Prolog
Gdy rozum śpi, budzą się upiory…
W czasach Goi nie było sprayu ani murów, na których można by nocą, niepostrzeżenie napisać to, czego za dnia lepiej było nie mówić. Była za to rycina. Hiszpański artysta zatytułował jedną ze swoich prac Gdy rozum śpi, budzą się upiory *
Był rok 1799.
Europa mówiła wówczas wiele o wolności, równości, sprawiedliwości i wyzwoleniu człowieka. Kilka lat później Goya zobaczył także drugą stronę tych wielkich słów, kiedy Hiszpanię ogarnęła wojna, a ulice Madrytu opanowali żołnierze Napoleona. Historia bywa w takich sprawach złośliwie konsekwentna.
Rewolucje zaczynają się przecież zazwyczaj od słów piękniejszych niż ich następstwa. Opowiada się o wolności. O sprawiedliwości. O wyzwoleniu. O nowym świecie, który będzie lepszy od starego. Na początku przecież wszystko gra. I trudno mieć pretensję do ludzi, że chcą w to wierzyć.
Tak przynajmniej powinno być w dobrej kompozycji.
Muzyka wprowadza nas najpierw w błogi, czasem wręcz melancholijny nastrój, pozwalając marzeniom przypłynąć, a troskom odpłynąć gdzieś w nieznane. Poddajemy się temu chętnie, bo właśnie po to przyszliśmy słuchać. Chcemy przez chwilę uwierzyć w świat zbudowany z dźwięków.
Dobra kompozycja może oczywiście zaczynać się trzęsieniem ziemi, po którym napięcie już tylko rośnie. Beethoven potrafił zrobić to kilkoma dźwiękami. Hitchcock – kilkoma obrazami. Ale istnieje także druga droga, znacznie bardziej przewrotna.
Najpierw wszystko jest spokojne. Ładne. Czasem melancholijne, czasem wręcz zabawne. Chopin pozwala melodii płynąć, Mozart uśmiecha się, zanim podłoży formie nogę, Woody Allen każe nam śmiać się z sytuacji, której sens za chwilę przestanie być zabawny, a Roman Polański potrafi długo przekonywać widza, że właściwie nic szczególnego się nie dzieje. Wszystko gra.
I właśnie dlatego nikt nie podejrzewa, że uczestniczy w przedstawieniu. Przecież wszystko wygląda tak, jak powinno. Słowa brzmią znajomo, gesty wydają się szczere, uśmiechy uspokajają, codzienność płynie swoim rytmem. W to chcą wierzyć wszyscy, którzy na to patrzą. A skoro chcą, to już połowa sukcesu. Druga połowa polega na tym, żeby im nie przeszkadzać.
Obietnica
W życiu działa podobny mechanizm, z jedną zasadniczą różnicą. Jeżeli ktoś chce zarządzać złudzeniami innych, zamiast dźwięków musi podsunąć im obrazy tego, czego sami pragną i czego oczekują od autora komunikatu.
A więc – obietnice.
Lub, jak kto woli – „konkrety”.
Może być ich sto. Może być więcej. Ludzkość lubi okrągłe rocznice, okrągłe liczby i zamknięte zbiory. Sprawiają wrażenie, że ktoś nad całością panuje. Niektórych takich zbiorów nigdy zresztą nie sposób przejrzeć do końca. I może właśnie o to chodzi? Na powierzchni leżą zazwyczaj te najłatwiejsze do zauważenia: efektowne, błyszczące, odpowiednio opakowane. Pod nimi można schować następne. A jeszcze głębiej – takie, do których przeciętny odbiorca nigdy nie dotrze.
A jeśli nawet dotrze, nieczęsto będą dla niego naprawdę czytelne. Nie szkodzi. Dadzą mu za to poczucie dowartościowania. Skoro przedstawiono mu tyle konkretów, wykresów, liczb, planów i szczegółów, widocznie potraktowano go poważnie. Nie musi przecież wszystkiego rozumieć. Ważne, żeby miał poczucie, że miał możliwość. Ten, kto układa stos, dobrze o tym wie. Nikt przecież nie będzie przekopywał całej sterty. Wystarczy zadbać o to, żeby to, co leży na wierzchu, dobrze wyglądało. Reszta może spokojnie czekać.
Wieczność to tylko chwila…
jak mówi stary żydowski dowcip, z cyklu „Przy szabasowych świecach”. Obietnica jest znakomitym materiałem kompozycyjnym. Nie musi jeszcze istnieć to, co zapowiada. Wystarczy, że istnieje potrzeba, aby w to uwierzyć.
Zresztą – „cóż szkodzi obiecać”?
Bo obietnica ma tę przewagę nad rzeczywistością, że rzeczywistość musi się wydarzyć. Obietnica – jeszcze nie. I wtedy znowu wszystko gra.
W słynnym filmie Woody’ego Allena pt. Wszystko gra dramat nie polega na tym, że bohater nie chce albo nie potrafi sprostać obietnicy sukcesu. Przeciwnie – zdaje się spełniać niemal wszystkie jej warunki. Złudzeniem okazuje się samo założenie, że można z człowieka uczynić element doskonałej konstrukcji, skoro tylko zapewni mu się odpowiednie miejsce, pozycję, pieniądze i perspektywę dalszego awansu.
Na ekran oczekiwań rzutowany jest obraz doskonałości, lecz materiał, na którym ma się ona urzeczywistnić, pozostaje niedoskonały. Tym materiałem jest człowiek. Ma własną duszę, własne pragnienia i własne „ja”. I nawet chcąc sprostać pokładanym w nim nadziejom, nie potrafi pozbyć się właśnie tego, co miałoby być podstawowym warunkiem ich całkowitego spełnienia – siebie samego.
Dlatego wszystko gra tylko tak długo, jak długo rzeczywistość zgadza się odgrywać napisaną dla niej rolę. Zamiast superbohatera może więc narodzić się superpotwór. Nie dlatego, że od początku wszyscy chcieli potwora. Przeciwnie – oczekiwali bohatera. Kogoś, kto spełni obietnicę, przywróci porządek, zdejmie z innych ciężar decyzji i odpowiedzialności, a może nawet myślenia. Zwłaszcza myślenia. To ostatnie bywa męczące, a rezultaty – irytująco niejednoznaczne. I właśnie wtedy umysł oczekujących zaczyna zasypiać. Skoro uwierzyliśmy, że wszystko zmierza we właściwym kierunku, po co podejmować wysiłek, aby sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest?
Tym bardziej jeśli nie rozpoznaliśmy sytuacji na początku. Późniejsze przebudzenie wymagałoby bowiem przyznania przed samym sobą, że mogliśmy się pomylić. A tego człowiek nie lubi. Z czasem bronimy więc nie tylko tego, w co uwierzyliśmy, lecz także własnej wiary w to, że mieliśmy rację.
Bohater na zamówienie
Podobne zjawiska zachodzą w procesach, którymi wobec mas operuje public relations kandydata do objęcia władzy. Dobry PR jest niezwykle czuły na społeczne oczekiwania, lęki, rozczarowania i – przede wszystkim – na złudzenia, którym ludzie chcieliby uwierzyć. Nie musi ich nawet wymyślać. Wystarczy, że je odnajdzie. Społeczeństwo samo podpowiada, jakiego bohatera chciałoby zobaczyć.
Silnego, ale dobrego. Zdecydowanego, lecz sprawiedliwego. Z żelazną miotłą w dłoni. I silnymi panami gotowymi pomóc mu ją potrzymać. Bliskiego przez to zwykłym ludziom, a jednocześnie zdolnego rozwiązać problemy, z którymi oni sami sobie nie radzą. Kogoś, kto zaprowadzi porządek, lecz nie odbierze wolności; będzie sprawował władzę, ale nigdy jej nie nadużyje. Najlepiej jeszcze, żeby był jednym z nas. Tylko trochę lepszym. Na tyle lepszym, żebyśmy chcieli mu zaufać, i na tyle naszym, żebyśmy nie pytali zbyt dokładnie, komu właściwie ufamy. Chcemy przecież trochę ogrzać się w jego blasku. Uwierzyć, że on to właściwie my. Przynajmniej przez tę krótką chwilę, kiedy stawiamy krzyżyk przy jego nazwisku. Potem krzyżyk zostaje. Blask niekoniecznie.
Public relations zbiera te oczekiwania i komponuje z nich postać.
Jeżeli twórcy wizerunku dobrze znają siłę – albo słabość – swojego bohatera, wiedzą również, że po zwycięstwie będzie on realizował nie tylko składane publicznie obietnice. Będzie realizował także, albo przede wszystkim, siebie i swoje cele. Lub – co gorsza – interesy tych, którym zawdzięcza swoją rolę.
