„Dobro mojego dziecka jest dla mnie najważniejsze i leży mi głęboko na sercu, dlatego pragnę dołożyć wszelkich starań, by Ewelinka była pod najlepszą opieką na świecie…”
Trudna rozmowa, rozmowa o chorobie dziecka, małej dziewczynki. Rozmowa o walce z chorobą, z czasem i procedurami. Po jednej stronie matka z partnerem walcząca o córkę a drugiej prawo brytyjskie. Wdzierają się silne emocje – bo czas tu jest cenny. Koło takich spraw nie sposób przejść obojętnie, trzeba reakcji i działań.
Agnieszka Białek: Witam, pani Elu zadzwoniliście do mnie z prośbą o pomoc. Ja tak niewiele mogę, nie mam żadnych narzędzi. Mogę napisać wywiad, wysłać prośbę o pomoc do kilku osób… Nie mogę jednak przejść obojętnie, nie potrafię udawać, że nic się nie dzieje. Sprawa dotyczy dziecka, nie potrafię zatem być profesjonalnie zdystansowana, bo sama mam dzieci. W tym wywiadzie nie będę dziennikarzem, będę rozmawiać z Panią jak matka z matką… Pani Elu, proszę powiedzcie nam trochę o sobie: kim jesteście, jak długo jesteście w Wielkiej Brytanii, dlaczego na emigracji, co tam robicie?
Elżbieta K.: Witam. Nazywam się Elżbieta K… i jestem mamą Ewelinki. Do Londynu przyjechałam 6 lat temu by odwiedzić siostrę i przyjaciół. Przypadkiem udało mi się znaleźć pracę jako niania więc postanowiłam tam zostać. Nauczyłam się języka i po roku zaczęłam pracować dla Dall C. S., gdzie poznałam tatę Ewelinki, w którym bezgranicznie się zakochałam. Nie było nam jednak dane być razem. Zaraz po urodzeniu Ewelinki jego wiza wygasła i musiał wracać do Brazylii. Nie zostałam jednak sama. Miałam siostrę i grono przyjaciół, którzy zawsze mnie wspierali. Najbardziej pomocny był dla mnie Łukasz S., który od samego początku pokochał Ewelinkę i był wstanie zrobić dla niej wszystko. Była oczkiem w jego głowie. Często zabierał nas ze sobą do pracy i pokazywał Londyn, gdyż od kilku lat był kierowcą w firmie transportowej i znał dobrze całe miasto. 
Zależało mi, by jak najwięcej czasu spędzać razem z córką wiec po urlopie macierzyńskim udało mi się znaleźć fantastyczną pracę, dzięki której sama mogłam wychowywać Ewelinkę. W domu prowadziłam swoją malutką firmę, która zajmowała się wsparciem biznesu, nie zarabiałam majątków, ale byłam ogromnie szczęśliwa, że cały czas mogłam spędzać razem z córeczką i zajmować się jej wychowaniem i patrzeć jak rośnie 🙂
AB: Kim jest Ewelinka – przedstawcie nam Ewelinkę:  jaka jest, ile ma lat, co lubi a czego nie?
Elżbieta K.: Ewelinka jest fantastyczną dziewczynką, jakże podobną do wielu innych a jednak wyjątkową. Ma cztery i pól roku i jest nadzwyczaj mądra, i samodzielna jak na swój wiek. Większość ludzi po spotkaniu z nią jest pod wrażeniem jej wdzięku i nigdy nie gasnącego uśmiechu. Ewelinka jest typem odkrywcy. Zawsze zadaje miliony ciekawych pytań i od ponad roku zgłębia wiedzę na temat dzidziusiów, porodów i USG. Marzy jej się, by w przyszłości zostać panią położnik ginekolog więc od dawna praktykuje na swoich ukochanych lalkach barbie jak również na tatusiu Łukaszu, który z miłości do niej 100 razy na dzień jest w stanie znieść cesarskie cięcie i poród 10 misiaczków 🙂 Oprócz tak nadzwyczajnej zabawy Ewelinka bardzo lubi malować, pisać literki, śpiewać, tańczyć i piec ciasteczka. Często żałuje, że nie może robić tego co kocha czyli pływać, ze względu na port Hickmen Line, który ma założony i służy jej do podawania leków. Jest bardzo dzielna i niejednokrotnie udowadnia wszystkim, że jesteśmy wstanie unieść więcej niż nam się wydaje. Ma jednak swoje granice wytrzymałości i zaczyna panikować już na sam widok igły. Bardzo nie lubi szpitali, „kuj kuj” (zastrzyków) i usypiania do badań. 
Tęskni za przedszkolem i swoimi przyjaciółmi, ale mimo tego nie chce wracać do Londynu. Spodobało jej się w Niemczech gdzie jest leczona. Czuje się tu wolna w otoczeniu pięknej przyrody i pragnie tu zamieszkać lub na wsi w Polsce.
AB:  Pani Elu powiedziała pani, że córeczka boi się igły i kłuć, że jest leczona w szpitalu/klinice. Ja wiem, że Ewelinka boryka się z chorobą, ale proszę opowiedzieć naszym czytelnikom na co choruje Ewelinka, od kiedy, jakie były objawy choroby i jaką zastosowano terapię i gdzie? Jak Ewelinka przechodziła leczenie w Wielkiej Brytanii? 
 Elżbieta K.: Ewelinka pewnego dnia zaczęła płakać, bo bolała ją nóżka. Szybko udaliśmy się do szpitala, badania i skany tam przeprowadzone wskazały tylko małą infekcję niewiadomego pochodzenia, ale Ewelinka już po kilku dniach zaczęła mieć duże problemy z poruszaniem się. Po tygodniu została jednak wypisana z diagnozą: artretyzm, ponieważ lekarze nie umieją inaczej wyjaśnić tego co się z nią działo. 
 Jako troskliwa matka dobrze znająca swoje dziecko widząc pogarszający się stan zdrowia postanowiłam ponownie zabrać ją do szpitala, jednak lekarze znowu bezradnie rozkładali ręce a stan dziecka systematycznie pogarszał się. Skierowano nas do innego szpitala. Ewelince każdy krok sprawiał już ogromne trudności a niedługo po tym nie mogła nawet sama usiąść ani przekręcić się nawet na łóżku. Spała może 20 minut po czym budziła się i płakała z bólu, dlatego zdecydowano o podaniu morfiny, która wywołała nieprzyjemny epizod z oddychaniem. Był to dla mnie bardzo trudny czas. Nikt nie wiedział co dzieje się z moim ukochanym dzieckiem a ja 24h/7 dni w tygodniu patrzyłam na jej ogromne cierpienie i za wszelką cenę starałam się zapewnić jej jak najwięcej normalnych i radosnych chwil.  Za dnia nosiłam ją wszędzie na rękach i nie opuszczałam na krok, gdy spała czuwałam tuż obok niej i wylewałam tysiące łez. Oh, jak ja bardzo pragnęłam zabrać cały ten ból z daleka od niej. Gdyby tylko było możliwe bez wahania zamieniałabym się z nią miejscami, tak bardzo ją kocham…
 Rezonans magnetyczny przeprowadzony w maju 2016r ujawnił neuroblastomę IV stopnia z przerzutami do miednicy, kości długich i kręgosłupa. Ewelinka została skierowana do ponoć najlepszego szpitala w Londynie na chemioterapię, gdzie został mi przedstawiony półtoraroczny plan „leczenia” córki zakładający 8 cykli agresywnej chemioterapii, operacje wycięcia guza z nadnercza, jeszcze bardziej agresywną chemię wyniszczającą szpik kostny, przeszczep i dopiero na sam koniec leczenie immunoterapią. Szanse powodzenia 40% na przeżycie pięciu lat… 
Ewelinka przez cały okres chemioterapii bardzo dzielnie wszystko znosiła. Była grzeczna i ciągle uśmiechnięta pomimo wszystkich złych rzeczy jakie jej się przytrafiły. Moje własne dziecko stało się dla mnie wzorem do naśladowania. Wspierałam ją jak tylko mogłam psychicznie i fizycznie, ale mimo to nie obeszło się jednak bez trudnych sytuacji. Doszło nawet do tego, że prosiłam o pomoc psychologa, aby wyjaśnił mojemu dziecku co tak na prawdę się stało i dlaczego musi być w szpitalu, ponieważ Ewelinka bardzo mnie obwiniała. Czteroletnie dziecko sądziło, że trafiło do szpitala tylko dlatego, że mama zadzwoniła po karetkę i nie pomagały żadne wyjaśnienia. Pani psycholog też zresztą nie pomogła, dopiero mojej koleżance, która na co dzień pracuje z dziećmi, udało się wytłumaczyć Ewelince, że jest w szpitalu dlatego, że jest chora i ma w brzuszku niegrzeczną żabkę której musimy się pozbyć a nie dlatego, że mama zadzwoniła po karetkę… Potem wyjechaliśmy do Niemiec, tam zdecydowaliśmy podjąć się leczenia córki. Szukaliśmy wszelkich możliwych rozwiązań, to normalne bo każda matka zrobi wszystko, by ratować swoje dziecko… Podczas kolejnego pobytu w prywatnej klinice w Niemczech Ewelinka szybko traciła swoją odporność, był to skutek poprzednich chemioterapii, które otrzymała w szpitalu w Londynie. Jej poziom białych krwinek w zastraszającym tempie malał z dnia na dzień. Gdy spada poziom czerwonych krwinek przetacza się krew, ale dla białych krwinek nie ma ratunku. Muszą same się odbudować, inaczej dochodzi do neutropenii, która stanowi poważne zagrożenie życia z powodu szybko postępujących zakażeń bakteryjnych, wirusowych lub grzybiczych, które są najczęstszą przyczyną śmierci chorych na białaczki lub inne nowotwory w okresie chemioterapii. Lekarze nie powiedzą wtedy, że to właśnie wina chemioterapii, oj nie! Dla nich pacjent umrze zgodnie z protokołem w skutek zaawansowanego stadium raka, a nie na skutek ich działania. Czy jest to sprawiedliwe ??? …
Zasięgnęłam opinii kilku lekarzy, którzy zgodnie twierdzili, że w Polsce, Niemczech i innych krajach wstrzymuje się podanie chemii przynajmniej przez kilka dni, aż wzrośnie poziom białych krwinek. Zadzwoniłam do szpitala do Londynu, który leczył Ewelinkę i przedstawiłam im mój punkt widzenia, ale oni byli nieugięci co do kontynuacji leczenia chemią. Zgodnie z protokołem Ewelinka ma otrzymywać chemię regularnie co 10 dni a „kochana” pani doktor z londyńskiego szpitala bezczelnie stwierdziła: że zabicie szpiku kostnego to tylko skutek uboczny chemioterapii i nie wiele ich to obchodzi! Ponadto, że: mogą podać antybiotyki o szerokim spektrum działania i dla nich sprawa będzie załatwiona! …
 Będąc świadoma skutków ubocznych podawania antybiotyków i zagrożenia jakie niesie za sobą neutropenia modliłam się o jakiś ratunek. Los chciał, że zepsuł nam się samochód i nie mogłam w wyznaczonym dniu oddać dziecka do szpitala w Londynie. Tłumaczyłam się telefonicznie przed lekarzami, ale oni kazali mi dotrzeć do szpitala transportem publicznym. Ci sami ludzie, którzy na samym początku zaznaczali jak ważne jest unikanie zatłoczonych miejsc w przypadku neutropenii, kazali mi narażać Ewelinkę na możliwość złapania jakiejś infekcji, byle tylko doprowadzić ją do szpitala na leczenie zgodne z ich protokołem! 
Kolejny raz dało mi to do myślenia, kto z nas tak naprawdę chce dobrze dla Ewelinki?…
Dzięki wspaniałemu człowiekowi Claudio Conde udało mi się zapisać na wizytę u bardzo znanej i cenionej bio doktorki, jednakże musiałam czekać na nią trzy dni. W porozumieniu z agencją „Yes To Life” oznajmiłam szpitalowi, że nie oddam im dziecka bez wcześniejszej rozmowy z dr X. W. i tu zaczął się mój strach, ponieważ szpital mocno nalegał bym przywiozła Ewelinkę na chemioterapię tak jakby była ich własnością, a ja nie miałabym nic do powiedzenia w tej sprawie. Pani doktor, która leczyła Ewelinkę w szpitalu zapytana przeze mnie czy zagwarantuje mi, że podczas podawania tej dawki chemii Ewelinka nie umrze, stanowczo odpowiedziała, że nie. Na pytanie czy weźmie odpowiedzialność za jej ewentualną śmierć w wyniku infekcji, do której może dojść z powodu neutropenii wywołanej ich procedurami, również stanowczo odparła, że nie… więc jak ja mogę oddać im mój największy Skarb wiedząc, że naturalne metody leczą nie wyrządzając nikomu krzywdy a ich metody są destrukcyjne?!  Problem w tym, że te destrukcyjne metody są legalnie praktykowane na całym świecie a bio medycynę, która naprawdę ratuje życie od milionów lat, uznaje się za szarlataństwo i stara się jej zakazać i unicestwić ją. Wiedza od lat przeze mnie gromadzona na temat chemioterapii i medycyny naturalnej oraz zaistniałe wydarzenia dodały mi w końcu pewności siebie i utwierdziłam się w przekonaniu, że nie mogę pozwolić na to by osoba, którą kocham najbardziej na świecie padła ofiarą systemu. W 100% przekonana o słuszności swojego myślenia zdecydowałam się uciec z Wielkiej Brytanii, by w prywatnych klinikach leczyć swoje dziecko alternatywnymi metodami i dać mu szansę na doczekanie starości…
Dlaczego wszystkim na siłę oferowana jest chemia, która niszczy cały organizm i jak w przypadku Ewelinki wcale nie pomaga tylko zabija?! I dlaczego nie mamy prawa sami decydować co jest dla nas dobre ???
Serce pęka mi z bólu za każdym razem, gdy tylko wyobrażę sobie jak potulnie zgadzam się na wszystko to, co proponują lekarze ze swoimi protokołami. Gdybym ich słuchała najprawdopodobniej siedziałabym teraz przy łóżku umierającego dziecka i patrzyła jak bezradnie rozkładają ręce i mówią, że choroba była zbyt zaawansowana i nie mogą nic już zrobić. A wystarczyło przynajmniej zastosować właściwą chemię a nie tylko przypuszczać, że któraś z nich może zadziała. Ja za to, gdy przestałam się bać mogłam wiele zrobić dla swojego dziecka i tak badania przeprowadzone przez nas miesiąc temu ewidentnie wykazały, że chemioterapia, którą otruto ciało Ewelinki była bezskuteczna, wiec dzięki Bogu i naturalnej medycynie mam teraz szczęśliwe i pełne energii dziecko, które stara się żyć normalnie i co dzień budzi mnie ogromnym całusem na dzień dobry, dającym nam obu siłę do walki z chorobą! Dla jej uśmiechu jestem w stanie podjąć każde ryzyko związane z odmiennością moich poglądów, tylko po to by ratować jej życie. Zresztą tu przecież nie chodzi o moje poglądy tylko o to co jest najlepsze dla Ewelinki i milionów innych dzieci! … Nie rozumiem więc jakim prawem na siłę narzucana jest chemioterapia bez wcześniejszego sprawdzenia czy ona w ogóle  działa na danego pacjenta. Wiem za to, że natura działa i nie pozwolę by w nieuzasadniony sposób moje dziecko kiedykolwiek jeszcze było zatruwane chemioterapią, która mogła doprowadzić do jej śmierci. Na świecie są jeszcze lekarze którzy naprawdę mają na sercu dobro pacjenta i bez wcześniejszego upewnienia się nie działają bezmyślnie na jego szkodę. Pani Bożena z kliniki w Niemczech jest tego najlepszym przykładem. Zgodziła się na leczenie Ewelinki tylko w połączeniu z konwencjonalnymi metodami, bo widziała w tym najlepszy ratunek dla Ewelinki, jednakże gdy sprawy ze szpitalem przybrały nieoczekiwany przez nas obrót, była zszokowana postępowaniem swoich kolegów po fachu i bez żadnych wątpliwości przyjęła nas pod swoje skrzydła, nie bacząc na konsekwencje jakie w przyszłości mogły jej grozić. 
Ja byłam strasznie zawiedziona, gdy dowiedziałam się wtedy, że w czasie przerw, gdy jeździliśmy do niej, między jedną a drugą chemią, Pani Bożenka używała tylko 20% swojej mocy, by nie zakłócać pracy chemii. Ale nawet tak niewielka pomoc była bogata w rezultaty. Skan przeprowadzony w Niemczech pokazał zmniejszanie się guza i definitywnie nie była to zasługa chemioterapii. Pani Bożenka jest mądrym lekarzem, z wieloletnim doświadczeniem klinicznym, aczkolwiek nie jest onkologiem dziecięcym, mimo to ze wszystkich sił starała się znaleźć najlepszą metodę leczenia Ewelinki dopasowaną bezpośrednio pod jej potrzeby. Bez wahania mogę oddać jej Ewelinkę na terapię bo wiem, że tej kobiecie zależy na zdrowiu Ewelinki bardziej niż wszystkim lekarzom z… razem wziętym. 
AB: Podważyliście Państwo konwencjonalne metody leczenia, zmieniliście klinikę i wyjechaliście z Wielkiej Brytanii?
Elżbieta K.: Tak, Ewelinka jest dla mnie najcenniejszym Skarbem na świecie i nie pozwolę, by umarła zgodnie z jakimś protokołem, mówię tutaj o fakcie, gdy drastycznie spadł poziom jej białych krwinek a mimo tego miała otrzymać kolejną dawkę bardzo agresywnej chemii co w 100% skutkowałoby zabiciem jej szpiku kostnego, a co za tym idzie bardzo łatwo mogłaby złapać jakąś infekcję, która doprowadzić mogłaby do sepsy lub nawet zgonu. 
 Po zasięgnięciu opinii innych onkologów przypuściły się moje podejrzenia, że w takich przypadkach chemia wstrzymywana jest na okres przynajmniej kilku dni, aż poziom białych ciałek krwi się podniesie. 
 Dla lekarzy  zabicie szpiku kostnego Ewelinki było jedynie skutkiem uboczny chemioterapii, do którego nie przywiązywali zbytniej uwagi. Z ich zachowania łatwo można było wywnioskować, że traktowali pacjenta jakby wszystkie „części” miał zamienne  i na każde uszkodzenie ciała chemioterapią mieli przygotowane działanie.
Czyli czymś normalnym było najpierw zaszkodzenie zdrowiu pacjenta, by później podać nowe leki, które de facto wywołują nowe skutki uboczne. Tzn. jak wyniki krwi będą złe to przeprowadzą transfuzję, jak dojdzie do neutropenii to podadzą antybiotyki o szerokim spektrum działania, na zniszczenie mięśnia serca, nerek i wątroby też znajdzie się lekarstwo, co tam anemia, infekcje, depresja czy mdłości, skoro na wszystko jest rozwiązanie. Lekarze, którzy przysięgali po pierwsze NIE SZKODZIĆ mają za nic złożoną przysięgę. Ja jako kochająca matka, nie mająca gwarancji na to, że po kolejnej chemii córka wyjdzie żywa ze szpitala nie powróciłam już więcej z nią do tego szpitala. Szczególnie, że nie był to pierwszy przepadek, gdy zawiodłam się na nich. Wcześniej były okresy, gdy temperatura ciała Ewelinki spadała do 34.4*C. Wielokrotnie zgłaszałam to lekarzom, a oni podchodzili do tego tak jakbym coś sobie wymyśliła. Nie było żadnego zainteresowania z ich strony a ja za pierwszym razem o mało zawału nie dostałam, gdy obudziłam się pewnej nocy i chcąc przytulić Ewelinkę dotknęłam jej lodowatego ciałka. Momentalnie serce zabiło mi jak oszalałe a przez głowę przebiegły najczarniejsze myśli. Moje Małe Serduszko leżało bez ruchu, zimne jak kamień. W świetle małej lampeczki zobaczyłam jej bladą twarz, która po dotknięciu ani nie drgnęła. Jej malutkie zimne rączki również nie zareagowały na mój dotyk. Pośpiesznie włożyłam rękę pod bluzeczkę i położyłam ją na klatce piersiowej Ewelinki, która również była zimna, mimo iż leżała pod dwoma kocami a w pokoju było ciepło. Mój Boże… Najdłuższe sekundy w moim życiu, zanim udało mi się wyczuć delikatny oddech…  Pielęgniarki również podchodziły do tego z niedowierzaniem. Najpierw przekonywały się, że mierzenie temperatury ich jednorazowymi paskami nic nie daje, ponieważ miały skalę tylko powyżej 35.5*C, a później pół godziny szukały po oddziałach elektronicznego termometru, co i tak nie wiele pomogło bo zapominały o tak ważnym elemencie jak ochronny kapturek, bez którego termometr nie działa. Ja nie czekając, aż wrócą starałam się za wszelką cenę ogrzać zmarznięte ciałko Ewelinki wiec, gdy w końcu udało się znaleźć odpowiedni termometr, temperatura ciała Ewelinki podniosła się i oczywiście nie zanotowano nic niepokojącego. Następnym razem było 34.6, które nijak nie pasowało pielęgniarce wiec odwróciła głowę śpiącej Ewelinki i zmierzyła temp. w drugim uchu – 34.8, ta też za niska. Pobiegła po inny termometr i nie było jej dłuższą chwilę. Po kilku minutach mojego ogrzewania, bo oczywiście nigdzie na oddziałach nie było termoforów – Ewelinka miała 35,2. Innym razem pielęgniarka tak długo mierzyła temperaturę, aż lekarzowi spodobał się wynik i można było wpisać go w zeszyt. Czy to normalne??? Już od początku coś mi nie pasowało. Wszyscy przekonujący do konieczności podania chemii, niby normalne przy raku, ale czy oby na pewno?  Celem chemioterapii jest niszczenie komórek. Zabija ona zarówno komórki rakowe, jak i zdrowe, ale niestety żadna chemia nie zniszczy komórek macierzystych raka. „Leczenie” stosowane w onkologii polega na aplikowaniu chemii i naświetlań, które nie mogą wyleczyć raka, bo są rakotwórcze z samej swojej natury. Gdyby zawartość kroplówki wylała się na skórę doszłoby do bardzo poważnego oparzenia, które po latach może przekształcić się w raka skóry. I tę wysoko toksyczną substancję wlewa się w żyły chorego człowieka. To prawdziwy cud, że ktokolwiek jest w stanie przeżyć tę „kurację”!
Dlaczego więc wciąż stosuje się chemioterapię skoro wykazano jej skuteczność na poziomie zaledwie dwóch procent? Do tego jest wysoce toksyczna, szalenie droga i ma fatalne skutki uboczne.
