Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce (według jednych dynamiczny, a według innych patologiczny) doprowadził do sytuacji, w której niemożliwe stało się pełne finansowanie działalności badawczej tego sektora przez państwo. Co więcej, uznano, że nie warto tego robić, gdyż poziom prac naukowych prowadzonych w wielu zakamarkach uczelni i szkół wyższych jest zastraszająco niski i szkoda na to marnować pieniędzy polskich podatników. Zaczęto też naśladować, w sposób mniej lub bardziej udany, system finansowania badań naukowych w krajach, które znajdują się pod tym względem w światowej czołówce. Wszystko to sprawiło, że polscy uczeni znaleźli się w całkiem nowej rzeczywistości grantowej, która stała się dla nich swoistym „nowym wspaniałym światem”. Owa rzeczywistość przerodziła się wkrótce, dzięki połączonym siłom rozmaitych politykierów i słowiańskiej braci urzędniczej, często zdalnie sterowanej przez absurdalne unijne dyrektywy, w świat kolorowych grantowych jarmarków.
Powstały dwa całkiem potężne stacjonarne jarmarki w Krakowie i Warszawie, a mianowicie Narodowe Centrum Nauki i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, oraz sporo jarmarków doraźnych i sezonowych skupionych głównie wokół Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (celowo pomijam tu Fundację na rzecz Nauki Polskiej, która jest instytucją pozarządową i póki co ma stosunkowo niewiele jarmarczno-biurokratycznych cech). Te jarmarki naukowe zajmują się rozdziałem środków na badania w różnych konkursach, których jedynymi powtarzającymi się cechami są pretensjonalne nazewnictwo, szumne opisy oraz splątany gąszcz reguł i zastrzeżeń. Na najbardziej wytrwałych, którzy się z tym wszystkim uporają i zostaną odpowiednio wysoko ocenieni czekają rozmaite, parafrazując słowa popularnej niegdyś piosenki, blaszane zegarki, pierzaste koguciki, baloniki na druciku, motyle drewniane, koniki bujane, cukrowe waty oraz chatki z pierników (które tak naprawdę okazują się często całkiem solidnymi chatami dla pierników – domyślności czytelników pozostawiam rozwinięcie tej politycznie niepoprawnej metafory).
Co decyduje o tym, że spore środki finansowe przeznaczone na wszystkie te konkursy i mrówcze zabiegi obsługujących je osób prowadzą do tak kiepskich i tandetnych rezultatów? Składa się na to kilka czynników, wśród których należy wymienić doraźność, modę, osobliwy imperializm i szczególnego rodzaju klientelę owych naukowych jarmarków.
Dobrze wiadomo, że infrastruktura badawcza w Polsce jest kiepska. Półki biblioteczne świecą pustkami albo są zapełnione pożółkłymi pozycjami z czasów siermiężnego PRL-u, elektroniczne bazy czasopism i książek nawet w najlepszych polskich uczelniach są dostępne tylko w niewielkim stopniu, aparatura badawcza jest przestarzała, a budynki szkół wyższych i instytutów badawczych są niejednokrotnie ciasne i zaniedbane. Radykalna poprawa tej infrastruktury wymaga potężnego zastrzyku stałego finansowania, a nie doraźnych i tymczasowych grantów, które temu czy innemu badaczowi i członkom jego zespołu pozwolą na kilkuletni dostęp do baz publikacji elektronicznych, zagraniczne kwerendy biblioteczne, wyjazdy konferencyjne czy zakup nowoczesnej aparatury. Warto też wspomnieć o palącej potrzebie stworzenia pełnej elektronicznej polskiej bibliografii naukowej i digitalizacji zbiorów Biblioteki Narodowej, której żaden doraźny projekt badawczy nie jest w stanie zapewnić. W tym zakresie zasoby badawcze polskiej nauki i kultury mają przynajmniej pół wieku opóźnienia.
Jarmarki grantowe ulegają w stopniu znacznie większym niż stałe instytucje badawcze rozmaitym modom i powiewom poprawności politycznej. Zabiegają też o efektowne sukcesy za wszelką cenę i właściwy odbiór społeczny. Mówiąc językiem dzisiejszej młodzieży, chcą być trendy, sexy i cool. Powoduje to preferowanie badań – często bez patrzenia na ich rzeczywistą wartość – w których deklaruje się, że są inter- i transdyscyplinarne, ustalają neuronalne podstawy (prawie) wszystkiego, doprowadzają do złagodzenia konfliktów społecznych, przyczynią się do zwiększenia tolerancji w świecie i aktywizacji zawodowej osób starszych itp. Nikogo zatem nie zaskoczy, kiedy w Narodowym Programie Rozwoju Humanistyki finansowanie uzyska bardzo kosztowny projekt opracowania wielotomowego słownika polskiej wielokulturowości, a Narodowe Centrum Nauki przeznaczy kilka milionów na międzynarodowe porównawcze badania nad neuronalnymi korelatami muzyki hip-hop i disco polo. Rzecz jasna, są to przykłady wymyślone, lecz ich absurd nie jest mniejszy od wielu projektów, które faktycznie zyskały lub zyskają finansowanie.