Dlatego obraz kandydata konstruuje się tak, aby w żaden sposób nie kojarzył się ze złem. Jeżeli zaś zło ma pojawić się w tej opowieści, powinno znajdować się po drugiej stronie. Bohater będzie przecież tym, który je ujarzmi. Przywróci sprawiedliwość. Zaprowadzi porządek. Odda ludziom to, co – jak zostaną przekonani – ktoś wcześniej im odebrał.
Najpierw trzeba więc znaleźć to, co zabrano. Jeżeli znaleźć się nie da, pozostaje znaleźć tego, kto zabrał. To jest bardzo ludzkie. I dlatego tak dobrze przemawia do wyobraźni. Zwłaszcza do tych, których można przekonać, że nawet całkiem niezłe – albo wręcz znacznie lepsze niż przed dekadą – warunki, w jakich funkcjonują, są w istocie rezultatem rażącej niesprawiedliwości.
Trzeba tylko znaleźć jej sprawcę. A jeśli nie bardzo wiadomo, czego jest sprawcą, zawsze można zacząć od „sprawcy”. Reszta się znajdzie. Jak mówi stare, niezbyt wesołe powiedzenie:
Czyli: Najpierw człowiek. Potem paragraf.
Porządek musi być.
Pamięć jest tutaj wyjątkowo zawodnym recenzentem rzeczywistości. Niechętnie przywołuje szczegóły, łatwo zaciera proporcje i z biegiem czasu pozostawia przede wszystkim emocje. Człowiekowi zaś znacznie łatwiej porównywać dzisiejsze życie z wyobrażeniem wczorajszego niż z tym, jakie ono naprawdę było. W tłumie niezdecydowanych zawsze znajdzie się takich stu. Potem tysiąc. Potem milion. Nie muszą jeszcze dokładnie wiedzieć, w co wierzą. Wystarczy, że chcą uwierzyć, iż ktoś wreszcie zrobi z tym wszystkim porządek.
„Razem pokonamy to zło!” – jak na pamiętnych banerach.
Zło? Jakie zło? To można ustalić później. Na razie ważne, że będziemy je pokonywać razem. Wspólny przeciwnik ma przecież tę niezwykłą właściwość, że potrafi połączyć nawet tych, którzy jeszcze przed chwilą nie bardzo wiedzieli, co ich łączy. Obietnica – cóż szkodzi obiecać – może być najzręczniejszym kłamstwem: podpartym fikcją, symulacją, odpowiednio dobranym obrazem rzeczywistości i bohaterem, którego zadaniem jest wyglądać na jej wybawcę. Nie musi być prawdziwa. Musi zadziałać.
Stu takich
Stanisław Tym opowiedział o tym kiedyś znacznie krócej i zabawniej w Balladzie o gościu z teczką.
Ktoś znikąd pojawia się z teczką. Sama teczka jeszcze niczego nie znaczy. Człowiek także nie musi niczego znaczyć. Znaczenie trzeba dopiero stworzyć.
I zawsze znajdzie się „stu takich”. Odpowiednio przygotowanych stu może przecież zakrzyknąć:
– Niech żyje król!
Najciekawsze zaczyna się jednak chwilę później.
Bo sto pierwszy może już nie wiedzieć, że pierwszych stu zostało przygotowanych. Widzi jedynie tłum przekonany, że właśnie rozpoznał króla. Więc krzyczy razem z nim. Sto drugi również. Sto trzeci może mieć wątpliwości, ale skoro pierwszych stu dwóch nie miało, to po cóż się wychylać. A kiedy krzyczą już tysiące, pytanie, kim właściwie jest człowiek z teczką, zaczyna brzmieć niemal niestosownie. Przecież wszyscy widzą, że to – król.
Tak rodzi się jedna z najbardziej niezwykłych właściwości społecznego złudzenia: fikcja nie musi przekonać wszystkich. Wystarczy, że przekona dostatecznie wielu, aby pozostali zaczęli przekonywać się nawzajem. Public relations wykonało swoją pracę.
Resztę zrobi publiczność.
