Moja dusza jest jak krowa. Musi być co jakiś czas wydojona, inaczej ryczy, skowyta, że aż serce i wątroba ściska.

Nie często bywam w szpitalu. Właściwie to od ponad 35 lat nie byłem dłużej niż 1-2 dni. Kilka razy byłem na SOR-ze. Dwa razy w nagrodę za swoje występy na mieście. Teraz byłem aż cztery dni.

Szpital jako instytucję zapamiętałem jako kilkuletnie dziecko. Długi korytarz wypełniony światłem z podłużnych neonówek, z których część nie kontaktowała emitując światło „dyskotekowe”. Kamienna podłoga. Wielkie sale nawet w nocy wypełnione były światłem, które w zasadzie uniemożliwiały zaśnięcie. Do tego te ciągłe krzyki pacjentów, głośne komendy pielęgniarek. Czułem się wtedy jakby mnie zamknięto w obozie koncentracyjnym.

Potem, już w wieku ok. 18 lat wylądowałem w Szpitalu Śląskim w Cieszynie na kilkudniową obserwację na oddziale psychiatrycznym po tym, jak podejrzewano u mnie termiczny udar mózgu. Pracowałem wówczas w ciągu przez kilkadziesiąt dni po 10 godzin dziennie w pełnym słońcu na basenie w Wiśle jako ratownik wodny. Taka trauma z młodości.

Szpital w Łomży był dla mnie wystarczająco egzotycznym miejscem, bym zgodził się tam zalogować na kilka dni. Gdyby to był szpital w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu, odmówiłbym. Ale Łomża brzmiała jakoś tak swojsko, choćby z uwagi na zalety leczniczego piwa tam produkowanego. Pozwoliłem się tam zatem położyć na cztery dni celem zlustrowania mojego wnętrza. Bo nie ma co ukrywać, ale w ostatnich tygodniach było ze mną słabo.

Przydział sali i łóżka był ważnym momentem w moim życiu. Na zawsze zapamiętam salę nr 14, najlepiej ulokowaną w stosunku do dwóch kibli i jednej łazienki, w której nie wolno było się kąpać, gdyż pozostawała ona nieoficjalnie pod okupacją nałogowych palaczy. Mieli tam oni swoje dyżury tak, że jak jeden kończył, to drugi zaczynał jarać, aby żaden przypadkowy człowiek nie wskoczył pod prysznic lub do wanny. To był taki łomżyński Donbas okupowany przez papierosowców. Wszelkie próby wyzwolenia go, przy pierwszej próbie otwarcia drzwi, kończyły się groźnym „zajęte!”.

Kabiny w toaletach nie były zamykane od wewnątrz. Tak, żeby jakby ktoś się miał zamiar wyhuśtać, była możliwość odratowania go bez czynienia szkody infrastrukturze. Ale i to było dobre, bo zasiadając na tronie należało mieć wzrok i słuch wyostrzony, aby gdy ktoś naciśnie klamkę krzyknąć gromko „zajęte”. Początkowo mnie to irytowało, zanim pojąłem, że to celowy zabieg wyostrzania zmysłów pacjentów. Darmowa nauka refleksu.

Nie do końca pojmowałem logikę przymykania drzwi w sali na noc. Jedni mieli na oścież otwarte, inni mocno przymknięte. Ja wolę te na pół przymknięte, bo na korytarzu spać nie lubię, a i izolacja mi nie służy. Starałem się tak przymykać drzwi jakbym spał na rampie kolejowej w Karansebesz w Rumunii. Żeby widzieć przejeżdżające z wózkami pielęgniarki i sprzątaczki, ale żeby one mnie widziały tylko częściowo. W Łomży poczułem się przez chwilę jakbym był w mojej ukochanej Rumunii.

Na jedzenie narzekać nie będę. Robiłem zresztą dokumentację fotograficzną. Kto nie pracuje niech nie je, głosi Pismo święte. A ja tam wielu pacjentów pracujących nie widziałem, więc morda w kubeł i okazywać wdzięczność za to, co jest, nawet za ten żałosny kawałek parówki hrabiego Barry Kenta. Szpital to nie restauracja. Mi sąsiad z łózka spod okna oddawał całe śniadanie twierdząc, że on śniadań nie jada. Robiłem sobie z tego na boku zapas na czarną godzinę. Na koniec dałem mu za to gruszkę, a on mi kiwi.

Brak dostępu do choćby symbolicznych ilości alkoholu na oddziale niemal całkowicie uniemożliwia nawiązywanie interesujących relacji społecznych. Zamiast tego wszyscy gapią się w TV, bo z całym szacunkiem dla herbatki i jawy, to nie są napoje socjotwórcze. To w każdym razie jest temat do osobnej dyskusji. To słaby punkt oddziału chorób wewnętrznych.

Kaplica szpitalna działała bez zarzutu. Ksiądz Sławek codziennie odwiedzał pacjentów i błogosławił im, co uważam za wielką wartość, potrafił zagadać, zapytać, a jak trzeba było wesprzeć duchowo. Codzienna Msza św. o 15:00 w kaplicy na parterze była dla mnie o tyle zjawiskowa, że jako jedyny uczestniczyłem w niej w piżamie i w tych śmiesznych klapkach, w których przemierzyłem pięć lat Bałkany, a które rozleciały się i były podreperowane metalowymi wkrętami. Ale właśnie to moje ubóstwo odzieżowe czyniło mnie chyba właściwym adresatem Chrystusowej Ewangelii skierowanej do najuboższych.

Bar, podobnie jak kaplica zlokalizowany na parterze, jak to mówią, dupy nie urywał, ale zupę za 5 złotych można zjeść, a dwie kulki z małym schabowym za 14 złotych. Z moich wyliczeń wyszło, że lepiej wziąć dwie różne zupy i po gałce ziemniaków do każdej. Wyjdzie się sytszym ze stołówki.

O badaniach, a zwłaszcza o ich wynikach pisać nie będę bo to moja tajemnica i NFZ.

Dawno tak dobrze nie spędziłem kilku dni. I do tego odpocząłem. I wreszcie zrobiłem wszystkie konieczne badania.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.