W procedurze oceniana wniosków badawczych niepodzielnie króluje osobliwy imperializm i dosyć frywolne przekraczanie granic. Uznano bowiem, że wszystkie nauki powinny się stosować do jednego wzorca, który w istocie rzeczy jest narzucany przez tych silniejszych i liczniejszych (zwłaszcza w tzw. interdyscyplinarnych panelach oceniających, czyli w megastoiskach, gdzie przy odrobinie szczęścia i sprytu można zaopatrzyć się w produkty „wypasione”, a nie tylko w baloniki na druciku i cukrową watę). Częste jest też ocenianie wniosku badawczego z jednej dyscypliny przez przedstawicieli innych dyscyplin, w rezultacie czego z takich ocen wyziera zwykła ignorancja, której nie jest nawet w stanie zasłonić unoszący się nad wszystkim gryzący dym rzekomej interdyscyplinarności.
Taki stan rzeczy powoduje, że kolorowe jarmarki grantowe przyciągają szczególnego rodzaju klientelę. Nie składa się ona wyłącznie – wbrew górnolotnym zapowiedziom – z najlepszych i najbardziej aktywnych uczonych, lecz w dużej mierze z tzw. grantersów (czyli z blokersów świata akademickiego). Na ogół dosyć cynicznie podchodzą oni do uprawiania nauki i uważają, że skoro rozdawane są środki na badania, to trzeba z nich korzystać, bez względu na przekonanie o sensowności i celowości tego, co zamierza się zbadać. Wystarczy tylko dobrze zorientować się w gąszczu dyrektyw, rozeznać się w priorytetach tych, którzy ogłosili konkursy, odpowiednio podrasować swój dotychczasowy dorobek, wcisnąć nieco modnego kitu w opisie projektu i w zasadzie można już powoli zacząć planować udział w konferencjach i wizyty studyjne w Uniwersytecie Hawajskim oraz w Uniwersytecie Południowego Pacyfiku (jeśli ktoś ma upodobanie do bardziej umiarkowanego klimatu może wybrać uniwersytety południowej części Nowej Zelandii).
Należy raczej wątpić, że nowy wspaniały świat grantowych jarmarków zniknie kiedyś z polskiego życia naukowego. Gdyby jednak tak się stało, to tylko najbardziej pomysłowym i nieustępliwym grantersom byłoby go żal. W tej sytuacji, wzorem Johna Lennona, pozostaje nam tylko pomarzyć. Wyobraźmy sobie, że odjechały w siną dal hałaśliwe jarmarki grantowe i nie trzeba się bać, że nie spełni się warunków konkursowych i nie jest się dostatecznie trendy, sexy i cool. Wyobraźmy sobie, że biblioteki uniwersyteckie kupują wszystkie potrzebne nam książki i regularnie opłacają dostęp do baz danych, a szkoły wyższe i instytuty badawcze dbają o wyposażenie laboratoriów. Wyobraźmy sobie, że co kilka lat pracownicy naukowo-dydaktyczni mogą skorzystać z płatnego rocznego urlopu naukowego w celu szybszej realizacji prowadzonych przez siebie badań. Wyobraźmy sobie, że są nowe etaty dla osób broniących z wyróżnieniem doktoraty. Być może dla ministerialnych urzędników i innych decydentów jest to niepoprawne marzycielstwo. Jednakże dla wielu osób, które naukę polską tworzą, są to konieczne warunki jej przetrwania i rozwoju.
Autor: prof. dr hab. Tadeusz Szubka
Filozof, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego. Profesor zwyczajny w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Zastępca przewodniczącego Komitetu Nauk Filozoficznych PAN, a także członek Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów oraz Rady Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Prowadził badania w wielu uznanych instytucjach w Europie, USA i Australii. Szubka jest też dożywotnim członkiem Clare Hall Cambridge, który wchodzi w skład University of Cambridge. Interesuje się filozofią analityczną, pragmatyzmem, metafizyką, filozofią języka i umysłu, epistemologią oraz metodologią filozofii.
Artykuł pierwotnie opublikowano w Przegląd Uniwersytecki (http://www.przeglad.usz.edu.pl/).
Zostaw komentarz