Chyba nawet plemiona w amazońskiej dżungli mają procedury odnośnie stwierdzania zgonu. W Polsce tego nie ma. Ma to zrobić ktoś/coś, kto ostatnio widział lub leczył, na terenie którego, a najlepiej lekarz POZ – bo można mu wcisnąć wszystko.

Koronerów nie ma, Starości umywają ręce, więc problem załatwia rodzina stojąc nad lekarzem i zmuszając go do wykonania tego – czego nie powinien zgodnie z prawem robić.

Jak czytamy o takich ministerialnych przepychankach z lekarzami rodzinnymi, starostami i – de facto – wszystkimi obywatelami, to jest to tak żenujące, że brakuje słów w słowniku, by nazwać to curiosum w państwie aspirującym do europejskiego. Gdyby nagłośnić tę sprawę na forum międzynarodowym, to stalibyśmy się pośmiewiskiem.

Nie ma pieniędzy? Naprawdę? Nie ma pieniędzy w budżecie na zapłacenie za stwierdzanie zgonu i dopełnienie formalności zgodnie z prawem i w poszanowaniu śmierci oraz żałoby bliskich? 200 tysięcy zgonów rocznie np. z kosztem 500 zł za orzeczenie – to jest tak dramatycznie duży wydatek w skali 37 milionowego kraju wspaniale ostatnio rozwijającego się gospodarczo, z miliardowymi programami społecznymi, wielką i miliardową dbałością o narodowe media?

Brak uregulowania sprawy stwierdzania zgonów, to policzek dla nas wszystkich. Policzek od wszystkich rządów po kolei.

Czytaj więcej.

Fot. Mirosław Jamro