Od kilku dni słyszę wciąż to samo: „Morawiecki zdradził”, „maski opadły”, „rozbija PiS”. Im częściej czytam te prymitywne komentarze, tym bardziej mam wrażenie, że zastępują one myślenie.
Mateusz Morawiecki mówi przecież coś zupełnie innego. Twierdzi, że nie chce rozbijać prawicy, ale poszerzyć jej elektorat. I właśnie o tym powinna toczyć się dyskusja. Bo jeśli prawica chce wrócić do władzy, nie wystarczy utrzymać swoich najwierniejszych wyborców. Musi przekonać także tych, którzy dziś stoją w centrum i wahają się, na kogo oddać głos.
Najbardziej zadziwia mnie to, że atakują go przede wszystkim ludzie wywodzący się ze środowiska Solidarnej Polski. Zamiast rozmawiać o strategii, wolą przypinać etykietę zdrajcy. Tylko pojawia się pytanie: kto ma większe szanse poszerzyć elektorat? Polityk próbujący otworzyć się na nowych wyborców czy środowisko kojarzone z wieloletnimi konfliktami?
W mojej ocenie to właśnie środowisko dawnej Solidarnej Polski nie ma dziś szans znacząco poszerzyć poparcia prawicy. Czy Ziobro i Romanowski, którzy uciekli z kraju poszerzą elektorat?
Brzmi to jak absurdalny żart. Do wyborów zostało zbyt mało czasu. Zarzut, że Morawiecki szkodzi prawicy, podczas gdy alternatywą miałaby być strategia oparta wyłącznie na twardym elektoracie, wydaje mi się po prostu mało przekonujący.
Mateusz Morawiecki przez lata udowodnił, że jest politykiem pracowitym, z ogromnym doświadczeniem w zarządzaniu i nastawionym na realizację konkretnych celów. Można oceniać różnie jego decyzje, ale sprowadzanie całej debaty do okrzyków o zdradzie jest intelektualnie zbyt prymitywne.
Niepokoi mnie również reakcja części wyborców PiS. W komentarzach dominują emocje, a nie argumenty. Zamiast zastanowić się, czy strategia poszerzania elektoratu może przynieść sukces, wielu wybiera najprostsze hasła: „zdrada”, „maski opadły”, „rozbija prawicę”. To nie jest poważna rozmowa o przyszłości Polski. To zamykanie dyskusji, zanim jeszcze się zaczęła. To piaskownica.
Polityka nie jest konkursem na najostrzejszy komentarz. Jest sztuką budowania większości. A większości nie zdobywa się, obrażając wszystkich, którzy nie są jeszcze po naszej stronie. Jeśli prawica naprawdę chce wygrać kolejne wybory, powinna przestać szukać zdrajców we własnych szeregach, a zacząć szukać nowych wyborców. Bo tylko wtedy będzie miała szansę wrócić do władzy.To zdjęcie,które zamieszczam ma dla mnie szczególną wartość. Powstało w czasie, gdy Mateusz Morawiecki był jeszcze ministrem rozwoju, a obok niego stał jego już nie żyjący ojciec, Kornel Morawiecki. Pamiętam tamtą rozmowę. Kornel mówił o budowie ruchu Wolni i Solidarni, który miał być kontynuacją jego idei Solidarności Walczącej: solidarności społecznej, silnego państwa i gospodarki służącej obywatelom, a nie wyłącznie rynkowi i kapitałowi. Wtedy Mateusz odpowiedział spokojnie: „Tato, przecież ja te wszystkie Twoje postulaty już realizuję”. I to zrealizował.
Można różnie oceniać jego rządy, ale trudno zaprzeczyć, że wprowadzono rozwiązania, które zmieniły politykę społeczną państwa: wsparcie dla rodzin, wyższe świadczenia dla emerytów, pomoc dla kombatantów, programy dla młodych czy działania wzmacniające polski kapitał. Był też moment, gdy finanse publiczne zbliżyły się do zrównoważonego budżetu, co dziś, przy skali deficytu, wydaje się niemal niewiarygodne.
Dlatego z pewnym zdziwieniem patrzę na falę personalnych ataków wymierzonych wyłącznie w Mateusza Morawieckiego. Każdy, kto zna mechanizmy funkcjonowania dużej partii politycznej, wie, że najważniejsze decyzje strategiczne nie są podejmowane przez jednego człowieka, lecz przez kierownictwo całego ugrupowania. Krytykować można i trzeba, ale warto robić to uczciwie, z uwzględnieniem realiów, a nie tworząc wygodnego kozła ofiarnego. To zdjęcie przypomina mi właśnie tamtą rozmowę, w której polityka była jeszcze dyskusją o ideach, a nie polowaniem na jednego człowieka, przez rozhisteryzowane ,,puste dzbany”.
Jak zazwyczaj nie zgadzam się z tym Panem, to tutaj bardzo trzeźwy i rzeczowy komentarz, bez przesadnego ideologizowania