Twierdzenie, że szczyt NATO był sukcesem, bo do Polski przyjedzie jeden batalion Amerykanów zakrawa na kpienie z obronności Rzeczpospolitej. Niestety nasi politycy znowu nie odrobili lekcji historii.
Dorobiono do tego gigantyczną otoczkę medialną i dyżurni dziennikarze, którzy zamiast uruchomić swoje szare komórki mózgowe głośno piali z zachwytu jakim to gigantycznym wzmocnieniem naszej obronności będzie batalion obcych wojsk. Zastosowano znaną z niechlubnej przeszłości socjotechnikę propagandy sukcesu i dużymi literami pisano w gazetach o czterech batalionach NATO, a nieco mniejszymi dopowiadając, że w rzeczywistości tylko po jednym batalionie na Litwę Łotwę, Estonię i Polskę. Zatem zostaliśmy potraktowani przez szczyt NATO w Warszawie na równi z maleńkimi państewkami, których ludność w sumie jest mniejsza od połowy ludności Polski.
Jeden batalion marines Rosjanie, gdyby ruszyli, to nakryli by czapkami bez jednego wystrzału! Na Krymie było więcej niż cztery bataliony wojsk ukraińskich i Rosjanie ich nawet nie musieli nakrywać czapkami, bo oni się poddali na sam widok kilku dywizji Putina!
Doświadczenia historyczne nauczyły nas jak tragiczne w skutkach było liczenie na zagraniczną pomoc.
Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków, aby obronili Rzeczpospolitą, co skutkowało potem tym, że ci sami Krzyżacy zamiast nas bronić, to łupili Rzeczpospolitą i potem już jako Prusy dokonali rozbiorów Polski.
Ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski przystąpił do zdrady targowickiej też prosząc Rosję o pomoc wojskową i caryca Katarzyna w taki sposób mu pomogła, że Rosjanie wraz z Prusami i Austrią dokonali rozbiorów Polski.
Najnowsza historia też nam pokazuje, co były warte akty o nieagresji zawarte z Niemcami i z ZSRR, a także sojusze z Francją i Wielką Brytanią.
Ktoś powie, że USA, to zupełnie inna skala sojusznika?
To tylko ułuda. Powinniśmy pamiętać jak potraktował amerykański prezydent Polskę w Teheranie i w Jałcie, gdzie nie tylko oddano ZSRR połowę terytorium Rzeczpospolitej, ale z tego co zostało oddano całość Naszej Ojczyzny w łapy dyktatora Stalina!
Potem w 1981 roku na kilka tygodni przed 13 grudnia prezydent USA znał od Pułkownika Kuklińskiego plany wprowadzenia stanu wojennego w PRL-u, ale USA nie zrobiły nic aby temu zapobiec, a nawet nie ostrzegły Komisji Krajowej NSZZ”Solidarność” o planach generała Jaruzelskiego aresztowania wszystkich liderów tego związku zawodowego.
Polska jest obecnie niemal bezbronna, bo cóż to za armia, która na papierze ma 100.000 etatów, a w rzeczywistości jedna czwarta z tej liczby, albo przebywa za granicą, albo jest w trakcie przygotowań do tzw.: „misji pokojowych”.
Armia Turecka ma 600.000 muzułmańskich żołnierzy, a mniejsza od nas pod względem ludności Białoruś ponad 300.000 mundurowych, natomiast Rosja ponad półtora miliona!
Tylko ktoś bardzo niefrasobliwy, albo głupi może twierdzić, że jeden batalion Amerykanów (ok. 600 żolnierzy) jest w stanie odstraszyć ponad milion rosyjskich fanatyków Putina!
Nam potrzeba od zaraz potroić liczebność Wojska Polskiego do poziomu co najmniej Białorusi, bo 300.000 dzielnych Polaków na własnej ziemi jest w stanie bardziej odstraszyć Rosjan i Białorusinów, aniżeli kilkuset nie znających tutejszych terenów cudzoziemców.
Ojczyzna potrzebuje czterdziestu polskich dywizji, a nie jeden batalion cudzoziemców! Chętnych do Wojska Polskiego nie brakuje, potrzeba tylko decyzji politycznych!!!
Skoro autor powołuje się na historię to można kontrargumentować sztandarowym przykładem tj. bitwą z 1610r gdzie ok. 40x mniejsze siły polskie rozgromiły wojska moskiewskie. Historia jest cenną nauczycielką, ale stosowanie argumentów w jedną stronę jest nieuczciwe.
Stacjonowanie Amerykanów w takiej liczbie raczej nie będzie zagrożeniem dla Polski. Gdyby ich było 300 000 można byłoby się obawiać. Oczywiście ryzyko zawsze istnieje. Współczesna technologia wojskowa pozwala choćby na desant tysięcy żołnierzy z powietrza…
Przypomnijmy sobie podpisane sojusze sprzed II WŚ – co one dały. Można byłoby wnioskować, że NATO coś innego i wiążącego ale polityczne opóźnienie pomocy o choćby dobę czy dwie może się marnie skończyć przy obcej agresji wojskowej. A pamiętajmy, że są sojusznicze państwa będą dbały o elektorat, który jak pamiętamy jest przeciwny pomocy Polsce na wypadek agresji Rosji.
Niemniej, obecność wojsk USA to jeden z wielu „odstraszaczy”. Inaczej papierowy sojusz a inaczej gdy bezpośrednio są atakowane stacjonujące wojska sojusznicze.
Widać, że niektórym marzy się wojna.Polacy mają pracować na złom wojenny. W imię czego, obrony stołków niezrównoważonych polityków PiS-u. Z Rosją jako najbliższym sąsiadem należy współpracować, a nierywalizować ,kto będzie miał więcej żołnierzy.Za przywództwa Prezydenta Lecha Wałęsy, Rosjanie opuścili Polskę i myślę,ze jeśli chcą tu wrócić to tylko jako turyści.Wojna jest potrzebna tylko dyktatorom lub narzucenia systemu religijnego.