To tytułowe zdanie przyszło mi do głowy po codziennej „internetówce porannej”. W państwach Osi – „Herzlich Wilkommen”, w państwach słowiańskich i na Węgrzech – nienawiść. Tak to w skrócie wygląda we wszystkich mediach, w tym, niestety, w teoretycznie polskich także. Głosy przeciwne, obawy, strach lub po prostu pytania nie przedostają się do opinii publicznej, chociaż pełno ich w komentarzach i na portalach społecznościowych. Brzmią mocno i często logiczniej od słów polityków. Istnieją krótko. Facebook reaguje coraz szybciej.

W jednej z głównych włoskich gazet, podaję za TVN24, napisano o nowym murze w Europie. Z jednej strony mamy właśnie „światłe, otwarte” społeczeństwa Niemiec, Włoch, Austrii, z drugiej zaś „ksenofobicznych, zaściankowych Słowian i Węgrów”. To nie jest śmieszne. To jest straszne, tym bardziej, że ostre słowa władz Bawarii i Nadrenii- Palatynatu, krytykujące decyzje władz federalnych i osobiście kanclerz Merkel, w tym słowa o „fałszywym sygnale dla Europy”, pokazuje obłudę Berlina. Ostro? Ostro, bo powinno być ostro. To nie my jesteśmy ksenofobami. Zadajemy tylko pytania, które zadać powinny wszyscy. Obawiam się też, że za ten „mur ksenofobii i zaściankowości” będą za kilka lat, w podobny do „Syryjczyków” sposób, usiłowali się dostać autorzy tych słów wraz ze swoimi tubylczymi rodzinami, bo za tym murem pozostanie prawdziwa Europa. Demokratyczna. Bez szariatu.

Są jeszcze dwa aspekty. O pierwszym nie mówi nikt, o drugim – nieśmiało. Pierwszy, to polityka historyczna Niemiec. „Zobaczcie, jacy Niemcy są dobrzy i humanitarni. Jaki kontrast z „rasistami” z Europy Wschodniej. Nic dziwnego, że niemieckie obozy koncentracyjne znajdowały się w Polsce. A Holocaust? Przecież to nie my – to naziści i narody ościenne wymordowały sześć milionów Żydów. My kochamy inne rasy i narody.”. Już niedługo, świat będzie tak myślał, o co Berlin walczy od lat. Podobnie Austriacy. „Herzlich Wilkommen” i świat nie będzie pamiętał, że Eichman, Amon Goetz i Kaltenbrunner byli Austriakami. Może to czarna wizja, ale nikt u nas nie robi nic, by temu przeciwdziałać, a mainstream i wszelkie „Krytyki Polityczne”, „Kultury Liberalne” i cała reszta pseudo lewicowych kombinatorów tylko pomaga Niemcom. Drugi aspekt to Rosja. Kreml zaciera ręce i cieszy się, bo w końcu okazało się, jaka jest „przepaść” pomiędzy Zachodem, a byłym blokiem sowieckim. „A nie mówiłem!” – raduje się Putin. „Kogo wzięliście do siebie? Rasistów i ksenofobów. To z nami trzeba rozmawiać, a nie z Warszawą, Pragą czy Budapesztem. To Moskwa jest jedynym partnerem dla Berlina, Paryża czy Londynu, a nie polscy rusobi. Widzicie teraz, że anektując Krym uratowaliśmy Europę przed falą faszystów ukraińskich.”. Muszę im pogratulować: są dobrzy i skuteczni. I tak powoli Rosja rozszerza swoje wpływy, a my nawet tego nie chcemy zauważyć.

Na koniec, sprawa ostatnia: jeśli jakaś instytucja polityczna, społeczna lub religijna myśli, że otwierając się bezkrytycznie na uchodźców islamskich, doprowadzi do zmiany ich poglądów, ewangelizacji albo przynajmniej do „złagodzenia” stanowiska wobec „niewiernych” i likwidacji zakatu oraz wybudowania kilku kościołów w Rijadzie czy Teheranie, jest naiwny i myli się głęboko. Islam jest religią, z którą nie da się dyskutować, bo ci ludzie nie dopuszczają żadnych pytań i wątpliwości, a różnica pomiędzy „światłym” Muzułmaninem, a dżihadystą polega jedynie na tym, że pierwszy najpierw porozmawia z tobą, zanim zetnie ci głowę, a drugi nie będzie tracił czasu na takie głupoty i zabije cię od razu. Podobnie postępują niektóre „lewicowe” ugrupowania, stowarzyszenia oraz politycy. Ci „uchodźcy” nigdy nie pozwolą kobietom wchodzić do meczetów. Prędzej wyrzucą nasze z kościołów niż zaakceptują nasze pojęcie współistnienia. Środowiska, które wymieniłem nie chcą być tego świadome, albo przemawia przez nie fałsz i hipokryzja wspomagana petrodolarami.

Ludziom uciekającym przed wojną trzeba pomóc za wszelką cenę. To nie podlega dyskusji. Tylko, że zaczyna mi się wydawać, patrząc na te tłumy, iż ci, których naprawdę spotkała tragedia lub żyją w rzeczywistym horrorze, nie mają szans na wydostanie się z syryjskiego piekła i umierają po cichu, bo świat nie chce nawet o nich słyszeć. Ma swoje „zabawki” u bram Europy. Zajął się skutkami. Raz jeszcze: leczy się przyczyny i bez interwencji lądowej przegramy, a ta jest niemożliwa bez USA, Rosji, Iranu i Izraela.

Może sens w tym wszystkim jest inny? Może taki, jak wyśpiewał to kiedyś Roger Waters na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku?