Minęło ponad sto lat.
Ponad sto lat polskiej odrodzonej państwowości.
Liczymy szczodrze, choć przecież w tym wieku tyle ran,
że nawet wiek się kruszy na kawałki:

pięć lat hitleryzmu,
dziesięć lat stalinizmu,
dwadzieścia pięć gomółkowszczyzno-gierkowszczyzny,
dziesięć lat WRONy,
trzydzieści pięć lat tego, co zwykło się nazywać III RP.

Razem — niemal całe stulecie.
Wystarczyło.

Wystarczyło, by naród, który śnił o Ojczyźnie przez pokolenia,
dziś zbyt często traktował ją jak firmę do przejęcia.
Jak targ, gdzie wystarczy znać odpowiednich ludzi.
Jak pole, z którego trzeba zebrać, zanim ktoś inny sięgnie pierwszy.

Byli tacy, którzy wzięli w ręce pług — i orali.
Byli tacy, którzy wzięli do ręki kosę — i szli na Moskala.
Byli tacy, którzy ze stenem lub visem bronili matki i dzieci.
Byli tacy, którzy wzięli pióro — i pisali słowniki, kroniki, odezwy.
Dziś zaś wielu bierze… ile się da.
Nie dla idei. Dla siebie.

Nie chodzi o oskarżenie — zbyt łatwe.
Nie chodzi o nostalgię — zbyt tania.
Chodzi o pamięć.

Pamięć, której nie uczą dziś ani w telewizji,
ani w reklamie kredytów hipotecznych,
ani w ulotce wyborczej.

Pamięć o ludziach, którzy oddali wszystko — nie żądając nic.
Zamoyski — oddał Tatry, Zakopane, dobra kórnickie.
Ossoliński — oddał księgozbiór i stworzył Zakład Narodowy.
Paderewski — światowy artysta, który zamiast budować pałace,
wspierał armię, dzieci, państwo.

Wielu ich kiedyś było.
Nawet matki i ojcowie z prowincji — co z ostatniego grosza kształcili dzieci „dla ludzi”,
by Ojczyzna miała światlejszych synów.

To byli ludzie, dla których Ojczyzna była czymś większym niż rząd, partia, interes.

A dziś?
Ojczyzna do wzięcia.
Do wzięcia w przetargu, w ustawie „szytej pod”,
w dotacji „po uważaniu”.
Do wzięcia na fundację, na grant,
na etat eksperta od wszystkiego i niczego.
Do wzięcia w kampanii, z fakturą, bez wstydu.

Zamoyski oddał Tatry —
a dziś deweloperzy dzielą je na działki pod apartamentowce,
z błogosławieństwem lokalnych układów.
Ossoliński tworzył bibliotekę —
dziś mało kto z niej korzysta.
Paderewski dawał z serca —
dziś biorą z karty firmowej.

Tamci oddawali majątek —
dziś wielu uważa że bierze i rozpisuje na rodzinę, bo mu się należy.

Nie chodzi o wojnę pokoleń.
Chodzi o wojnę stylów myślenia.
Tamten — oświecony, służebny, długofalowy.
Dzisiejszy — transakcyjny, doraźny, zachłanny.

Nie chodzi nawet o ideologię.
Bo cwaniacy są wszędzie — i po lewej, i po prawej.

Weźmy worek z dotacjami na kulturę:
miliony dla fundacji „po znajomości”,
a domy kultury błagają o grosz na dach —
i to one mają się wstydzić.

To już nie tylko wrażenie — to fakt.
Sondaż CBOS z lipca 2025 mówi jasno:
tylko 22% Polaków na pewno gotowych jest poświęcić się dla kraju w razie kryzysu,
a 42% wolałoby spakować walizki i wyjechać.
Liczby tną jak brzytwa.

Patriotyzm staje się hasłem, nie czynem.

Pamiętam starszego pana z małej wsi pod Tarnowem,
który w latach 90. oddał ostatnią krowę,
żeby jego wnuk, a mój kolega mógł pójść na studia.
Dla niego Ojczyzna to była przyszłość wnuka.
Dziś ten wnuk sprzedaje ziemię pod market,
bo „tak się opłaca”.

To nie wyjątek — to trend.

Nie chodzi o moralny szantaż.
Chodzi o pytanie:
czy Ojczyzna jest jeszcze czymś więcej niż tylko zlepkiem przepisów i dopłat?
Czy jeszcze potrafimy z szacunkiem wymawiać to słowo —
nie przez zęby, nie przez śmiech, nie przez złość?

Polska nie przestała istnieć.
Ale coraz trudniej ją kochać razem.
Bo jedni chcą z niej tylko brać,
inni — przestali w nią wierzyć,
a ci ostatni — zaczynają milczeć.

A milczenie patriotów to zawsze początek tragedii.

Historia już to widziała.
Rzeczpospolita kiedyś też nie upadła nagle —
nie z siły wrogów, lecz ze słabości własnych.
Z przekupstwa, z próżności, z rozdęcia wolności do karykatury.
Z liberum veto i prywatnych interesów,
z sejmików, gdzie mierzono wpływy, a nie sumienia.
Z wiary, że „jakoś to będzie”, i z pewności, że ktoś inny odpowie.

A potem już tylko rozbiory, obce języki w szkołach,
i hekatomba krwi, by Polska mogła powrócić na mapy.

Czy naprawdę musi być tak, że każde nasze odrodzenie
musi kosztować tyle grobów?

Nie, nie chodzi o wzniosłe pomniki.
Chodzi o wzór.
Taki, jaki dali ci, którzy zamiast zabrać — zostawili coś po sobie.
Bibliotekę. Szlak górski. Szkołę. Słowo.

Może jeszcze ich dogonimy.
Może jeszcze się zawstydzimy.
Może jeszcze zrozumiemy,
że Ojczyzna nie jest do wzięcia.
Jest do oddania — w geście, w słowie, w pamięci.

Może.

Lecz dopóki są ci, którzy oddają — zamiast brać,
którzy uczą — zamiast sprzedawać,
którzy pamiętają — zamiast kalkulować,
dopóty Polska nie jest tylko nazwą.
Jest nadzieją.

To oni, choć nieliczni,
trzymają nas przy zdrowym myśleniu.
I może dzięki nim
Ojczyzna jeszcze się ostoi.

———
Obserwuję co się dzieje dziś w naszej Ojczyźnie i taka mnie smutna refleksja naszła.
Przykro mi po prostu. Ot, co …