Nie tak w końcu dawne „przygody” przedsiębiorców, zagrożonych upadkiem i koniecznością przejścia w szarą strefę jedynie wskutek zmiany interpretacji pochodzącego jeszcze z epoki Gierka rozporządzenia* częściowo regulującego warunki pracy nakładczej nauczyły ZUS jednego – polskie prawo posiada dwie „dźwignie”, pozwalające wzruszyć dowolną konstrukcję prawną – art. 58 § 2 i art. 83 kodeksu cywilnego. A że w postępowaniu odwoławczym to OBYWATEL MUSI UDOWODNIĆ UBEZPIECZENIOWEMU MONOPOLIŚCIE BŁĄD można nimi walić bezkarnie, niczym cepami, licząc na to, że sędzia to też urzędnik.

Bo choć w teorii jest niezawisły, to pieniądze pobiera przecież z budżetu.

Przypomnijmy. Pogarszająca się po 2000 r. sytuacja drobnych i małych przedsiębiorców skłoniła wielu do szukania alternatywy dla coraz bardziej wzrastających składek na ubezpieczenia społeczne, w żaden sposób nie powiązanych z osiąganymi dochodami.

Jednocześnie druga, co najmniej równie liczna grupa zawodowa, osiągająca niekiedy znacznie wyższe dochody, opłacała (i nadal opłaca) składki stanowiące kilka procent opłacanych przez przedsiębiorców.

W takiej sytuacji oczywiste jest, że na rynku pojawiły się firmy oferujące alternatywę – molochy, takie jak GESTIO SA, MELKATOR sp. z o.o.  czy też wywodząca się Krakowa SYSTEM 400, przez które w sumie przewinęło się kilkanaście, a może nawet i kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

To na południu. Takie same istniały w Łodzi, Warszawie, na Wybrzeżu.

Wg ostrożnych szacunków Stowarzyszenia Poszkodowanych Przedsiębiorców RP ze Świętochłowic w całej Polsce mogło skorzystać z powyższego rozwiązania nawet i 500 tys. osób.

ZUS, za pomocą dostępnych środków, utrwalał w nich przekonanie, że droga, którą wybrali, jest zgodna z prawem.

Oddział chorzowski ZUS pisał w swoich wyjaśnieniach, że umowa o pracę nakładczą, w wyniku której wykonawca (czyli pracownik) zarabia miesięcznie 1 zł, jest doniosła prawnie.

Jeszcze dalej poszedł nieistniejący już wojewódzki oddział w Warszawie, zdaniem którego zarobek wynoszący 0 zł (a więc raczej jego brak?) również rodzi obowiązek ubezpieczenia.

System trwał aż do 28 lutego 2009 r., kiedy to zmieniono prawo tak, aby wybór alternatywnej podstawy ubezpieczenia był nieopłacalny.

Zważyć jednak trzeba, że choć przedsiębiorca płacił znikomą składkę na fundusz pracy, to jednak tzw. część zdrowotną musiał odprowadzać w pełnej wysokości.

Ale i tak płacił miesięcznie prawie tyle, co rolnik kwartalnie.

Wszystkie firmy, o których wspomniałem wyżej, nie były jednak charytatywne. Prócz zysków z pracy nakładczej przedsiębiorców tworzyły internetowe strony, zwane najczęściej jako CWIG (Centrum Wspierania Inicjatyw Gospodarczych) – tam przedsiębiorcy, jednocześnie wykonawcy pracy nakładczej, umieszczali wpisy swoich firm, w zamian za miesięczny abonament wahający się między 300,- a 700,- zł!

Jak łatwo policzyć drenaż kieszeni był ogromny.

O funkcjonowaniu tej „machiny nakładczej” prócz zainteresowanych wiedział ZUS, gdzie przez lata (nawet i 5 w większości przypadków) spływały deklaracje rozliczeniowe.

Brakowało jednak reakcji ze strony Zakładu.

Jak bardzo brakowało świadczy przykład dwóch spółek z o.o.(z Krakowa i Warszawy), które utworzyły inny system. By mógł zaistnieć powołały do życia prawie 200 spółek cywilnych, zatrudniających ok. 4000 ludzi, w niespełna 20 m kw liczącym pokoiku w Krakowie.

ZUS Oddział w Krakowie, Inspektorat Kraków – Krowodrza, przez lata przyjmował deklaracje, bez jakiejkolwiek reakcji. Urzędnicy spokojnie obserwowali, jak fundusz ZUS był uszczuplany o kilkaset milionów rocznie.

Czy takie zachowanie Zakładu może świadczyć, że ta bierność była wywołana prywatnym interesem niektórych urzędników?