Jeśli pozwolimy naszym organizmom oczyścić się z trucizn i dostarczymy im tego, czego potrzebują, żeby optymalnie funkcjonować (w tym przypadku naturalnych suplementów), same powrócą do równowagi i choroba z czasem zniknie bez leków. Gdy zapytałam w jaki sposób można wesprzeć ciało Ewelinki przed szkodliwym działaniem chemioterapii usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby!… Pytałam jak jeszcze można leczyć Ewelinkę, może jakaś dieta, witaminy, suplementy, może jakieś inne metody, ale nie, nic innego się nie liczyło byle tylko podać trującą chemię. Nikt nie przejmował się również efektami ubocznymi takiej terapii, bo to normalne tak ??? 
Normalne, że wszyscy wymiotują i na takie problemy są przecież leki! Kto by tam patrzył na to, że chemia tak strasznie zatruwa całe ciało człowieka, a do tego generuje nowe choroby (działania uboczne leków), które potrzebują nowych leków. Toksyczność chemioterapii uruchamia całą gamę chorób ubocznych, które leczone są wieloma środkami farmaceutycznymi i intensywnymi terapiami. Mówię o środkach przeciwbólowych łącznie z morfiną, sterydach i innych lekach przeciwzapalnych, antybiotykach, antydepresantach, transfuzjach krwi itd. Chemioterapia też generuje zmiany nowotworowe w komórkach, powodując rozwój nowych rodzajów raka.
W momencie, gdy  banda zbrodniczych uczniów i następców doktora … zaczyna wyciągać swoje pożądliwe łapy również po tych, którzy nie życzą sobie być leczeni na śmierć, kiedy wprowadzają przymusowe (pod rygorem utraty pracy) badania „profilaktyczne” i szczepienia, albo co jeszcze gorsze, obowiązek poddawania się „właściwemu” leczeniu wbrew woli pacjenta, zaczyna się robić naprawdę strasznie. To jest zamach na naszą wolność osobistą!!!
Nagle wszyscy ze szpitala dają Ewelince 50% szans na wyleczenie (przypominam: wyleczenie – przeżycie 5 lat od czasu postawienia diagnozy), gdzie przy neuroblastomie IV st te szanse są naprawdę dużo, dużo  niższe, ale niech im będzie. Chodzi o to, że dla mnie to jednak o te drugie 50% za mało, by mogli decydować w jaki sposób leczyć moje dziecko, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, że chemioterapia bardziej zaszkodzi niż pomoże. Jako kochająca matka chcę mieć prawo wyboru co tak naprawdę jest lepsze dla dobra mojego dziecka. 
AB: Wspomniała Pani wielokrotnie w naszej rozmowie o wyjeździe do kliniki w Niemczech. Jak wyjazd i terapia w Niemczech wpłynęła na stan zdrowia córeczki?
Elżbieta K.: Przez chorobę i pobyt w londyńskim szpitalu Ewelinka stała się dosłownie innym dzieckiem. Była niegrzeczna, humorzasta i bardzo łatwo się denerwowała. Krzyczała na wszystkich z otoczenia i często wypraszała gości z pokoju. Mój mały grzeczny Aniołek był nie do poznania. Ze stresu zaczęła nawet obgryzać paznokcie. Ze względu na rodzaj terapii, skutki uboczne, nasze rosnące niezadowolenie z tej sytuacji oraz stan zarówno fizyczny jak i psychiczny córeczki zdecydowaliśmy na leczenie w niemieckiej klinice. Pamiętam jak już podczas pierwszego wyjazdu do tej kliniki moja mała dziewczynka zaczęła znów cieszyć się życiem. Była szczęśliwa, że nie jest już w tamtym szpitalu. Miała więcej ochoty na zabawę i ćwiczyła dzielnie chodzenie po schodach. Wizyty w klinice stały się dla niej miłym obowiązkiem. Bardzo szybko przekonała się, że nikt nie robi jej krzywdy wiec co dzień chętnie się tam wybierała. Przez godzinkę leżała dzielnie poddając się termoterapii. W tym samym czasie miała również  podawane kroplówki, które nie niosły ze sobą tak przerażających efektów ubocznych jak chemioterapia a jednak były skuteczniejsze. Pobyt w niemieckiej klinice zajmował nam czasem kilka godzin. Raz w tygodniu trzeba było zmieniać plaster zabezpieczający Hickmen Line (port przez który podawana są leki). Konieczne były częste badania krwi, gdyż chemia niszczy zdrowe komórki i w każdej chwili mogły wystąpić niepożądane skutki uboczne jej stosowania. Zdarzało się kilka razy, że Ewelinka musiała mieć transfuzje z powodu spadku czerwonych ciałek krwi. Nie było to jednak tak straszne jak spadek poziomu białych krwinek co wywołuje neutropenię. Osoba taka ma upośledzony system odpornościowy i jest podatna na wszelkiego rodzaju infekcje, które doprowadzić mogą do zgonu.  Ewelinka długo jeszcze borykała się z efektami ubocznymi chemioterapii, ale szybko przyzwyczaiła się do wizyt w klinice, które stawiały ją na nogi. Nie były one stresujące jak jak pobyt w poprzednim szpitalu. Ewelinka była leczona, czuła się coraz lepiej a efekt widoczny był do zaobserwowania na wyniku rezonansu magnetycznego. Guz w nadnerczu zmalał o centymetr ! Podczas leczenia w klinice Ewelinka mogła prowadzić normalne życie. Miała tymczasowy dom, przyjaciół i mnóstwo energii do zabawy. Nie odczuwała bólu, była szczęśliwa i nie stresowała się szpitalem, dzięki czemu przestała nawet obgryzać paznokcie. Nikt nie torturował jej chemioterapią, która wywołuje całą listę niebezpiecznych i nieprzyjemnych skutków ubocznych takich jak: nudności, bolesne rany w ustach, bóle brzuszka, zniszczenie mięśnia serca, nerek czy wątroby, utrata słuchu itd. Nie zagrażała jej już neutropenia przez którą dzieci pozostają zamknięte w szpitalu na dłuższy okres. 
