić, że jestem nim zawiedziona. Nie tego się spodziewałam. Przede wszystkim obecny dyrektor placówki dr Karol Nawrocki miał położyć główny akcent na cierpienia i walkę narodu polskiego z Niemcami. To, co zobaczyłam utwierdza mnie w przekonaniu, że proponowane przez niego zmiany mają charakter kosmetyczny (zmiana szacunku liczebności żołnierzy AK, zmiany w statystykach strat ludnościowych w czasie wojny, większe wyeksponowanie Ireny Sendlerowej i rotmistrza Witolda Pileckiego ,oraz ojca Maksymiliana Kolbe).

To co zobaczyłam nie oddaje roli Polski w historii II Wojny Światowej. Niestety, w muzeum nie ma możliwości zobaczenia bezmiaru niemieckich i radzieckich zbrodni na narodzie polskim. Nie da się pogodzić specyficznej tragedii polskich obywateli rozmywając ją jednocześnie w uniwersalnym charakterze ludzkiego cierpienia.

Zdziwiło mnie to, że przy powierzchni budynku 26 tys. m2 cała ekspozycja poświęcona II wojnie światowej rozmieszczona jest pod ziemią na jednym 3 poziomie o powierzchni 5 tysięcy m2, na której znajduje się ok. 2 tys. eksponatów, a pozostałe poziomy przeznaczone są m.in. na bibliotekę z czytelnią, sale edukacyjne i konferencyjne. Gdy porównamy je z Muzeum Powstania Warszawskiego, które dotyczy tylko jednego miasta, to powierzchnia ekspozycyjna wynosi ponad 3000 m². a eksponatów jest ok. 1000.

Gdy zobaczyłam plac przed muzeum, to zaskoczyło mnie to, że jest pusty. Aż się prosi by stały na nim pomniki polskich bohaterów II wojny światowej: pierwszego polskiego męczennika ojca Kolbego, największego bohatera naszych czasów rotmistrza Pileckiego, zbrodni Katyńskiej, Cichociemnych, Ireny Sendlerowej. Nigdy nie słyszałaby o tym by ktokolwiek się nad tym pochylił.

Uważam, że w holu muzeum zamiast przodku artyleryjskiego armaty powinno znajdować się popiersie prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego, który nie opuścił jej do końca, co przypłacił życiem.

Myślałam, że nowy dyrektor naprawdę dokona głębokich zmian i pod jego kierownictwem eksponowani będą przede wszystkim Polacy. Ponieważ Muzeum II Wojny Światowej ma sześć kondygnacji podziemnych i osiem naziemnych myślałam, że podjął on decyzję, iż każda z podziemnych kondygnacji poświęcona zostanie innej tematyce np.:

1. Cierpienia i walki z agresorem niemieckim w krajach okupowanych.
2. Tragedia polskiej ludności cywilnej w 1939 r.
3. Likwidacja polskiej inteligencji,
4. Życie codzienne w okupowanej Polsce,
5. Pacyfikacja Zamojszczyzny,
6. Ruch oporu i Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie,
7. Okupacja rosyjska do 1993 r.

Nie zgadzam się z głosami, że wysuwanie na pierwszy plan Polaków w czasie II wojny światowej to wąskie, nacjonalistyczne pojmowanie polskiej historii i patriotyzmu, że pokazywanie historii przez pryzmat naszych cierpień i walki z faszyzmem oraz komunizmem jest przejawem naszej zaściankowości, rodzajem izolacjonizmu, lękiem przed konfrontacją w zestawieniu naszych doświadczeń z doświadczeniami innych narodów. Jest to nasze muzeum, więc głównie powinno skupić się na polskiej martyrologii i walce z okupantami. Jeżeli my tego nie zrobimy to, kto zrobi to za nas?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że głównie chodzi o to, by nie pokazywać tragedii i walki narodu polskiego, a ją rozmywać, oraz o wykorzystanie pozostałej powierzchni do celów komercyjnych. Muzeum jest tylko przykrywką, typowym „kwiatkiem do kożucha” do działalności pozamuzealnej.

Chciałabym doczekać chwili, gdy nazwa Muzeum II Wojny Światowej będzie adekwatna do roli jaką ma spełniać, a dyrekcja nie będzie oglądająć się na sugestie i życzenia Niemiec oraz Brukseli i doprowadzi do tego, że wszystkie siedem podziemnych poziomów (w tym zerowy) będzie wykorzystane do pokazania zagłady i cierpienia Polaków oraz ich walki o niepodległość, bo jest co pokazywać.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk