W czasach, gdy życie przypomina nieustanny wyścig karawanów po zatłoczonych ulicach Warszawy, a śmierć stała się jedyną pewną inwestycją o stabilnym popycie, godzi się wreszcie poświęcić należytą uwagę sztuce odchodzenia. Nie byle jakiego odchodzenia w typie spoczynku pod płotem jak pierwszy lepszy menel – lecz odejściu stylowemu, postępowemu i zarazem tradycyjnie polskiemu.

Oto krótki, acz dogłębny przewodnik dla wszystkich, którzy pragną przenieść się na łono Abrahama z klasą, bez zbędnego wstydu dla rodziny i z pełnym poszanowaniem dla ducha epoki.

 

 

Część pierwsza, czyli jak się przygotować

 

Pierwszym i najświętszym obowiązkiem przyszłego denata jest staranne, niemal liturgiczne przygotowanie się do wielkiej podróży. Nie wystarczy już tylko odprawić spowiedź i zapisać się na listę oczekujących do nieba. W dobie cyfrowej transformacji i nieustannego monitorowania każdego oddechu należy najpierw uporządkować paszport węglowy, zamknąć wszystkie profile na portalach społecznościowych z godnym, wzruszającym statusem „Idę do nieba – proszę nie lajkować, ale udostępniać w intencji mojej duszy”, oraz upewnić się, że w ostatnim rachunku za prąd nie ma żadnych ukrytych opłat za emisję z własnego oddechu ani za ślad pozostawiony przez westchnienia nad stanem ojczyzny.

Następnie przychodzi pora na testament – dokument, który w III RP winien być prawdziwym arcydziełem dyplomacji, sprawiedliwości społecznej, subtelnej zemsty i głębokiej troski o przyszłe pokolenia zarazem. Prawidłowy testament nie pomija nikogo. Należy w nim uwzględnić całą rodzinę – od ukochanej żony, której zapisuje się mieszkanie z zastrzeżeniem, że nie może go sprzedać bez zgody zmarłego męża, po teściową, której ofiarowuje się symboliczny złoty łańcuszek z życzeniem, by nosiła go w zdrowiu do stu lat (dzielonych przez pięć plus wieki pokuty w czyśćcu). Sąsiadom, którzy przez lata parkowali na pańskim miejscu, należy zapisać prawo do wiecznego korzystania z miejsca… na cmentarzu, po wniesieniu opłaty klimatycznej i złożeniu deklaracji o gotowości do segregacji odpadów w zaświatach. Wrogom – a każdy prawdziwy Polak ma ich co najmniej trzech, a najlepiej siedmiu – należy zapisać ciepłe słowa przebaczenia, obowiązek opłacenia połowy kosztów pogrzebu oraz prawo do noszenia żałoby przez pełne czterdzieści dni, podczas których nie wolno im krytykować zmarłego nawet szeptem. Psa zaś, naszego wiernego towarzysza niedoli, trzeba uczynić głównym spadkobiercą ulubionej kanapy, z zastrzeżeniem, że ma na niej szczekać na każdego, kto ośmieli się krytykować styl życia i zasługi zmarłego.

Testament powinien być spisany w trzech egzemplarzach: jeden dla notariusza (opłacony z góry we Frankach Szwajcarskich), drugi dla księdza (z dołączoną kopertą na intencje), trzeci – na wszelki wypadek – zakopany w ogrodzie obok przyszłego miejsca spoczynku, w szczelnie zamkniętej butelce z recyklingu. Tylko wtedy można mieć pewność, że nikt nie zostanie pominięty, a rodzina będzie miała o czym rozmawiać, spierać się i procesować przez kolejne pokolenia.

 

 

Część druga, czyli o wyborze godnego lokum na wieczność

 

Wybór miejsca spoczynku to sprawa najwyższej wagi, niemal równa wyborowi partii politycznej czy operatora telefonicznego. W III RP nie godzi się spoczywać byle gdzie – pod płotem, bramą cmentarną czy w pobliżu szaletów., gdzie wiatr unosi wonie nie zawsze niebiańskie Przyszły denat powinien z wyprzedzeniem odwiedzić kilka cmentarzy w towarzystwie kompetentnego doradcy funeralnego i wybrać lokalizację o odpowiednim prestiżu, ekspozycji i potencjale inwestycyjnym.

Najlepsze są miejsca z widokiem na aleję główną, z dala od kompostowników i punktów selektywnej zbiórki odpadów. Należy unikać kwater zbyt blisko ogrodzenia – bo przecież nie po to odchodzi się z tego świata, by przez całą wieczność słuchać klaksonów i kłótni o miejsca parkingowe. Idealny grób powinien mieć ekspozycję południową (dla lepszego nasłonecznienia kwiatów i szybszego więdnięcia sztucznych wiązanek), dostęp do wi-fi (na wypadek streamowania wspomnień lub sprawdzania notowań giełdowych) oraz certyfikat eko – najlepiej z nagrobkiem z recyklingowanego granitu i małym panelem słonecznym zasilającym wieczną lampkę.

