Czasem pytają mnie, dlaczego wciąż ciągnie mnie na Bałkany. Nolens volens kojarzony jestem z kapibarą i Bałkanami właśnie. Tu jednak nie o Bałkany w istocie rzeczy chodzi ale o Wschód. Szeroko pojęty. Z grubsza od linii Helsinki – Warszawa – Wiedeń – Zagrzeb. W prawo, jak mawiają studenci, wskazując na kierunki geograficzne.

Bo ja uwielbiam różne zakrzywienia czasoprzestrzeni, twórczą bylejakość, robotę na odpierd…, słabą sztukę nie szukającą poklasku, te wszystkie spóźnione pociągi i obsrane toalety dworcowe. Lubię słuchać tych wszystkich knajpianych mistrzów świata, którzy przy mocnej kawie i alkoholu powyżej 40% opowiadają z pasją jacy to byli wielcy, zanim stali się mali. I jak ich świat nie docenił i teraz tego bardzo żałuje. Świat znaczy się, bo oni splunęli tylko przez lewe ramię i poszli dalej. Do baru.

Lubię te nieznośnie niedookreślone sytuacje, gdy nie wiadomo jak się zachować i najbardziej wówczas opłaca się udawać idiotę lub nim być po prostu. Trafiasz na przykład na kanara służbistę, naturalnie nie masz biletu i nie możesz się z nim dogadać. On ci recytuje przepisy i mówi coś o karze, a ty mu mówisz o nagrodzie (łapówce) i że widzimy się tylko jakiś czas, a potem znikamy z jego życiorysu. I nawet jak chcesz kupić normalnie bilet, to okazuje się to problemem, bo twoja zniżka (nauczycielska) formalnie działa (bo wyczytałem to na stronie kolei), ale w tym archaicznym komputerku na stacji w Pirocie nie ma opcji ITIC/ISIC. Ale za to podobny procent zniżki przysługuje bohaterom wojny. Już nawet nie pytałem jakiej, bo tam mają zbyt duży wybór. Po prostu wziąłem i odszedłem od kasy z biletem.

Odessa to był taki jakoby aneks do podróży na Bałkany. Była Sowiecja jest pod wieloma względami inna, choć podobnie jak Bałkany należy do Wschodu. Tym, co ją odróżnia jest w pierwszym rzędzie wszechobecność ludzi umundurowanych, różnego rodzaju zakazów, nakazów, ostrzeżeń. Człowiek zdaje sobie wówczas sprawę, że na pewno jest już winny, zastanawia się tylko z jakiego paragrafu. Relacje społeczne utrzymywane są w reżimie wojennym z taką tylko adnotacją, że teraz akurat nie strzelają, ale czujność należy zachować. No i ta nieznośna radziecka gigantomania. Budowali wszystko największe, najcięższe i najwyższe – wszystko to kosztem estetyki, która ostatecznie pod koniec budowy wyzionywała ducha. I zdając sobie z tego boleśnie sprawę budowniczowie tego czegoś, dowalali jeszcze więcej betonu, asfaltu i farby olejnej, żeby to jakoś przykryć. I finalnie wychodziło jeszcze gorzej. To już ślepy bezdomny szybciej by Rembranta skopiował niż człowiek sowiecki wybudował coś, co chociaż nie boli jak się na to patrzy.

Najbardziej na Wschodzie podobają mi się te wszystkie auto-szroty, które nie powinny w ogóle jeździć. Poruszają się jednak po drogach mimo, że już kilka razy przeżyły własną śmierć. Ludzie Wschodu mają tę niezwykłą umiejętność uruchamiania czegoś, co normalny człowiek dawno oddałby do kasacji bez żalu, a nawet z ulgą. Tutaj samochody sprowadzone z Zachodu przeżywają często swoją trzecią lub czwartą młodość. Niewielu wie, ale magicy ze skupu złomu w Macedonii potrafią na przykład z części po pralce, odkurzaczu, kosiarce ogrodowej i starej Zastawie zbudować drona lub pojazd dla osoby niepełnosprawnej. Samochody na Wschodzie są wiecznie usyfione od wewnątrz i od zewnątrz (nie dotyczy Albańczyków i Serbów pracujących w Austrii). I mój samochód też jest taki. Żebym, jak nim jeżdżę po Zachodzie czuł się jak na Wschodzie.

Temat Wschodu jest szeroki jak Dniepr na zachód od Nowej Kachowki po wysadzeniu tamy. Długo by o tym mówić i pisać. Tymczasem oferuję serię zdjęć z podróży do Odessy w roku 2012 i 2013. To były czasy! Teraz nie ma czasów.

Galeria zdjęć zobacz TUTAJ.