Kiedy słyszę o tym, co dzieje się wokół Solino w Inowrocławiu, odnoszę wrażenie, że ktoś liczy na to, iż Polacy nie będą zadawać pytań. A przecież nie mówimy o zwykłej kopalni soli. Mówimy o miejscu, które jest jednym z filarów bezpieczeństwa energetycznego państwa. W podziemnych kawernach przechowywane są strategiczne zapasy ropy i paliw. W czasie kryzysu lub wojny mogą one decydować o funkcjonowaniu kraju.
Od wielu miesięcy protestują górnicy i związki zawodowe. Alarmują, że planowane zmiany właścicielskie mogą mieć wpływ na infrastrukturę, od której zależy funkcjonowanie całego systemu. Orlen zapewnia, że bezpieczeństwo strategicznych magazynów nie jest zagrożone. Skoro jednak pracownicy biją na alarm, a sprawa wywołuje tak ogromne emocje, społeczeństwo ma prawo oczekiwać pełnej przejrzystości. Tu nie wystarczą lakoniczne komunikaty i sprzedawanie Niemcom po cichu strategicznego zakładu.
Symbolem tej sprawy stała się głośna próba wejścia Daniela Obajtka na teren zakładu i przepychanki z prezesem spółki. Jedni zobaczyli w tym polityczny spektakl, inni próbę zwrócenia uwagi na problem. Tymczasem najważniejsze pytanie pozostało bez odpowiedzi: co naprawdę dzieje się z Solino i jakie będą skutki planowanych zmian?
Szczególnie trudno zrozumieć, że w czasie tak poważnego konfliktu kierownictwo państwowych spółek pobiera wynagrodzenia sięgające nawet około 70 tysięcy złotych( znaleźli sobie ludzie Tuska kolejne koryto) miesięcznie. Jeżeli ktoś zarządza majątkiem o strategicznym znaczeniu dla państwa i otrzymuje takie pieniądze, powinien być gotów odpowiedzieć na każde pytanie opinii publicznej. Wysokie wynagrodzenie oznacza również wysoką odpowiedzialność.
Najgorsze jest jednak coś innego. Zamiast rozmawiać o bezpieczeństwie Polski, znowu dzielimy się na dwa polityczne plemiona. Jedni klaszczą, drudzy wyśmiewają, a sprawa o ogromnym znaczeniu schodzi na dalszy plan. To bardzo wygodne dla tych, którzy nie chcą niczego wyjaśniać.
Nie twierdzę, że wszystkie obawy protestujących okażą się uzasadnione. Twierdzę natomiast, że państwo ma obowiązek rozwiać wszelkie wątpliwości. Jeżeli chodzi o strategiczne rezerwy paliw, nie może być miejsca na niedomówienia, domysły i półprawdy.
Bo bezpieczeństwo Polski nie jest własnością żadnej partii. Jest dobrem wspólnym. A kiedy wokół tak ważnej infrastruktury pojawia się tyle znaków zapytania, obowiązkiem każdego odpowiedzialnego rządu jest udzielić jasnych odpowiedzi, zamiast oczekiwać, że obywatele po prostu uwierzą na słowo i będzie można po cichu wyprzedawać polskie strategiczne zaklady. Pamiętacie jak padło w stronę Tuska z mównicy sejmowej zdanie: ,,pan jest niemieckim agentem”? Macie wątpliwości?