Po latach, kiedy główni beneficjenci napełnili już swoje kieszenie, ZUS zaczął atakować. Bez jakichkolwiek dowodów, opierając się w 99,9 % znanych mi przypadków jedynie na porównaniu wysokości składki, Zakład zarzucił przedsiębiorcom, do tej pory zapewnianym o poprawności ich wyboru przez… sam ZUS (wielu w trakcie wykonywania pracy nakładczej otrzymało z ZUS zaświadczenia o nie zaleganiu ze składkami!), którzy coś przecież dla wielkich nakładców wykonywali, że ich praca była pozorna, stanowiła obejście prawa i była sprzeczna z zasadami współżycia społecznego (art. 83, art. 58 § 1 i § 2 KC).

Najczęściej wszystkie trzy zarzuty razem.

Wskutek protestu środowiska Państwo musiało ustąpić, czego dowodem jest tzw. ustawa abolicyjna ZUS. Jest to pierwszy po 1989 r. przypadek zwycięstwa tzw. społeczeństwa obywatelskiego.

Organ, zagrożony już nie tyle upadkiem, ale brakiem środków na pensje i premie własnych pracowników, nie składa jednak broni.

Na stronie internetowej ZUS pojawiła się informacja, że zakład zmienił zdanie i od marca (czyli chodzi o składki regulowane w kwietniu) osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, niezatrudniające pracowników, mają obowiązek opłacania daniny na Fundusz Pracy (FP) za osoby wykonujące na ich rzecz umowy-zlecenia.

Do tej pory zupełnie inaczej interpretował przepisy, chyba że co najmniej jedna osoba została zatrudniona w takiej firmie na umowę o pracę (w takim wypadku trzeba było odprowadzać składki także za wszystkich zleceniobiorców).

– W 2006 r. zakład przedstawił swoje stanowisko w tej sprawie i aż dotąd go nie zmieniał – przypomina Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS. Co się stało, że do takiej zmiany doszło? – Mogę tylko podkreślić, że zakład jest wykonawcą przepisów prawa i sam nie ustala ich interpretacji – odpowiada Andrusiewicz.

Pismo z ministerstwa

Z naszych informacji wynika, że ZUS dostosował się do pisma z departamentu funduszy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (nr DFIII.073.1.2015.MO) z 30 stycznia 2015 r. Wynika z niego, że obowiązek opłacania składek na FP przez pracodawców oraz inne jednostki organizacyjne pojawia się, gdy łącznie spełnione są dwie przesłanki. Chodzi o „istnienie (w przypadku osoby, za którą składka miałaby być odprowadzana – red.) obowiązku w zakresie ubezpieczeń emerytalnego i rentowych oraz wystąpienie określonej wysokości kwot stanowiących podstawę wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe” (podstawa wymiaru musi być w skali miesiąca co najmniej równa płacy minimalnej). Resort przyznaje, że przepisy nie określają wprost osoby fizycznej jako podmiotu zobowiązanego do opłacania składek na Fundusz Pracy i nie definiują pojęcia płatnika składek. Ale uważa, że w tym przypadku powinna mieć zastosowanie definicja z art. 4 pkt 2 ustawy z 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych (t.j. Dz.U. z 2015 r. poz. 121 ze zm.). A zgodnie z nią za płatnika składek uznawany jest pracodawca, jednostka organizacyjna i osoba fizyczna. (Źródło)

Czego uczy dotychczasowa praktyka?

Po pierwsze, że powoływanie się na jeszcze rzymską maksymę lex retro non agit (prawo wstecz nie działa) jest chybione. Wszak prawo się nie zmieniło ani o jotę, zmieniła się jedynie jego interpretacja. A ta nie jest obwarowana żadnymi ramami czasowymi.

Po drugie, zapewnienia i informacje pochodzące bezpośrednio od ZUS są odrzucane przez sąd, jako nie mające znaczenia prawnego. Jedynie wiążąca interpretacja przepisu, wydana na podstawie art. 10 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej ma znaczenie przed sądem!

Czy którykolwiek z samozatrudnionych wystąpił o taką interpretację?

Idę o zakład, że ani jeden w skali całego kraju. Zresztą, gdyby nawet się taki znalazł, to taka interpretacja wywiera skutek wyłącznie wobec niego. Cała reszta lada moment będzie atakowana przez ZUS z żądaniem wpłaty zaległych składek wraz z odsetkami. O ile już nie jest.

Jak bowiem powiedział ongiś Alexis de Tocqueville:

Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.

Tym bardziej organ, którego istnienie zagrożone jest jak nigdy dotąd.

Humpty Dumpty

________________________________

* Przepisy – rozporządzenie Rady Ministrów.