Najbardziej chyba w różne zwyczaje obfitował okres Bożego Narodzenia. Na długo przed świętami chłopcy zbierali się po domach przygotowując się, by móc w czasie świąt pójść po kolędzie. Uczyli się kolęd, wykonywali mniej lub więcej udane szopki, z którymi wędrowali przez cały okres świąt Bożego Narodzenia od domu do domu. Chodziło zwykle po kolędzie kilka grup chłopców od najmłodszych do najstarszych. Ci najstarsi mieli szopkę okazałą i lalki (kukiełki), które w szopce tańczyły. Chętnie zapraszano ich do domów, gdzie kolędowali i śpiewali – przede wszystkim gospodarzowi, następnie wszystkim domownikom po kolei, a potem „puszczali” lalki. Grupy najstarszych chłopców miały ze sobą mniej lub więcej liczną orkiestrę (choć czasem tylko harmonię), więc na końcu odbywała się zabawa. W sąsiednich wsiach chodzili chłopcy z gwiazdą, turoniem lub tzw. „Przebieranką”, czyli po prostu odgrywali jasełka. Niezależnie od tego organizował „jasełka” z udziałem młodzieży kierownik szkoły Łowczowski.

Na święta wypiekały gospodynie różnego rodzaju ciasta i kołacze. Wilia była dniem ścisłego postu. Dopiero wieczerza wigillijna – złożona jednak wyłącznie z postnych potraw – umożliwiała zaspokojenie apetytu. Czekano z nią na ukazanie się pierwszej gwiazdki. Wieczerza składała się z wielu potraw, a były to przede wszystkim paluszki z olejem, kluski z makiem, kapusta, barszcz na grzybach, placek z olejem. Ryby w domach wiejskich na wilię nie bywało, może ze względu na trudności z jej zdobyciem w naszych stronach. Ryby to był rarytas żydowski, tam zawsze na szabas musiała być ryba. Resztki wieczerzy wigilijnej dawano zwierzętom. Przed wieczerzą łamano się opłatkiem. Opłatki roznosił przed świętami organista, to był jego przywilej, dostawał za to ofiary w gotówce. W wilię przytwierdzano do powały oraz do stragarzy zrobione ze słomy „kopy” i „gwiazdy”, które w święto Trzech Króli wczas rano zdejmowano i wynoszono na obsiane pola. Miały one chronić pola przed klęskami żywiołowymi, jak deszcze i gradobicia, czy inne zniszczenia płodów rolnych. W noc wigilijną szło się do kościoła na Pasterkę. My z Bieńczyc chodziliśmy na Pasterkę do Mogiły, bo było bliżej, niż do kościoła parafialnego w Raciborowicach. Wyrządzano w tę noc różne psoty, np. malowano wapnem szyby w oknach domów, gdzie były panny na wydaniu, do kropielnicy w kościele wlewano atrament lub inną farbę, by żegnający się krzyżem pobrudził sobie czoło. Po świętach rozpoczynał kolędę, czyli jak dziś nazywamy – wizytę duszpasterską – ksiądz proboszcz lub wikary. Chodził nie sam, poprzedzali go ministranci oraz organista i kościelny. Każdemu dawało się jakąś ofiarę. Organista kreślił na drzwiach litery K+M+B (Kacper, Melchior, Baltazar) i wypisywał rok. Ksiądz po odmówieniu modlitwy i pokropieniu mieszkania siadał na krześle i rozmawiał z domownikami. Po jego wyjściu dziewczęta pilnowały, by usiąść na jego miejscu, gdyż panowało przekonanie, że ta która pierwsza po księdzu usiądzie, wyjdzie niebawem za mąż.

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, czyli w dzień Świętego Szczepana, kawalerowie idąc do kościoła napełniali swoje kieszenie owsem, którym obrzucali po twarzy dziewczęta. Miała to być pamiątka ukamieniowania pierwszego męczennika. Od świąt rozpoczynał się karnawał, na wsi okres ślubów i wesel. W drugi dzień świąt lub w najbliższą niedzielę kawalerowie, którzy zamierzali się żenić i mieli już upatrzoną dziewczynę, szli ze swatami na „sprawiny”, potem jechali do notariusza do „zapisu” czyli hipotecznego przekazania młodym jakiegoś majątku czyli posagu, następnie zawozili do parafii zapowiedzi. Jeżeli zapowiedzi zdążyły wyjść przed ostatkami, to ślub i wesele odbywały się jeszcze w karnawale, jeżeli nie, to dopiero po Świętach Wielkanocnych. W ostatki, czyli na zakończenie karnawału, odbywały się w zamożniejszych domach przyjęcia lub zabawy. Jeśli był jeszcze śnieg, urządzano kuligi, a po domach chodzili różni przebierańcy. W „gromniczną” czyli w świeto Matki Bożej 2-go lutego kobiety (najczęściej) niosły do kościoła świece (gromnice) dla poświęcenia. Po powrocie do domu z zapaloną gromnicą wypalano na powale i na drzwiach znak krzyża. Gromnica miała chronić przed nieszczęściami, zapalano ją w czasie burzy, by uchronić dom przed uderzeniem pioruna. Zapaloną gromnicę dawno do ręki umierającemu.

Od ostatków zaczynał się Wielki Post trwający do Wielkanocy. W tym czasie poza niedzielą nie jedzono mięsa, a w piątki nie używano żadnych tłuszczów. Jeszcze dawniej przez cały Wielki Post, poza niedzielą, nie jedzono mięsa i nie używano tłuszczów. W Niedzielę Palmową chodzili po domach „pucherniki” (pucheroki). Młodzi chłopcy smarowali sobie twarz sadzami, na głowę wsadzali wysoką, zrobioną z papieru czapkę ustrojoną kolorowymi papierkami, w ręku trzymali na długim patyku drewniany młotek, w drugiej ręce koszyk na dary, jakie po domach otrzymywali. „Puchernik” przyszedłszy do izby stukał stołkiem po różnych przedmiotach i meblach wygłaszając przy tym wierszową przemowę. Pamiętam przynajmniej początek takiej oracji:

Jo, mały pastuska,
Sukołem Jezuska,
Znalozłem go pod dębem,
Mioł piscołkę i bęben,
Na bębenku puku, puku,
Na piscołce fitu, fitu.
Zasadem do baby,
Baba krowę doi,
Dała mi się mlika napić,
az mnie głowa boli…

Jeśli gospodyni ociągała się z ofiarą w postaci jajek lub innych darów, „puchernik” coraz mocniej uderzał młotkiem po glinianych garnkach, a gospodyni w obawie, by jej garnków nie rozbijał, dawała jakąś ofiarę i „puchernik” szedł dalej, do następnego domu.

W Niedzielę Palmową niosły kobiety do kościoła palmy, które ksiądz święcił przed Mszą Świętą.
Przed Świętami Wielkanocnymi w zamożniejszych domach zabijano świnię, by mieć na święta własną wędlinę. Po skończonym poście pozwalano sobie na obfitsze jedzenie, które w Wielka Sobotę przyjeżdżający z parafii ksiądz święcił w kaplicy lub na dziedzińcu w szkole.

Tak w Święta Bożego Narodzenia, jak Wielkanocy, nie było we wsi człowieka, któryby nie był w tych dniach w kościele na mszy. Pierwszy dzień spędzano zwykle w domu. W drugi dzień Wielkanocy był śmigus, już od rana oblewano się w domach wodą, na drodze kawalerowie i młodsi chłopcy „polowali” na dziewczęta, by je oblać wodą. Zabawa ta trwała cały dzień. Nieraz przyłapaną dziewczynę zaciągano pod studnię i oblewano całymi wiadrami wody, było wiele krzyku i pisku. Psioczyły dziewczęta na chłopaków, ale te które nie były oblane wodą, uważały, że nie mają powodzenia u chłopaków. Na Zielone Święta był zwyczaj majenia domów zielenią, obcinano gałęzie kasztanów i innych drzew i przybijano gałęzie do drzwi. Przez obydwa dni świąt palono wieczorem sobótki. Sobótki przygotowywano ze słomy. Wiązkę długiej słomy wiązano powrósłami, dla lepszego trzymania wtykano w nią kij, za który płonacą sobótkę trzymano w rękach. Biegano z sobótkami i wymachiwano nimi. Obok sobótek przynoszono inne materiały do spalenia: stare brzozowe miotły, czasem beczki po smarach, które dawały duży ogień i jeszcze większy dym. Palono u nas sobótki w trzech miejscach. Jedni palili je na drodze prowadzącej do Mogiły, inni na drodze do Rakowic, zaraz za „dworkiem”, a jeszcze inni za ostatnimi domami Budzynia na drodze do Mistrzejowic. Tradycyjną potrawą, którą spożywano w Zielone Święta była jajecznica.

W maju przypadał dzień Świętego Izydora, patrona rolników. W dniu tym świętowano tylko do południa, po południu rolnicy pracowali normalnie.

W czerwcu na Świętego Jana puszczano na naszej rzece Dłubni wianki. Dziewczęta na kawałkach deseczek lub tektury przygotowywały z kwiatów wianki. W środku wianka umieszczano świeczkę i zapaliwszy ją puszczano na wodę. Płynęły takie świecące wianki wodą, dopóki nie namokły i nie zatonęły. Czasem chłopcy stojący na brzegu złośliwie rzucali kamieniami i zatapiali płynące wianki.

W lipcu w dniu Świętej Małgorzaty był odpust w parafii w Raciborowicach. Była to jedna z okazji odwiedzenia kościoła parafialnego, gdyż (jak już wspominałem) normalnie chodzili bieńczycanie do kościoła klasztornego do Mogiły, bo tam było o wiele blizej niż do kościoła parafialnego.

O wiele atrakcyjniejszy był odpust w Mogile, jaki odbywał się przy klasztorze OO Cysterców we wrześniu. Odpust ten, który trwał cały tydzień, rozpoczynał się 13 września na Podwyższenie Krzyża Świętego. Najwięcej pątników gromadziło się w niedzielę przypadająca po 13 września. Przybywały pielgrzymki nie tylko z najbliższych parafii, ale także z dalszych okolic. Przybywało wielu ludzi z Krakowa, jedni pieszo, inni koleją, jeszcze inni furmankami, które czekały na nich koło rogatki mogilskiej, położonej obok V-go fortu przy ul Lubicz. Przez cały tydzień odbywały się msze i nabożeństwa, zaproszeni kaznodzieje głosili kazania, księża siedzieli w konfesjonałach słuchając spowiedzi. Zjeżdżali na odpust różnego rodzaju kramarze, którzy ustawiali swe kramy już od szosy na całej długości drogi do klasztoru. Zjeżdżały także atrakcyjne dla młodzieży karuzele, huśtawki, koniki, strzelnice, które miały dostarczać rozrywki i zabawy. Organizowano jadłodajnie i wyszynk piwa. Zjawiała się, zwłaszcza na niedzielę, cała gromada różnego rodzaju dziadów i żebraków, którzy zajmowali miejsca wzdłuż drogi do klasztoru i różnymi sposobami pokazując swoje kalectwo, głośnym śpiewem lub modlitwą zwracali na siebie uwagę przechodniów domagając się ofiary.

W sierpniu na Matkę Boską Zielną święciło się w kościele ziele. Dziewczęta z każdego prawie domu niosły do kościoła często bardzo duże wiązanki kwiatów, traw i innego ziela. Z dworów i większych gospodarstw przywożono do kościoła wieńce dożynkowe do poświęcenia. W tym dniu też urządzano we dworach i większych gospodarstwach dożynki połączone z zabawą. Później dożynki organizowały różne organizacje młodzieżowe. Obchody te połączone były z pokazami, tańcami ludowymi i kończyły się zabawą.

W dniu Wszystkich Świętych 1 listopada ludzie tłumnie wędrowali do Raciborowic, by tam na parafialnym cmentarzu odwiedzić swoich zmarłych bliskich i krewnych.

Czas zatrzymany 3. Nie tylko o szkole.
Tom I, rozdział II, s. 107
Jan Kotyza – Moje Bieńczyce (fragment wspomnień)

Książki Czas zatrzymany 3. Nie tylko o szkole (2 tomy) oraz Czas zatrzymany 4. Z kart historii Pleszowa – są do nabycia w kasie Nowohuckie Centrum Kultury, które po Nowym Roku planuje sprzedaż wysyłkową.

Autor: Adam Gryczyński

Fot. Beata Sulikowska