Pisałem niedawno o marksistowskich tendencjach wśród młodzieży krajów anglosaskich, przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, a tutaj tekst o widocznym może nieco bardziej na kontynencie zwrocie prawicowym wśród młodzieży.

Niedawno przeprowadzone w Polsce badanie wskazało na malejący euroentuzjazm wśród młodzieży polskiej, co w pewnym sensie mieści się w zarysowanej problematyce. Uważam jednak, że prawica wciąż nie ma dobrego pomysłu na zagospodarowanie tych tendencji. Co mam na myśli?

Przede wszystkim wielkrotnie przeze mnie przywoływany brak inicjatywy w domenie szeroko rozumianej kultury, oraz – „przygodność” jej postulatów, które wyrastając ze sprzeciwu wobec różnych suflowanych przez liberalno-lewicowy mainstream nie przekładają się jednak na spójny projekt światopoglądowy, który zarysowywałby prawicowy „common sense” w kategoriach innych niż negatywne i pozwalałby na szerszą identyfikację mas świeckich z takim projektem.

W zasadzie – sprowadza się to zasadniczego problemu prawicy (post)chrześcijańskiej: w jaki „uniwersalistyczny” sposób uzasadniać sprzeciw wobec postępującej ekspansji liberalno-lewicowych koncepcji egalitarystyczno-emancypacyjnych?

Problem ten wynika bezpośrednio z chrześcijańskiego dziedzitwa Zachodu, z którego po „śmierci Logosu” ostało się właściwie jedynie przykazanie miłości. Mówiąc krótko – ludzie Zachodu nie mają dziś aparatu etycznego, który pozwalałby im znajdować dobrą odpowiedź na wszechogarniające cierpienie wynikające zarówno z prostych przyczyn materialnych, jako też z poczucia wyobcowania czy braku sprawczości.

Dowolnie sformułowana „krzywda” jest argumentem, wobec którego współczesna cywilizacja Zachodu jest bezradna, co – jak napisał niegdyś nieżyjący już Krzysztof Michalski – jest siłą napędową sprawiającą, że liberalizm stał się wehikułem ciągłej emacypacji, przynajmniej na gruncie etycznym dążącym do wyeliminowania wszelkich kategorii różnicujących.

Trevor Phillips, były szef brytyjskiej Komisji ds. Równości Rasowej a obecnie wpływowego dziennikarza stacji Sky News, stwiedził niedawno, że skoro Muzułmanie nie chcą się integrować, to nie ma wyjścia – trzeba się pogodzić z tym, że będą na Zachodzie tworzyć alternatywną społeczność rządzącą się własnymi prawami.

Można na tę wypowiedź spojrzeć jak na mało istotne kuriozum, ale ja widzę ją jako wyraz wspomnianej wyżej bezradności. Zachód pozbył się narzędzi etycznych, które pozwalałby mu nadawać wartość własnej kulturze, bronić jej odrębności i integralności. Jak powiedział francuski pisarz i wykładowca na uniwersytecie Paris-Sud Michel Slama tym, co charakteryzuje współczesny Zachód jest właśnie „brak własnej kultury” i radykalna inkluzywność.

Powodem tego – uważam – nie jest jednak jakieś agenturalne oddziaływanie „ideologii komunistycznej”, ale raczej naturalna ewolucja zsekularyzowanej doktryny chrześcijańskiej w świecie Zachodu.

Filozofia „dialogu” Martina Bubera i Emanuela Lévinasa była wczesną zapowiedzią tych tendencji. Radykalne otwarcie na „Innego”, które jest jej esencją jest w istocie radykalnie chrześcijańskie, chociaż – oczywiście – obaj autorzy byli Żydami. Holocaust był historycznym momentem zwrotnym w dziejach Zachodu, kiedy taka postawa została przyjęta przez elity jako jedyna możliwa odpowiedź na powracające epizody faszyzmu rozumianego jako światopoglądu dopuszczającego eksterminację wrogów. Skoro nadawanie szczególnej wartości „własnemu” prowadzi do ludobójstwa, to odpowiedzią jest samowywłaszczenie – pełna rezygnacja z tej wartości.

Otworzyło to drogę do frontalnej krytyki całego dziedzictwa cywilizacyjnego Zachodu, które nagle stało się nie do pogodzenia z nowym paradygmatem. Wojny religine, podboje, kolonizacja, eliminacja obcych kultur – wszystko to stało się z dnia na dzień niewybaczalną zbrodnią, która obciąża każdego „białego” i domaga się zadośćuczynienia. Najlepszym zadośćuczynieniem będzie oczywiście śmierć cywiliacji, która się tych zbrodni dopuściła. Misją Zachodu stało się zatem „ustąpienie miejsca” tym wszystkim, których Zachód „gnębił” przez wieki. Takie rozumienie misji Zachodu słyszymy przecież często w wypowiedziach różnych osobistości, zwłaszcza osobistości lewicy.

