[Dzienniki zafroncia, dzień 324, rozmowy z Tymoteuszem. Sołedar]
– A o czym mówicie – zapytałeś pakując pampucha w kałużę ulubionego jogurtu na talerzu.
– O książce, którą właśnie przeczytałem. – odpowiedziałem ogólnie, mając nadzieję, że nie rozwiniemy tematu.
– A czym była?
– Opowiadała o życiu pewnego Fina, który walczył za swój kraj, za Finlandię.
– Bo ja wczoraj – powiedziałeś patrząc w jogurt – sobie oglondałem tą twoja książkę i tam był taki pan z bardzo krzywą buzią.
No cóż, trzeba było uważać jak mawiał Kwinto, pomyślałem, ale co zrobić. Nie wolno człowiekowi lat sześć wciskać ściemy, zresztą ten młody człowiek przywykł, że u taty nie ma ściemy, jak tata mówi, że będzie bolało, to tak będzie, a jak nie, to nie.
– Tak – podjąłem temat – ten człowiek nazywał się Simo Häyhä i był snajperem, no i walczył bardzo dzielnie i skutecznie, ale jak to na wojnie, raz ty kogoś, potem ktoś ciebie no i został trafiony w twarz.
– A czym?
– No taką kulą, która połamała mu wszystkie kości z jednej strony i nawet koledzy myśleli, że Simo nie żyje tak strasznie wyglądał ale zawieźli go saniami do punktu opatrunkowego i okazało się, że żyje i uratowali go, ale buzię miał już krzywą do końca życia, znajomi z trudem rozumieli co mówi, trzeba było się kilka razy zapytać.
– A długo potem żył?
– No właśnie prawie sto lat, ale już nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci, żył sobie w lesie tak jak wcześniej, hodował pieski, polował.
– To on nie był żołnierzem wcześniej?
– A wiesz synku to nie jest takie proste czy był czy nie był. No nie był całe życie, ale w Finlandii w tamtym czasie było mało ludzi, dużo lasów i to było dla nich normalne że mają broń, że muszą czasem zapolować, żeby mieć mięso, skóry i Finowie dużo polowali, umieli poruszać się po lesie, często bez mapy, o nawigacji w komórce nikt nie słyszał, bo i telefonów prawie nie było, a do tego Finlandia była biedna.
Na chwile umilkłeś, popatrzyłeś w przestrzeń jak zawsze kiedy układasz sobie w głowie nowe dane o świecie. Masz świetną pamięć, kojarzysz fakty, już to wiemy.
Kiedyś bąknąłem coś o Napoleonie, że to był taki wielki wojownik, niezwykła postać. Zdaje się, że zapytałeś mnie rano o czym oglądaliśmy film wieczorem, kiedy ty zasypiałeś przy otwartych drzwiach, bo coś słyszałeś. I musiałem ci powiedzieć, że to był film o życiu Napoleona Bonaparte.
I przypomniałem sobie nawet wtedy, że kiedy raz w życiu byłem w Paryżu to nie Luwr z obrazami, nie Wieża Eiffla czy Katedra Notre Dame zrobiła na mnie największe wrażenie, nie po to tam przyjechałem, ale po to żeby zobaczyć sarkofag Napoleona.
No i potem, po jakichś trzech tygodniach od tej opowieści o Napoleonie – śpiewałem pod nosem piosenkę o szarej piechocie, czekając aż mama się wyszykuje i wyjdzie z nami na spacer, a ty zapytałeś o tę piechotę i czemu jest szara i dlaczego taka smutna ta piosenka i opowiadałem ci o tamtych legionach, o tym jak tych legionistów wielcy tego świata oszukiwali, i że już Napoleon miał więcej klasy, chociaż też nie był świętym Mikołajem tylko strategiem i też umiał okłamywać, wystawiać do wiatru, no ale raz okłamał, drugim razem jednak coś dał tej znękanej Polsce i Polakom.
– Pamiętam – powiedziałeś, kiedy już dreptaliśmy Brzozową w stronę Wrocławskiej – to był ten dowódca, co potrafił powiedzieć „za mną” zamiast „naprzód” do swoich żołnierzy i oni go za to szanowali.
– Tak, to ten sam. – powiedziałem po przerwie na zapowietrzenie się – był cesarzem, ale jak było bardzo źle to potrafił wziąć karabin jak zwykły żołnierz, stanąć na czele i pójść z nimi w dym.
I my niby wiemy, z kim mamy w Twojej osobie do czynienia, ale to są te momenty, kiedy jednak na chwilę następuje rodzicielska dezorientacja.