Środki nasenne
Gdy rozum śpi…
Środki nasenne robią za kandydata pół sukcesu. Drugie pół zrobią ci, którzy już zasnęli. Bo człowieka można przekonywać długo. Znacznie łatwiej sprawić, żeby przestał sprawdzać, czy jest przekonywany zgodnie z prawdą. Wtedy obietnica staje się kołysanką, sondaż refrenem, obraz rzeczywistości scenografią, a odpowiednio przygotowanych „stu takich” – chórem. Nowy król może wtedy, mówiąc żartobliwie, najpierw „usunąć filozofów, żeby sobie nie myśleli”. Śpiący mają przecież spać, a nie słuchać tych, którzy mogliby chcieć ich obudzić.
Budzik jest urządzeniem bardzo pożytecznym. Chyba że zależy nam na śnie. Autorów sztuki zazwyczaj nie znamy. Prawie do końca. Czasem zdradza ich dopiero sukces przedstawienia. Nie wychodzą jeszcze do ukłonów, ale pojawiają się bliżej sceny. Otrzymują stanowiska, wpływy, autorytet, a niekiedy także możliwość dostarczania kolejnych dawek złudzeń tym, którzy zaczynają się budzić.
Służyć mogą temu media społecznościowe, publiczne, prywatne – właściwie każde, jeśli komunikat zostanie odpowiednio skomponowany. Bo środek nasenny nie musi wiedzieć, kto jest właścicielem apteki. Ma działać.
I tutaj przedstawienie potrafi osiągnąć poziom niemal groteskowy. Ludzie, których dotychczasowa działalność pozostawała w rażącej sprzeczności z etosem wykonywanego zawodu, którzy potrafili instrumentalizować jego zasady dla osiągania doraźnych celów, a których niektóre działania mogłyby wymagać znacznie poważniejszych wyjaśnień, nagle pojawiają się na scenie w zupełnie nowych rolach.
Nie jako ci, których należy pytać. Jako ci, którzy będą pytać innych. Nie jako ci, których postępowanie należałoby oceniać. Jako ci, którzy odtąd będą wyznaczać kryteria oceny. Nie jako osądzani. Jako osądzający. A nawet – jako prominentni przedstawiciele lub rzecznicy nowej „sprawiedliwości społecznej”. Dlaczego właśnie oni? Na odpowiedź jest jeszcze za wcześnie. Przedstawienie przecież trwa. I wszystko nadal powinno grać.
Wtedy środki nasenne trzeba podawać szczególnie starannie. Bo część publiczności zaczyna już przecierać oczy. Trzeba więc przekonać ją, że to, co pamięta, pamięta źle; że to, co widzi, znaczy coś innego; a jeśli dostrzega sprzeczność pomiędzy dawną i dzisiejszą rolą aktora – tym gorzej dla jej pamięci. Przedstawienie musi przecież trwać. I wszystko nadal powinno grać. Nic nie szkodzi, że cena utrzymania przedstawienia – oraz sfinansowania choćby pierwszych dziesięciu ze stu „konkretów” – rośnie z dnia na dzień. Cena nie ma znaczenia. Utrzymanie władzy – już tak. Zwłaszcza że rachunek można wystawić publiczności.
Upiór dzienny
W starym żarcie mówiło się, że „upiór dzienny” to ilość bielizny wypranej danego dnia w pralni chemicznej. Dzisiaj pralnie chemiczne spotykamy coraz rzadziej. Każdy dostatecznie zamożny człowiek ma przecież małą pralnię we własnym domu. Wrzuca rzeczy do bębna, naciska guzik i po pewnym czasie wyjmuje je czyste.
Postęp? Niekoniecznie. Wystarczy odpowiednio długo tłumaczyć człowiekowi, że kiedyś prało się lepiej. Że pralnie chemiczne były prawdziwe, pranie solidniejsze, proszek bielszy, a ludzie – skoro już przy tym jesteśmy – także jacyś porządniejsi. „Kiedyś było jakoś fajniej” – nieprawdaż?
– My to przywrócimy. Bo jesteśmy tacy… Fajni!
Jak pranie, które właśnie serwujemy tym, wokół których dostrzegamy już tylko brud i zaniedbanie.,Najpierw trzeba przecież przekonać człowieka, że jest brudno. Dopiero potem można mu sprzedać pranie. Po pewnym czasie człowiek siedzący przed własną pralką może zacząć tęsknić za czasami, kiedy musiał brać brudną koszulę pod pachę, nieść ją przez pół miasta, zapłacić i wrócić po nią pojutrze.
