Opowieść wigilijna.
Rodzina Bartów gorączkowo krzątała się po domu. Przecież już niedługo miała zabłysnąć pierwsza gwiazdka nocy wigilijnej, a tu nie wszystko było przygotowane jak trzeba.
Pani Maria Bart była kobietą koło trzydziestki, ale absolutnie nie dawała po sobie poznać, że ma akurat tyle lat. Jej mąż, Marek Bart, dopiero co skończył trzydzieści cztery lata. Oboje uważali się za ludzi sukcesu.
Mieli właściwie wszystko, o czym młodzi ludzie w ich wieku mogli marzyć: dobrze prosperującą firmę, dzięki której nie musieli się martwić o podstawowe potrzeby bytowe. Mieli również dwójkę udanych dzieci. Starszy Kuba był właśnie w trzeciej klasie szkoły podstawowej, natomiast Jurek skończył niedawno dwa latka.
Bartowa starała się, jak mogła, aby być z dziećmi jak najwięcej czasu, jednak obowiązki związane z prowadzeniem firmy pochłaniały ją tak, że nie zawsze ten kontakt z potomstwem był taki, jakby chciała. Jej mąż też nie miał za dużo czasu – musiał jeździć po kraju w poszukiwaniu jak najtańszych podzespołów do produkowanych przez nich urządzeń.
Można było oczywiście zlecić to pracownikom lub zdać się na dostawców, ale lepiej było samemu wszystkiego dopilnować. Cóż z tego, że towar będzie się reklamował, kiedy zamówienie klienta, przez brak dobrego podzespołu, nie zostanie zrealizowane? Oni nie mogli sobie pozwolić na stratę choćby jednego klienta, zwłaszcza teraz, w czasie recesji. Zbyt długo pracowali na dobrą opinię i reputację, aby ją teraz tracić.
Musieli więc zatrudnić pomoc domową, która dbałaby o dom, oraz nianię, która zajmowała się dziećmi.
Dziś był jednak dzień wyjątkowy, postanowili więc zwolnić służbę, a sami z niecierpliwością oczekiwali chwili, kiedy będą mogli usiąść za stołem, przełamać się opłatkiem, złożyć sobie życzenia i spożyć wigilijną kolację.
Stół był już przygotowany: przykryty obrusem, pod który obowiązkowo włożono sianko; zastawa i sztućce ułożone na haftowanych serwetach; dwanaście potraw czekało w kuchni, doprawianych przez Bartową…
Tradycyjnie przygotowano również jedno miejsce dla niespodziewanego gościa.
I wszyscy z niecierpliwością czekali na pierwszą gwiazdkę.
Kuba prawie przez cały czas siedział przy oknie i niecierpliwie patrzył w niebo w poszukiwaniu chociażby jednej małej gwiazdeczki. Tak bardzo chciał ją zobaczyć, bo wiedział, że po życzeniach i po kolacji wreszcie będzie mógł dostać się do prezentów, które na niego czekały pod choinką!
– O, jest, jest pierwsza gwiazdka! – wykrzyknął radośnie, pokazując niebo.
Faktycznie, tuż nad firmamentem iskrzył się mały jasny punkcik, a potem pokazał się drugi, trzeci…
– No to czas do stołu – zakomenderował Bart.
Wziął przygotowane na talerzyku opłatki i zaczął rozdzielać rodzinie: najpierw żonie, potem starszemu synowi, a następnie najmłodszej latorośli.
– Oj, co ty robisz, zaczekaj chwilę – zaśmiała się Bartowa, widząc, jak mały Jurek zaczyna łamać opłatek i pakować go sobie do ust.
Cała rodzina wybuchnęła śmiechem. Wreszcie byli wszyscy razem, jak rzadko kiedy.
Wtem do ich uszu dotarł dźwięk gongu umieszczonego przy drzwiach wejściowych. Bartowie popatrzyli po sobie – któż to może przyjść do nich akurat o tej porze? Przestraszyli się: może coś się stało w ich dalszej rodzinie. Ale zaraz wykluczyli taką możliwość – przecież ledwie godzinę temu rozmawiali telefonicznie ze swoimi rodzicami i rodzeństwem. Z jednej i drugiej strony wszystko było w porządku.