Mnie różnicę między tym, kto rzuca w ognistej łaźni komendę „za mną”, a tym kto drze się „naprzód” tłumaczył chłopak z misji, bynajmniej nie katolickiej, w pociągu, kiedy miałem ze trzydzieści lat i dopiero załapałem, że to jednak jest różnica w charyzmacie oficerskim.
A Ty załapałeś już, teraz.
Zatem zeszło nam wtedy na odwagę, na to, że nikt tak do końca nie wie czy jest tchórzem, dopóki się nie sprawdzi, bo nie da się wymyślić swojej reakcji na zapas.
Jakiś tchórz na co dzień okazuje się bohaterem, osiłek robi w gacie, bywa różnie i nikt nie wie dlaczego tak, a nie inaczej. Psychologia niewiele ma do powiedzenia na temat mechanizmów heroizmu. Tego wielkiego i tego małego.
Także teraz patrzyłeś ponad talerzem z pampuchem i jogurtem, mijały sekundy, nawet nie minuty, a ja orientowałem się gdzie jesteśmy z ta rozmową, co mamy w tle.
W tle Ukraina traciła pozycje w Sołedarze, oblazły go mrowia, tamci z lewej, prawej, setkami, mówią tysiącami, aż się kojarzył po raz nie wiem który Mickiewicz.
„Przeciw nim sterczy biała, wąska, niczym w stali kuta,
Jak głaz, bodzący morze, Sołedaru reduta .
Sześć tylko miała harmat. Wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.
Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;
Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci
I ogromna łysina śród kolumny świeci.”
Mało wiadomości pewnych, sprzeczne komunikaty, a my tutaj o rozmawiamy o Simo, Finlandii. Ale wszystko gra, mnie się tamta Finlandia tak rymuje z Ukrainą, nic nie poradzę.
No i w końcu przerwałeś milczenie, jasny chłopczyku, bo chyba mama zwróciła ci uwagę, że jeść jednak trzeba.
– A kto ich napadł, no wiesz, wtedy kiedy ten pan poszedł na wojnę?
– Rosja, synku, tylko inaczej się nazywała wtedy, ale to była Rosja.
Spojrzałeś na mnie na chwilę i w twoich oczach zobaczyłem jakiś rodzaj zdziwienia, smutku, że to znowu ta rosja.
– Ale jak ta Finlandia była taka biedna to po co oni ją napadli?
– Wiesz, zła nie da się wytłumaczyć tak do końca, że ono dzieje się po coś, że jest za tym jakiś sens. No rosjanie uważali, że Finlandia jest ich, że im się należy, że chcą nad nią panować, nie po to żeby coś mieć, ale czuć władzę…
– … ale dziwne – uśmiechnąłeś się zjadając ostatni kęs pampucha – po co im biedna Finlandia… To tak jak teraz z Ukrainą?
– Tak – odpowiedziałem – trochę tak jak teraz z Ukrainą, też Rosja ich napadła i też nie ma w tym wielkiego sensu ani rozumu, a ludzie giną, strzelają do siebie, dzieci tracą tatusiów.
Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć, że zdarza się, że same są obiektem gwałtów, porwań, tortur jak Buczy, Izjum, Chersoniu, celem dla kierowanych pocisków „Kalibr” jak w Winnicy. Są granice otwartości, nawet w naszych rozmowach. Tego ci jednak tym razem nie opowiem.
– A Simo strzelał do nich?
– Tak, Simo strzelał, dużo strzelał i dobrze strzelał…
– A dlaczego? On ich nienawidził?
– No właśnie często mówił, że wcale nie. Walczył. Strzelał bo uważał, że nie ma innego wyjścia. Nie wybierał sobie życia na wojnie, ale skoro przyszedł wróg zabrać mu jego kraj, jego miejsce do życia i jego rodaków, to wziął karabin i poszedł zabijać. Bo on był snajperem, czyli strzelał, ale nie tak o w ogólnym kierunku tylko tak żeby zawsze trafić. I najczęściej zabić. Dlatego żołnierze nie lubią snajperów, chociaż lubią mieć ich ochronę jak idą na patrol, lubią wiedzieć, że tam pilnuje terenu ktoś kto będzie ich osłaniał i nie zadrży mu palec na spuście. Także tak, Simo dużo strzelał.
– I trafiał?
