Są w życiu takie chwile, kiedy człowiek stoi na brzegu i patrzy przed siebie. Wie, że powinien zrobić krok, podjąć decyzję, spróbować czegoś nowego. A jednak się boi. Boi się tego, co nieznane. Boi się porażki, problemów finansowych, opinii innych ludzi. Boi się, że jeśli zaryzykuje, może stracić to, co do tej pory udało mu się zbudować.

I właśnie wtedy warto przypomnieć sobie słowa świętego Jana Pawła II: „Nie lękajcie się! Wypłyńcie na głębię!”

Ale czym właściwie jest ta głębia? Czy chodzi tylko o wielkie życiowe decyzje, odważne przedsięwzięcia i niezwykłe wydarzenia? A może głębia znajduje się znacznie bliżej nas, niż nam się wydaje?

Głębia zaczyna się tam, gdzie kończy się nasza wygodna przystań

Głębia to moment, w którym przestajemy jedynie mówić o zmianach, a zaczynamy je wprowadzać w życie. To odwaga, by zrobić pierwszy krok, choć nie mamy pewności, czy wszystko się uda. To decyzja, by nie rezygnować z marzeń tylko dlatego, że ktoś powiedział nam, że się nie uda.

Spójrzmy na nasze wsie, nasze małe społeczności i ludzi, którzy każdego dnia zmagają się z codziennością.

Ile jest wśród nas osób, które chciałyby coś zmienić? Ktoś marzy o założeniu własnej działalności. Ktoś chciałby wyremontować stary dom, otworzyć miejsce spotkań dla mieszkańców, pomóc osobom samotnym albo stworzyć coś dobrego dla całej miejscowości. Ktoś inny chciałby po prostu zacząć życie od nowa.

Ale zaraz pojawiają się pytania.

Czy mnie na to stać? A jeśli się nie uda? Co powiedzą sąsiedzi? Czy ludzie mnie wesprą, czy będą się ze mnie śmiać? Czy nie stracę tego, co już mam?

I tak mijają miesiące, a czasem lata. Pomysły pozostają w naszych głowach, marzenia odkładamy na później, a życie płynie swoim rytmem.

Nie chodzi o to, by podejmować decyzje bez zastanowienia. Rozsądek jest potrzebny, podobnie jak odpowiedzialność za rodzinę i przyszłość. Jednak czasami strach staje się tak wielki, że odbiera nam możliwość zrobienia nawet pierwszego kroku.

Może więc naszą największą przeszkodą nie zawsze są brak pieniędzy czy brak możliwości, lecz przekonanie, że nie damy rady?

A przecież nie jesteśmy sami

Jako ludzie wierzący powinniśmy pamiętać, że w naszej codzienności nie jesteśmy pozostawieni wyłącznie własnym siłom.

Jezus Chrystus nie obiecuje nam życia bez problemów. Nie mówi, że każda droga będzie prosta, że nigdy nie zabraknie nam pieniędzy ani że wszystkie nasze przedsięwzięcia zakończą się sukcesem.

Obiecuje jednak swoją obecność.

I to właśnie ta obecność może dawać nam siłę wtedy, gdy po ludzku zaczyna jej brakować.

Czasami Bóg stawia na naszej drodze drugiego człowieka. Kogoś, kto wysłucha, poda pomocną dłoń, wesprze dobrym słowem albo po prostu usiądzie obok i nie pozwoli nam czuć się samotnie.

Może to być sąsiad, przyjaciel, współmałżonek, ktoś z rodziny. Może to być człowiek, po którym zupełnie nie spodziewaliśmy się pomocy.

Są też chwile, gdy szczególnie mocno tęsknimy za naszymi zmarłymi rodzicami i dziadkami. Brakuje nam ich głosu, rady, obecności. Wracamy myślami do chwil, w których byli obok nas i pomagali nam przejść przez trudne dni. Pamięć o ich miłości pozostaje w nas i niejednokrotnie dodaje nam odwagi.