Niektórzy, bardziej postępowi, decydują się na pochówek w pozycji stojącej, bokiem lub do góry nogami – by lepiej obserwować, jak żywi radzą sobie bez nich. Inni wybierają prochy rozsypane nad Wisłą, z zastrzeżeniem, że ma to nastąpić wyłącznie przy dopuszczalnym poziomie zanieczyszczenia wody. Jeszcze inni marzą o urnie w kształcie orła białego lub o trumnie z drewna certyfikowanego FSC. Jedno jest pewne: nigdy nie należy godzić się na ubocze. To byłoby niegodne wzorowego obywatela III RP i mogłoby zostać odczytane jako brak ambicji nawet po śmierci.

 

 

Część trzecia, czyli szczegóły uroczystości i niespodzianka zza grobu

 

Gdy miejsce spoczynku jest już wybrane i opłacone z góry, przychodzi pora na delikatne negocjacje z księdzem. Dobry denat nie zostawia tej sprawy rodzinie. Sam powinien wcześniej dogadać się co do ceny za mszę, długości przemowy i liczby wzmianek o zasługach zmarłego. Warto pamiętać, że w III RP ksiądz też jest przedsiębiorcą – im piękniejsza mowa, tym wyższa stawka. Można zatem zaproponować pakiet „premium”: piętnastominutową laudację z trzema anegdotami, dwoma cytatami z Pisma i jednym subtelnym żartem w duchu katolicyzmu liberalnego oraz krótkim podziękowaniem za lata wiernej służby ojczyźnie.

Równie ważna jest kolejność zawodowych płaczek. Prawidłowy scenariusz zakłada, że pierwsza rzuca się na trumnę ta, która najgłośniej zawodzi, druga – ta, która najpiękniej rzuca się na kolana, a trzecia – ta, która w odpowiednim momencie omdlewa z gracją godną aktorki serialowej. Co do skoku do grobu – tu panuje ścisła hierarchia. Pierwszy skacze najbliższy krewny płci męskiej (z zachowaniem ostrożności, by nie uszkodzić trumny ani nie zgubić telefonu), potem najbliższa krewna, a dopiero na końcu dalsza rodzina i znajomi. Kto skoczy za wcześnie – ten naraża się na zarzut braku kultury i powinien próbować otworzyć trumnę, by położyć się razem z denatem na chwilę, co zawsze robi ogromne wrażenie na zebranych.

Nie należy też zapominać o drobiazgach: o wyborze garnituru, w którym będzie się dobrze wyglądać nawet po trzech dniach w chłodni (najlepiej ciemny, matowy, z dyskretnym znaczkiem marki), o makijażu, który nie spłynie podczas deszczu ani pod wpływem łez, oraz o dyskretnej instrukcji dla grabarzy, by nie trzęśli trumną podczas opuszczania. Muzyka w czasie uroczystości musi być dostatecznie postępowa. Żadnych starych pieśni kościelnych czy Niemena – to już jest zdecydowanie passé. Obowiązkowo Enej, Michał Szpak lub Dawid Podsiadło. „Małomiasteczkowy” w wersji funeralnej brzmi szczególnie wzruszająco, zwłaszcza gdy wykonuje go chór dziewic przy akompaniamencie wyjącego psa sąsiada.

Na sam koniec prawdziwy artysta umierania przygotowuje niespodziankę dla rodziny. Najlepiej zlecić zaufanej firmie funeralnej, by kilka tygodni po stypie dostarczyła na adres bliskich starannie zapakowane prezenty z kartką: „Rozmyśliłem się, ale chciałem wam wynagrodzić hucpę. Wasz denat”. W paczce mogą znaleźć się: butelka dobrego koniaku, nowy telefon (żeby łatwiej było dodzwonić się na cmentarz), certyfikat drzewka posadzonego w Amazonii w intencji zmarłego oraz voucher na bezpłatną konsultację z doradcą funeralnym dla kolejnego członka rodziny, którego chcemy pociągnąć za sobą w zaświaty.

 

 

Epilog dla tych, którzy (jeszcze) oddychają

 

Tak oto przedstawia się sztuka godnego umierania w III RP – sztuka wymagająca, pełna niuansów, a zarazem głęboko zakorzeniona w naszej narodowej duszy. Kto zastosuje się do powyższych wskazówek, może odejść spokojny, że jego pogrzeb będzie nie tylko ostatnim, ale i najpiękniejszym, najdłużej wspominanym wydarzeniem w jego życiu. Rodzina będzie miała o czym opowiadać wnukom, o czym się spierać przy wigilijnym stole i o czym pisać petycje do władz cmentarnych. Bo przecież w końcu o to właśnie chodzi: by nawet śmierć była po polsku – trochę tradycyjna, trochę nowoczesna, pełna ceremonii, żalu, rachunków i subtelnej satysfakcji dla wszystkich… oprócz samego zainteresowanego, który i tak już nic nie powie.

A jeśli jednak kiedyś postanowi cudownie zmartwychwstać – niechaj pamięta, by wcześniej sprawdzić, czy jego miejsce na cmentarzu nie zostało już sprzedane w ramach optymalizacji przestrzeni. Bo w III RP nawet wieczność lubi być zarządzana racjonalnie…