Bart podszedł do drzwi i otworzył je. Obok niego stanęła również zaniepokojona jego żona, która zostawiła w salonie Jurka pod opieką Kuby.
Oboje w drzwiach zobaczyli staruszka – przyzwoicie odzianego, przyprószonego padającym śniegiem, trochę tylko przygarbionego, podpierającego się laską.
– Czym możemy Panu służyć? – zapytał uprzejmie Bart.
Był przygotowany na to, że może staruszek zaśpiewa kolędę, więc da mu parę złotych i będzie po kłopocie. Ale stary człowiek nie wyglądał na kolędnika – nie miał zresztą żadnych kolędniczych akcesoriów.
– Czy Pan potrzebuje naszej pomocy? – ponownie zapytał Bart.
– Widzi Pan… Widzą Państwo – poprawił się staruszek – jestem samotny, więc pomyślałem sobie, że może Państwo przyjęlibyście mnie na kolację wigilijną? – mówił trzęsącym się głosem.
Bartowie popatrzyli po sobie. Jakże to tak – tak długo czekali, że wreszcie w gronie rodziny będą mogli spędzić Wigilię, a tu jakiś obcy pozbędzie ich tej przyjemności?
– Widzi Pan… Jakby tu Panu powiedzieć… – zaczął się plątać Bart. – My długo czekaliśmy na to, aby spędzić Wigilię w gronie rodziny…
– Wie Pan co, tutaj niedaleko jest restauracja, wiem, że tam organizują opłatek dla samotnych.
Bart był zadowolony, że znalazł rozwiązanie.
– O, proszę… – sięgnąwszy do kieszeni, wyjął banknot. – Tu ma Pan sto złotych, na pewno Panu na dobrą kolację wystarczy…
Staruszek nic się nie odezwał. Popatrzył tylko na nich przeciągle, tak bardzo smutnymi oczami, że Bartowa aż przysunęła się do męża.
– Wie Pan – powiedział wreszcie starzec – ja pieniądze to mam. Nie jestem biedny, jestem po prostu bardzo… bardzo samotny. Chciałem jedynie ludzkiego…
Ale reszty już nie usłyszeli, bo staruszek się odwrócił i poszedł w kierunku furtki, mówiąc coś do siebie.
Bart zamknął drzwi. Było mu trochę głupio, ale w sumie był zadowolony. Objął żonę.
– Będziemy mogli spędzić Wigilię w gronie rodziny, zjemy kolację, napijemy się winka, a potem… potem to się zobaczy – szepnął żonie do ucha.
Bartowa w odpowiedzi potargała go za czuprynę…
Nagle w jadalni rozległ się straszny huk, a potem płacz Jurka i krzyk Kuby:
– I co narobiłeś, głupku!
Bartowie przerażeni pobiegli do jadalni i cóż zauważyli? Jurek, niedopilnowany przez Kubę, ściągnął ze stołu serwetę wraz z zastawą, która teraz leżała rozbita koło stołu, a pomiędzy skorupami walały się sztućce.
Jurek stał między nimi i wpatrywał się w ojca. Te oczy, te oczy… Bart już wiedział, że zastawa, którą ściągnął ze stołu, była przeznaczona właśnie dla nieprzewidzianego gościa. Być może dla tego, którego on tak potraktował!
Pobiegł szybko do drzwi, następnie wybiegł na ulicę, ale staruszka nie było. Zdziwiony zauważył również, że nie było żadnych śladów na śniegu, a przecież… a przecież powinny być. Powinny być!
Ze spuszczoną głową szedł w kierunku domu. Była wyjątkowo cicha i spokojna noc i tylko gdzieś niedaleko niosły się słowa kolędy:
„…bo nie ma miejsca dla Ciebie w niejednej człowieczej duszy…”
Zbigniew Grzyb
Zostaw komentarz