A ponad tym wszystkim jest Chrystus, do którego możemy zwrócić się nawet wtedy, gdy nie potrafimy już znaleźć odpowiednich słów.

Pozostaje jednak pytanie: czy my potrafimy Go dostrzec?

Czy w natłoku obowiązków, rachunków, problemów i codziennych trosk zostawiamy sobie chwilę, by zauważyć Jego obecność? Czy potrafimy się zatrzymać i powiedzieć: „Panie, boję się. Nie wiem, co będzie jutro. Ale potrzebuję Cię. Pomóż mi zrobić kolejny krok”?

Czasami taka prosta modlitwa jest początkiem czegoś ważnego.

Wypłynąć na głębię to również zaufać własnemu powołaniu

Szczególnie mocno rozumiem te słowa, kiedy myślę o powołaniu.

Nie każde powołanie zaczyna się w młodości. Nie każdy człowiek od najmłodszych lat wie, kim chce zostać. Czasami droga prowadzi przez pracę zawodową, rodzinę, trudne doświadczenia, osobiste kryzysy i wiele pytań, na które odpowiedzi przychodzą dopiero po latach.

Także droga do kapłaństwa w Kościele  może być dla człowieka wielkim wyzwaniem. Wymaga odpowiedzialności, poświęcenia, cierpliwości i gotowości do służenia drugiemu człowiekowi. Nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Nie zawsze przynosi poczucie stabilizacji. Bywają dni pełne nadziei, ale są również takie, w których człowiek zastanawia się, czy wystarczy mu sił, by iść dalej.

Sam jestem duchownym Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła w RP. Wiem, że ta droga nie jest łatwa. Wiem również, że duchowny nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że stanął przy ołtarzu.

Duchowny także przeżywa chwile zwątpienia. Także się męczy, martwi, czasami nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Także potrzebuje modlitwy, wsparcia i obecności drugiego człowieka.

Nie piszę tego, by kogokolwiek zniechęcać. Przeciwnie.

Piszę o tym, ponieważ wiara nie oznacza braku lęku. Wiara oznacza, że mimo lęku próbujemy iść dalej.

Jeśli ktoś odczuwa powołanie do kapłaństwa, nie powinien odrzucać go wyłącznie dlatego, że droga wydaje się trudna. Powinien jednak rozeznać je odpowiedzialnie, rozmawiać z duchownymi, modlić się i uczciwie spojrzeć na swoje możliwości.

Nie chodzi o to, by za wszelką cenę dopłynąć do celu. Chodzi o to, by nie rezygnować z poszukiwania swojej drogi tylko dlatego, że na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury.

Nie każdy sztorm oznacza, że trzeba zawrócić

W życiu przychodzą chwile, kiedy wszystko wydaje się układać nie po naszej myśli. Plany się rozpadają, pieniądze przestają wystarczać, ludzie zawodzą, a my sami tracimy wiarę we własne możliwości.

Czasami przychodzi też taki moment, w którym człowiek czuje się daleko od Boga. Modlitwa nie przynosi wcześniejszego poczucia bliskości, uczestnictwo we Mszy Świętej staje się trudne, a serce pozostaje pełne pytań.

Czy to oznacza, że wszystko straciliśmy?

Nie.

Człowiek może przeżywać duchową pustkę, a mimo to nadal szukać Boga. Może mieć wątpliwości, a mimo to nie przestawać pragnąć dobra. Może upaść, zatrzymać się i potrzebować czasu, zanim ponownie wyruszy w drogę.

Nie musimy udawać przed Bogiem, że jesteśmy silniejsi, niż naprawdę jesteśmy.

Możemy przyjść do Niego ze swoim zmęczeniem, złością, smutkiem i niepewnością. Możemy powiedzieć Mu wszystko.

A później spróbować zrobić jeden mały krok.

Nie od razu zmieniać całe życie. Nie rozwiązywać wszystkich problemów jednego dnia. Czasami wystarczy zadzwonić do kogoś, poprosić o pomoc, przygotować plan, podjąć jedną rozsądną decyzję albo po prostu wstać rano i spróbować jeszcze raz.

Właśnie tak może wyglądać nasze wypływanie na głębię.

A co, jeśli się nie uda?

To pytanie zadaje sobie wielu ludzi. I nie ma sensu udawać, że porażka nie istnieje. Możemy się pomylić. Możemy stracić czas, pieniądze albo nadzieję, którą pokładaliśmy w jakimś przedsięwzięciu.

Dlatego odwaga nie oznacza braku rozwagi. Zaufanie Bogu nie zwalnia nas z odpowiedzialności za własne decyzje.

Ale czy nie jest tak, że czasami bardziej żałujemy tego, czego nigdy nie spróbowaliśmy, niż tego, co podjęliśmy z dobrymi intencjami, choć nie zakończyło się sukcesem?

Może właśnie dzisiaj ktoś z nas powinien wykonać pierwszy telefon. Może ktoś powinien porozmawiać z rodziną o swoim pomyśle. Może ktoś powinien przestać odkładać pojednanie, pomoc drugiemu człowiekowi albo realizację marzenia, które od dawna nosi w sercu.

A może ktoś powinien po prostu przyznać przed samym sobą, że potrzebuje pomocy.

To także jest odwaga.

Wypłyńmy więc na głębię

Drodzy Czytelnicy, niezależnie od tego, czy mieszkamy w dużym mieście, czy w niewielkiej wsi, wszyscy mamy swoje brzegi, od których boimy się odbić.

Dla jednego będzie to nowa praca. Dla drugiego własna działalność. Dla kolejnego decyzja o służbie drugiemu człowiekowi. Dla kogoś innego będzie to próba odbudowania relacji, powrót do modlitwy albo znalezienie siły po stracie najbliższych.

Nie musimy od razu dokonywać wielkich rzeczy. Nie musimy udowadniać światu, że jesteśmy niezwyciężeni.

Wystarczy, że nie pozwolimy, aby strach odebrał nam wszystkie możliwości.

Rozejrzyjmy się wokół siebie. Być może obok nas stoi ktoś, kto również boi się wypłynąć na głębię. Ktoś, kto potrzebuje jednego dobrego słowa, rozmowy albo zapewnienia, że nie musi wszystkiego dźwigać sam.

Może to właśnie my możemy stać się dla niego znakiem nadziei.

A kiedy przyjdzie chwila zwątpienia, przypomnijmy sobie, że nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.

Nie wiemy, co przyniesie jutro. Nie mamy gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ale możemy żyć tak, aby lęk nie był jedynym doradcą naszych decyzji.

Nie lękaj się. Wypłyń na głębię.

Może właśnie tam, gdzie dziś widzisz niepewność, czeka na ciebie nowa możliwość. Może tam odnajdziesz ludzi, których wcześniej nie spotkałeś. Może odkryjesz w sobie siłę, o której istnieniu nie wiedziałeś.

A może przede wszystkim zrozumiesz, że nie musisz być doskonały, by rozpocząć coś dobrego.

Wystarczy odwaga, odrobina nadziei, rozsądek i serce otwarte na Boga oraz drugiego człowieka.

Bo Jezus Chrystus nie obiecuje nam morza bez fal. Przypomina nam jednak, że nawet pośród burzy nie musimy być sami.

Nie bójmy się więc wypływać na głębię. Nie bójmy się żyć, służyć, pomagać i zaczynać od nowa.

Niech te słowa będą dla nas dzisiaj zachętą. Nie tylko do myślenia o zmianach, ale do podjęcia choćby jednego małego kroku ku dobru.

ks. Łukasz Urbanowicz
Duchowny Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła w RP