Czytam rozprawę doktorską, przed recenzją. Dużo się uczę od doktoranta. Fantastyczna lektura.
—
Starsze kobiety są ciche, zamknięte w sobie, noszą chustki i fartuchy. Włosy mają siwe. My inaczej jemy, robimy dużo przetworów, dużo ziemniaków używamy, kapusty, lubimy ciasta drożdżowe i pieczemy kaczki. (Helena P., wywiad z dn. 21.05.2012.)
Wymagam szacunku do starszych. Mężczyzna musi pracować. Ubranie musi być schludne i kultura człowieka. Mam takie powiedzenie, które moim dzieciom powtarzam: patrz, co dla ciebie najlepsze, jeśli coś nie tak, to nie czekaj, tylko zawczasu uciekaj. Najważniejsza dla nas jest rodzina (Joachim R., wywiad z dn. 18.05.2013).
Mazurzy są chłodniejsi i nieufni, muszą przekonywać się do kogoś. Wszyscy powoli się przystosowali do nowych czasów. (Wanda A., wywiad z dn. 06.05.2013).
„Widziałem różne biedy na Mazurach, we wsiach, nad którymi opiekę roztaczały różnego rodzaju instytucje, lecz takiej nigdzie nie widziałem. Wieś Burdąg to nędza, która wywołuje rozpacz i gorycz […] Mają pięć koni i ani jednej krowy czy świni. Nie mają ziarna. Miejscowe władze gminne nie kwapią się, aby im pomóc. W chatach skrajna bieda. Tak żyła duża część ludności rodzimej”.
—
Henryk Szczerbiński przytacza sytuację jednej z autochtonek, która została przedstawiona przez pierwszego sekretarza KP PZPR w Iławie podczas poszerzonego plenum KW PZPR w Olsztynie 3 czerwca 1959 roku: „Chata była zburzona. W jednej izbie gnieździło się 6-cioro dzieci w wieku od 7 do 15 lat. Na jednym łóżku leżał 9-letni chłopiec chory od kilku miesięcy na zapalenie stawów. Był nagi, przykryty tylko dziurawym kocem. Pozostałe dzieci miały na sobie strzępy ubrań pozczepiane drutem. W takich warunkach mieszkają od 1945 roku. Mają 1 ha ziemi, jedną krowę i jedną kozę. Jej nastraszy syn pracował u jednego z zamożnych gospodarzy, który zapłacił mu 50 zł za pięć miesięcy. Kobieta ta trzęsąc się opowiadała, jak w 1946 roku została ograbiona przez byłego komendanta MO.
Fascynującej lektury rozprawy doktorskiej c.d. Badania terenowe są znakomite.
—
Współpraca polsko-niemiecka w owych czasach nie była w ogóle rozwinięta. My byliśmy organizacją faszystowską. Nie mogliśmy wypowiadać się na żaden temat. Dopiero po latach dziewięćdziesiątych otworzyła się możliwość. Czujemy się zapomniani przez polskich i niemieckich polityków. Jesteśmy jak dinozaury. Jeszcze dwadzieścia lat, to będzie nasz koniec. Jest takie nasze myślenie, że w tym systemie, w którym jesteśmy, to musimy dostosować się do możliwości egzystencji. System polityczny lat osiemdziesiątych był taki, że chodziło o zlikwidowanie Niemców na Mazurach. Wszyscy wyjechali, a ci, co zostali, wcielili się w Polskę i przyjęli polskie godło. Nikt się nie pytał, czy pan chce, czy nie, jak się pan czuje. Ten, co wyjeżdżał, musiał zostawić wszystko, co miał, spakować tylko walizkę i wyjechać. Teraz Europa jest otwarta. Dla mnie najważniejsze jest, aby historia była wyprostowana i uczono się o nas w szkołach. My jesteśmy otwarci na wszystko.
Z recenzowanego doktoratu:
Wszyscy w rodzinnie byli ewangelikami. Dzisiaj to mi niewiele pamiątek zostało. Mam stary kancjonał, z konfirmacji mamy. Pisany po polsku, ale pismem gotyckim. Stara Biblia Mazurska – to był mój prezent ślubny. W środku znajdował się zbiór kazań na każdą niedzielę. Nazwaliśmy go »Ja i dom mój będziemy służyć Panu«. (Greta J., wywiad z dnia 06.08.2012).
To było tak, że jeden katolik był w klasie, to odwrotna proporcja jak jest teraz. W każdym razie przed wojną te tereny były ewangelickie. Były to tysięczne parafie. Katolicyzmu w ogóle nie było. Do drugiej wojny światowej spokojnie rozwijał się tu ewangelicyzm. Zrobili Niemców z Mazurów i ewangelików, chociaż nie wiem, co ma do tego mieszanie narodowości z wyznaniem. Ale ciągle się to dzieje. Kościoły były siłą przejmowane przez katolików, układali się czasami z naszym Kościołem, ale rzadko. (Beata T., wywiad z dn. 24.09.2013).
Kolejny fragment z recenzowanego doktoratu:
„Pierwsza moja ławka była brzydka i stara, ale bardzo wygodna. Stała w budynku przy ul. Mickiewicza. Z racji niskiego wzrostu siedziałam tuż przy tablicy. Pisałam obsadką zakończoną stalówką, którą zanurzałam w kałamarzu, mieszczonym w specjalnym otworze w blacie ławki. Kleksy w zeszycie oraz plamy na palcach były stałą atramentową wizytówką pierwszaków. Biegałam wówczas ubrana w granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem i tornistrem na plecach na lekcje, by uczyć się z elementarza o Ali, Oli i Asie. A na przerwach razem z innymi krzyczałam »Ala i As poszli w las«. Moja klasa oznaczona była literką »b«. Koledzy z równoległej klasy »a« krzyczeli, gdy mijaliśmy się przypadkiem na korytarzu: »Z drogi barany, bo idą asy«. I to była prawda, klasa »a« była klasą przywilejowaną, uczyły się w niej głównie dzieci elity – lekarzy, urzędników. To oni rozpoczynali naukę o 8.00, my, dzieci robotników i chłopów, do szkoły szliśmy na popołudnie, np. na 13.30. Zmęczeni biegiem i zabawą nie zawsze byliśmy podatni na przyjmowanie wiadomości szkolnych.
Zostaw komentarz