To oczywiście żart. Dopóki nie zauważymy, jak często dokładnie w ten sposób pierze się społeczną pamięć. Nie trzeba ludziom odebrać tego, co mają. Czasem wystarczy przekonać ich, że to, czego już nie potrzebują, było lepsze. A potem powiedzieć, że ktoś im to odebrał. I wskazać winnego. Pranie pamięci ma przy tym jedną przewagę nad praniem zwyczajnym. Nie wymaga nawet specjalnego programu. Wystarczą dwa podstawowe:
1.Płukanie 2. Odwirowanie.
Najpierw wypłukać z pamięci to, co niewygodne. Potem odwirować fakty tak długo, aż trudno będzie rozpoznać, jak wyglądały przed włożeniem do bębna. I gotowe. Można rozwieszać. Wtedy „upiór dzienny” przestaje być niewinnym żartem z pralni. Staje się wynikiem prania pamięci.
Przebudzenie
Gdy śpi społeczeństwo – upiory utrwalają władzę. A później coraz trudniej się już obudzić. Sen trwa bowiem nie tylko dzięki tym, którzy go wywołali. Z czasem zaczyna podtrzymywać sam siebie. Jedni śpią, ponieważ nadal wierzą. Inni dlatego, że przywykli. Jeszcze inni zauważyli już, że coś się nie zgadza, ale przebudzenie oznaczałoby konieczność przyznania przed samym sobą, że przez lata oglądali dekorację, biorąc ją za rzeczywistość.
Czasem jednak budzik przychodzi z zewnątrz. Wojna. Kataklizm. Krach gospodarczy. Wielki kryzys. Wydarzenie, którego nie da się zagłuszyć kolejnym komunikatem ani przykryć następną warstwą scenografii. Każda następna wrzutka działa coraz słabiej. Środek nasenny przestaje usypiać. Dekoracja zaczyna trzeszczeć. I nagle okazuje się, że konstrukcja, która miała być niezniszczalna, była od dawna spróchniała i przeżarta od fundamentów.
Zasłona opada. Dekoracje się rozsypują. Aktorzy przez chwilę jeszcze próbują grać, choć za ich plecami nie ma już sceny. Czują, że za moment trzeba będzie oddać pieniądze. Przynajmniej za bilety. Tyle że pieniądze wydano już przed pierwszym toastem. Jako napiwek.
Na koncie publiczności pozostaje minus i liczba tak długa, że mogłaby konkurować z odległościami między niejedną parą galaktyk. Ale jeszcze można pokrzyczeć o lotach w kosmos. Zaiste. Dług właśnie tam odleciał.
I wtedy spośród tych samych ludzi, którzy kiedyś wołali:
– Niech żyje król!
ktoś mówi:
– Król jest nagi!
Tyle że nawet przebudzenie nie daje gwarancji odzyskania rozumu. Człowiek, który właśnie przestał wierzyć w jedno złudzenie, może przecież natychmiast zapragnąć następnego. Może szukać kolejnego bohatera. Kolejnej obietnicy.
Kolejnych stu takich. Kolejnego programu. Bo być może najtrudniejsze nie jest odkrycie, że król był nagi. Najtrudniej zrozumieć, dlaczego tak bardzo chcieliśmy zobaczyć w nim króla.
Przed finałem
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Gdy śpi społeczeństwo – dochodzą do władzy.
Gdy śpi nadal – utrwalają ją.
A wtedy coraz trudniej się obudzić. Bo upiory zadbają o to, by wyglądały jak anioły. I nikt nie uwierzy, że dzwon, za którego sznur ciągną ogonami, za chwilę spadnie. Na słuchających. Bo ci na mównicy zazwyczaj zdążą uciec. Żeby gdzie indziej udawać, że nic się nie stało.
Nic się nie stało, Polacy… Nic się nie stało!
Czyż nie brzmi to znajomo?
⸻
Epilog
Jerzy Waldorff:
– „…jadą sobie zwłoki czyjeś,
rodzinka łka
on już umarł – a ja żyję
wesoło mi, cha – cha !”
Bogusław Schaeffer:
– Jurku… to chyba nie ten program?
Jerzy Waldorff:
– A skąd wiesz?
Tomasz Trzciński
Zostaw komentarz