„Różnorodność” stała się zaś fetyszem wyrażającym te autodestrukcyjne tendencje. Stale dochodzą nas różne publikacje w mediach, wyrażające zawstydzenie, że są wciąż w Europie miejsca „wyłącznie białe” – doświadczyliśmy ich sami – kiedy wybuchła wojna na Ukrainie dziennikarze z Zachodu nie mogli się nadziwić, dlaczego Polska jest wciąż „taka biała” – przypisywano to na ogół jednoznacznie „wrodzonemu rasizmowi” Polaków i nieustannie nagłaśniano marginalne przypadki jak np. rzekome ataki „nacjonalistów” na uciekających z Ukrainy kolorowych. W ten sam sposób relacjonowana była i jest sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Jej obrona przez nielegalnymi imigrantami nasyłanymi przez reżim rosyjski i białoruski jest szeroko komentowana jak w istocie rasistowska.

Osobiście uważam, obserwując zwłaszcza zmiany w Kościele, że Chrześcijaństwo nie jest w stanie dać dobrej odpowiedzi na te problemy. Na gruncie „dobrodusznego”, coraz bardziej „terapeutycznego” Chrześcijaństwa Zachód nie znajdzie żadnej obrony przez samozagładą. Wręcz przeciwnie – każde działanie obronne będzie interpretowane jako sprzeniewierzenie się chrześcijańskiemu przykazaniu miłości i jego świeckiej „prawnoczłowieczej” interpretacji. W najlepszym wypadku będzie usprawiedliwiane jako jakaś zła konieczność, napewniej wynikająca z naszych własnych wad i ułomności, nad którymi trzeba wciąż pracować, aby je przezwyciężyć. Tak należy widzieć opinie tłumaczące różne „antyimigranckie” działania Unii Europejskiej. Zauważmy – działania te nie są tłumaczone jako zrozumiałe i moralnie uzasadnione, ale jako „niefortunne” ustępstwo europejskiej klasy politycznej wobec rosnącej w siłę „skrajnej prawicy”. Jak tylko znów uda się „skrajną prawicę” zmarginalizować, będzie można powrócić do „właściwego”, proimigranckiego kierunku.

Problem prawicy polega zatem na zderzeniu postawy „chcę, żeby mi było dobrze, żebym miał dobrą pracę, żebym żył jak lubię” z postawą „a my chcemy dobra i sprawiedliwości na świecie”.

Na tle tego kontrastu prawica wypada słabo, gdyż nie stoi za nią żaden „Wielki Projekt”, żadna „Big Idea”, która mieściłaby się w (post)chrześcijańskim imaginarium. Już samo myślenie w kategoriach wykluczających, innych niż radykalnie inkluzywne stało się jawnie „faszystowskie” – stało się tabu.

Jak w soczewce problemy te skupiają się dziś w Izraelu. To właśnie tam z całą jaskrawością jawi się problem: albo Izrael będzie państwem żydowskim, albo nie będzie go wcale. Ten egzystencjalny problem Izrael przegrywa na arenie międzynarodowej. Cały świat zdaje się mówić Żydom, że muszą pogodzić się z koniecznością: ich desperacka obrona własnej odbrębności jest dla współczesnego Zachodu nie do zaakceptowania. Nie tylko powinni zrezygnować z prób wyparcia wrogiego im żywiołu arabskiego z Palestyny, ale powinni przyznać Palestyńczykom równe prawa wyborcze, gdyż istniejący w tym kraju „apartheid” jest „nie do pogodzenia” z normami „demokratycznego państwa prawa”. Skutki tego dla państwa żydowskiego już mało kogo interesują, tak samo, jak mało kogo interesują konsekwencje gwałtownych zmian demograficznych w Europie spowodowanych przez masową migrację z Afryki i Bliskiego Wschodu. Wszystko jest przedstawiane jako „dziejowa konieczność”. Ten fatalizm nie wynika jednak z bezradności, ale ze świadomej decyzji elit, które obrały ten kierunek ze względów ideolologicznych. One realizują „większe dobro”, przed którym ustąpić muszą wszelkie inne racje. Każdy bardziej gwałtowny sprzeciw jest niedopuszczalny, gdyż „sprzeniewierzałby się przyjętym przez nas wartościom”. Na takim tle działania prawicy zdają się czysto małostkowe, złe, nachowane okrutnym egoizmem.

Widzimy to nawet w Polsce, gdzie środowiska lewicowe, po chwilowej przerwie spowodowanej zmianą władzy, już powracają do znanej narracji na temat sytuacji na granicy z Białorusią.

Naprawdę – ci, co wierzą, że za ich postawą stoi rosyjska agentura nie rozumieją istoty rzeczy. Oni naprawdę wyrażają własny światopogląd, który po prostu jest zgodny z intencjami naszych wrogów. Tymczasem on niczym nie różni się od postawy tych amerykańskich aktywistów, którzy napadnięci brutalnie przez imigranta rezygnowali z wnoszenia sprawy na policję, gdyż przecież „nie godzi się” oskarżać „biednego imigranta” o to, że działał – nawet brutalnie – ale na pewno w uzasadnionym akcie desperacji. Przecież te wszystkie napady, gwałty i rabunki są – ich zdaniem – niczym więcej, jak działaniami usprawiedliwionymi „strukturalną”nierównością, z jaką się spotkali. Czyż ich postawa nie jest szczerze „chrystusowa”?

Prawica albo wypracuje ideologię zdolną przezwyciężyć ten {post}chrześcijański narzut, albo będzie stale w defensywie, jedynie okazjonalnie wykorzystując doraźne słabości lewicy liberalnej.