AB: Czy w związku z wyjazdem z londyńskiego szpitala do niemieckiej kliniki, zmianą leczenia pojawiły się jakieś problemy?
Elżbieta K.: Oczywiście, że tak! W związku z naszym wyjazdem pojawiło się mnóstwo problemów w większości związanych tylko z londyńskim szpitalem. Lekarze i pracownicy socjalni z Wielkiej Brytanii zasypywali nas telefonami z nakazem powrotu i informacją, że gdy Ewelinka nie otrzyma ich leczenia umrze w niedługim czasie. Ja rozumiem, że oni martwili się o Ewelinkę i może nawet tak bardzo jak mi, zależy im na jej wyleczeniu, ale nie są jedyną placówką, gdzie może to nastąpić. Dobrze wiedzieli, że nie zaszyliśmy się z dzieckiem gdzieś w piwnicy czekając na nieuchronny bieg wydarzeń lub jakiś cud. Mieli świadomość, że dziecko jej pod opieką lekarza i nic złego się z nią nie dzieje. Wysyłaliśmy do szpitala wyniki krwi Ewelinki i tłumaczyliśmy im, że czuje się świetnie. Po jakiś 6 tygodniach powiadomili jednak sąd i w mgnieniu oka odbyła się rozprawa i na maila został mi przesłany nakaz powrotu Ewelinki pod jurysdykcję Walii i Wielkiej Brytanii ! Zakazano nam leczenia Ewelinki i publikowania w mediach jej danych osobowych, tak by nikt w przyszłości nie mógł domyślić się, że chodzi własnie o nas! … Miały zostać zabrane nasze paszporty i miałyśmy być zdane na łaskę i niełaskę szpitala ….!…
AB: Czy w związku z sytuacją i  problemami szukaliście pomocy w konsulacie polskim czy innych polskich instytucjach a jeśli tak jaka pomoc była oferowana ?
Elżbieta K.: Wielokrotnie próbowaliśmy skontaktować się z Konsulatem RP w Londynie jednak dodzwonienie się do tej placówki graniczy z cudem. Będąc w Polsce skontaktowaliśmy się z biurem Rzecznika Praw Dziecka jednak tam zasugerowano nam byśmy poddali się nakazowi i wrócili do UK…
AB: Co dalej? Czego sobie życzycie? Czy wrócicie do Wielkiej Brytanii?
Elżbieta K.: Pragniemy uniknąć niepotrzebnej chemioterapii i radioterapii. Chcielibyśmy udowodnić przed sądem brytyjskim jak destrukcyjne jest jej działanie i jak wielkie niesie ze sobą zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. Nie życzymy sobie, by nasza Córka była „torturowana” tą śmiercionośną substancją. Chcielibyśmy, by każdy miał wybór w jaki sposób ma być leczony. Zdajemy sobie sprawę jednak z tego, że w dzisiejszych czasach prawie niemożliwe jest wygranie z systemem dlatego prosimy o pomoc. Nie wiążemy już żadnej przyszłości z Wielką Brytanią. Straciliśmy zaufanie do londyńskiego szpitala i lekarzy tam pracujących i nie wyobrażamy sobie jak moglibyśmy dalej „leczyć” tam córkę, lub gdziekolwiek indziej pod ich dyktando. Każdy człowiek ma prawo wyboru miejsca gdzie chce być leczony, więc dlaczego nam się tego zabrania… Nie sądzę, by londyński szpital był dla niej odpowiednim miejscem. Zważywszy na to, że już kilkukrotnie zawiedliśmy się na lekarzach z tego szpitala i całkowicie straciliśmy do nich zaufanie…
 Nie zgadzamy się również z postanowieniem Sądu Najwyższego jakoby szpital był najlepszym miejscem dla mojego dziecka. Jeszcze raz powtórzę: każdy ma prawo wyboru miejsca, gdzie chce być leczony i nie wyobrażam sobie, że prawo angielskie może narzucić nam, że mamy pozostać „zamknięte” na wyspie bez prawa wyjazdu gdziekolwiek, szczególnie, że jesteśmy obywatelkami Polski! Upłynął termin, gdy Ewelinka miała powrócić na wyspy, mimo tego iż bardzo obawiam się skutków prawnych, dla dobra mojego najdroższego dziecka, postanowiłam tam nie wracać. 
