Dokładnie za miesiąc przeminie 10 lat od tej chwili w której dowiedzieliśmy się o tragedii, która wstrząsnęła nami dogłębnie. Na myśl przychodzą mi różne wspomnienia z tych minionych dziesięciu już prawie po Tragedii Smoleńskiej lat, całej dekady, której niewypowiedzianym ale najsilniejszym mottem stała się właśnie ta chwila i wszystkie wydarzenia, które po niej następowały. Może to dziwne, ale nie ma dnia, w którym w pewnej, nawet krótkiej chwili nie pomyślałbym o tym tragicznym wydarzeniu, wydarzeniu które do dziś dnia wydaje mi się nie do pojęcia.

Jednym z nich, takich wyrazistych wspomnień jest cisza, i aura jakiegoś niezwykłego spokoju, niebiańskiej wręcz pogody w tygodniu po katastrofie smoleńskiej, gdy nad Europą zamknięto ze względu na eksplozję islandzkiego wulkanu przestrzeń powietrzną, i na niebie zapanował zupełny, niczym niezmącony spokój. Wydawał on się być i złowrogi, bo takie chwile następowały w metropolii wśród której żyłem bardzo rzadko, ale również w jakiś niezwykły sposób zdumiewający czy nawet fascynujący. Jak gdyby ludzkość na chwilę zdała sobie sprawę ze swojej słabości, z tego jak mało może spowodować zamilknięcie i uciszenie wszystkich jej działań. Smuga dymu, opadający popiół z wnętrza ziemi. Z prochu jesteś, w proch się obrócisz…

Myślę o tym wszystkim dzisiaj, gdy nad Europę nadciąga znowu nieprawdopodobna w swoim znaczeniu i możliwa skutkach sytuacja, w której ponownie stajemy prawie bezbronni wobec możliwego, i do tego unicestwiającego kataklizmu. Tym razem morderczej zarazy, która może odwrócić bieg historii tego kontynentu a nawet świata. Chwili, w której wszystkie plany i nasze dalsze wizje mogą okazać się nieprawdą a my możemy wkrótce zamilknąć na zawsze. I także zapanowała, jak wtedy na niebie – cisza, ruch lotniczy ustaje, z każdym dniem niebo robi się spokojniejsze, czystsze, ulice miast i dróg pustoszeją, bo ludzka obawa o życie i strach przed śmiercią mają tutaj i teraz głos decydujący. Bo żyjemy zawsze tutaj i teraz, a planując nawet nie wiadomo jak dalece nigdy nie zmienimy tego że tak naprawdę nie znamy ani dnia ani godziny. Jutro to wczorajsze dzisiaj, póki istniejemy. Ale za jednym zamachem może zmienić się wszystko. Może to jest właśnie kara boska? Czyżby ludzkość niczym Ikar chciała już wzbić się ze swojej globalnej wieży Babel za wysoko i oto nadeszła utrącająca jej pychę odpowiedź?

Tego nie wiemy. Ale póki jesteśmy, nie zapominajmy o tych dzięki którym mogliśmy wraz z historią naszej Ojczyzny dojść przez ostatnie lata do tej obecnej chwili. Wówczas uświadomiliśmy sobie jak szybko wszystko może się skończyć. Przypominają mi się słowa Ks. Stanisława Małkowskiego, które wypowiedział 11 kwietnia 2010:

Nie ma takiego upadku, z którego nie można byłoby się podnieść mocą Bożego Miłosierdzia, jeżeli kto podnieść się chce.

Może więc uda nam się znowu podnieść i zobaczyć nareszcie, w czym leży wartość naszego istnienia? Nie traćmy nadziei!

 

Wieczny odpoczynek racz Im dać Panie

A Światłość Wiekuista niechaj im świeci

Na wieki wieków

Amen