Tak się zaczyna, będzie zaczynać, jak wydadzą, moja nowa książka, wykład fabularny pt. „Oferent”:

„Kochałem tą pracę, ale nie cierpiałem tego urzędu, tych pokoi, sekretariatów, schodów i wind, wiecznie zabieganych biurokratów, drżących o swoje stołki. Starałem się przebywać w urzędzie jak najkrócej, a pracować w kontrwywiadzie. Było to trudne, lecz możliwe. Trzeba było tylko mieć plan, a moim planem stało się robienie planów, które pozwalały mi pracować, a nie urzędniczyć. Odbijało się to oczywiście na mojej karierze, bo doszedłem jedynie do majora i starszego specjalisty. O wyższe stanowiska należało walczyć w urzędzie, wolałem łapać szpiegów niż szpiegować w biurze. Figurantów zawsze miałem w rozpracowywanych obiektach, a nie w pokojach kolegów z pracy. Tych zresztą, kolegów, miałem niewielu i takich samych jak ja: nienawidzących urzędu i zakochanych w tej pracy. Pochodzili głównie z nowych czasów i także przegrywali w starciu ze starymi biurokratami. Nie chcieli wejść w ten „kociokwik”, nie brali przykładu ze swoich znajomych, jeszcze z podziemia, więc lądowali jak ja. Podrzędne stanowiska sfrustrowanych patriotów. Nie rozumieli, jaką wolność daje moje podejście do tego świata. Tak! Byłem wolny, ponieważ nikt na mnie nie dybał, kierownictwo potrzebowało sukcesów, a ja pisałem plany, które pozwalało im wypinać piersi do odznaczeń, awansować oraz „robić politykę”. Ja zaś, zadowalałem się okruchami z pańskiego stołu. Szefowie przyzwyczaili się do mnie, nie wtrącali się zbytnio, zatwierdzali, a ja robiłem co chciałem robić. To był mój sposób na przetrwanie. Nikt ze „starych esbeków” tego nie rozumiał i też nie traktował mnie poważnie. Też chcieli przetrwać, lecz wybrali urząd, a nie kontrwywiad. Ja też byłem starym esbekiem, chociaż do 15 lat w służbach brakowało mi jeszcze dwóch lat. Mną jednak nie „grano”. Może dlatego, że każdemu nowemu szefowi szybko uświadamiałem gdzie mam stanowiska i co mnie interesuje tak naprawdę. Pamiętam, jak po 1990 roku, jeden z nowych szefów zapytał mnie czym interesuję się w pracy. „Dychotomią pomiędzy formą, a treścią oraz nałożeniem triady heglowskiej na rozwój stosunków społecznych, a także transcendentalnym podejściem Kanta do kwestii absolutu”. Chciał mnie wyrzucić, ale poszedłem „na przykrycie”, potem poszedłem sobie w ogóle, by po kilku miesiącach wrócić w zupełnie inne miejsce, w którym dano mi spokój i zaakceptowano moje fiksacje i idiosynkrazje.”