Przeprowadziliśmy już wcześniej umówioną rozmowę z profesorem z onkologicznego szpitala dziecięcego w Düsseldorfie, który wstępnie przedstawił nam plan opieki i leczenia Ewelinki z którego jasno wynika, że będą robić wszystko by dostosować leczenie do potrzeb Ewelinki, a nie jak w przypadku , podciągać córkę pod jakiś protokół nie licząc się z tym, że jest ona jednostką wyjątkową i indywidualną. Dużym plusem jest również fakt, że nie zostaną nam zakazane metody leczenia alternatywnego, jak miało to miejsce w , które ja uważam za bardzo potrzebne i skuteczne. Tutaj w Niemczech jest ponad 300 klinik, które wspierają leczenie raka i podawanie dożylne choćby tak wspaniałej witaminy jak C jest legalne i powszechnie stosowane. Kiedy to np. w Londynie zakazane nam było nawet podawanie witaminki D, a bez ograniczeń dzieci miały dostęp do cukrów…
Będziemy walczyć o możliwość leczenia dziecka bez konieczności poddawania jej chemio- czy radioterapii, ale w przypadku, gdy zostaną nam narzucone takie metody chcemy mieć łatwy dostęp do suplementów i leczenia alternatywnego, które u w Niemczech jest najłatwiejsze, dlatego pragniemy tu pozostać lub ewentualnie wrócić do Polski, ale za nic nie chcemy wracać do Wielkiej Brytanii!
Szpital Dziecięcy w Düsseldorf wyraził zgodę, by leczyć Ewelinkę i czeka, by w ciągu trzech dni przeprowadzić wszystkie potrzebne testy i badania, po to by ustalić najlepszą metodę jej leczenia. 
Niestety szpital  nie wyraża zgody, by Ewelinka była leczona gdziekolwiek indziej. Ba, Sąd Najwyższy w Londynie również zabronił jakiegokolwiek leczenia córki przed kolejną rozprawą, która odbędzie się za kilka dni, co może być fatalne w skutkach, ponieważ neuroblastoma to rodzaj bardzo agresywnego raka i bezczynność w czasie tj.w tym przypadku dwóch tygodni grozi szybkim namnażaniem się komórek rakowych… 
Dobro mojego dziecka jest dla mnie najważniejsze i leży mi głęboko na sercu, dlatego pragnę dołożyć wszelkich starań, by Ewelinka była pod najlepszą opieką na świecie. 
 Z tego powodu zwracamy się z prośbą o pomoc dla naszej ukochanej córeczki w uregulowaniu kwestii prawnej, tak by miała ona szansę na najlepsze leczenie, a nie by zostało ono narzucone nam przez szpital  i Wielką Brytanię.  

AB: Pani Elu, dziękuję za rozmowę. Pozostaje mi życzyć, by mała Ewelinka wygrała tę walkę z chorobą a Państwu, by to wszystko skończyło się dobrze.

Komentarz dziennikarski: Po otrzymaniu kilku telefonów i maili od mamy i opiekuna Ewelinki skontaktowałam się z organizacją zajmującą się sprawami rodzin mieszkających poza granicami Polski. Udało się ustalić kontakt z kancelariami prawnymi działającymi w Wielkiej Brytanii, które mogłyby wesprzeć od strony prawnej mamę i jej partnera. Ze względu na wyrok sądu brytyjskiego nie umieszczono żadnej fotografii dziewczynki oraz jego danych, dane mamy i opiekuna również chronione ze względu na dobro sprawy, imię dziecka dobrano przypadkowo . Każdego z Państwa, kto chciałby włączyć się w pomoc a posiada odpowiednie narzędzia proszę o kontakt poprzez adres redakcji portalu z dopiskiem: POMOC DLA EWELINKI.