– Prawie zawsze. Ktoś policzył że oddał wiesz ile? Pięćset czterdzieści dwa celne strzały w trzy miesiące. Więcej niż jakikolwiek snajper, kiedykolwiek. A myślał tylko o tym, żeby wykonać zadanie, wesprzeć kolegów, tu i teraz, dzień po dniu, przez 98 dni. A wiesz co robił, żeby go nikt nie widział w śniegu?
– Nie…
– Jak leżał w tym śniegu i czekał na okazję do strzału to jeszcze trzymał w buzi śnieg, żeby mu chłodził język, żeby nie zdradziła go para wodna przy oddechu, był w tym co robił bardzo dobry.
– A oni wygrali, wiesz, ci Fińczycy?
– Przetrwali. Musieli oddać kawałek swojego kraju, ale nie wpadli pod rosyjskie panowanie. Simo nic o tym nie wiedział bo leżał w szpitalu, nieprzytomny po tej ranie.
– Tatooo – wiedziałem, że po tej inkantacji nastąpi jakieś trudne pytanie.
– No… mów…
– A jak będzie wojna, to co wtedy?
– Mówiłem ci synku, że tak długo, jak Ukraina walczy – wojny prawie na sto procent nie będzie. Ale trzeba zawsze pamiętać, że to właśnie dzięki Ukrainie i jej walce.
– Ale jakby byłaś wojna to cooo?
– To powiem ci co. Po pierwsze bym poprosił Mamę, żeby zabrała Ciebie i Niunię do mojego przyjaciela do Berlina. On ma tam duży dom, jesteśmy dogadani na wszelki wypadek, on o tym wie. I byście byli tam właśnie, myślę że raczej bezpieczni.
– A ty?
– A ja bym został.
– Ale żeby buc jak Simo?
– Nie, nie ma szans, jestem starszy od Simo, nie umiem tak strzelać jak Simo i w ogóle myślę, że nikt by mnie w wojsku z moim zdrowiem nie potrzebował, ale jak jest wojna to z ludzi wychodzą różne rzeczy, pamiętasz jak rozmawialiśmy o tym, że…
– Że co innego mówić że się nie boję węży, a co innego jak się ma żmiję na bucie! – wystrzeliłeś zadowolony, że skojarzyłeś, zanim tat skończył zdanie.
– No właśnie, ludzie na przykład okradają sąsiadów jak ie widzą nikogo w domu, więc dobrze jest jak ktoś zostaje pilnować naszego miejsca na ziemi. To bardziej o to by chodziło.
– A byś się bał?
– To jak z tą żmiją na bucie, teraz ci powiem, że taki jest plan, a jakby przyszło co do czego, to przecież nie wiem jakbym się zachowywał. Nikt nigdy nie wie, dopóki się nie sprawdzi. Bo to się po to też żyje, nie? Żeby sobie czasem sprawdzić kim się jest?
– No – powiedziałeś. Talerz był pusty. Za oknem robiło się coraz ciemniej.
Dwa tysiące kilometrów za naszymi plecami mieszały się powietrzu komunikaty, harczały mikrofony krótkofalówek, huk, dym.
Sołedar upadł, Sołedar nadal walczy.
„Gdzież ręczna broń? — Ach, dzisiaj pracowała więcéj,
Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcéj!
Zgadłem, dlaczego milczy, — bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Żołnierz, jako młyn palny, nabija — grzmi — kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła — i żołnierz pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;
Upuścił ją i upadł; nim dobiją, skona!…
Takem myślił, — a w szaniec nieprzyjaciół kupa
Już lazła, jak robactwo na świeżego trupa. ”
Losy się ważą.
Jeszcze myśmy nie umarli,
póki oni żyją.
Соледар,
Соледар.
#Listy_do_Tymoteusza
#Dzienniki_zafroncia
*(kawałek zawiera dwa fragmenty wiersza Adama Mickiewicza „Reduta Ordona” przy czym jeden fragment pozwoliłem sobie przekręcić, ale chyba rytmy i rymy grają).
Dziękuję też za wspieranie mojego tutaj pisania poprzez wirtualne kawy w serwisie buycofee.to. Dziękuję za wszelkie objawy sympatii – lajki, udostępnienia, komentarze oraz – a jakże – wirtualną kawę postawioną tu i tam na buycoffe.to – link tutaj.
Póki co ciągle zachęcam do wsparcia zbiórki BBożydar Pająk Ważny jest tyleż grosz, co podrzucanie linków do zbiórki gdzie kto może – wykop, tik-tok, twitter, telegram, sam już nie wiem.
Dzisiaj tradycyjnie wrzucam zbiórkę na batalion medyczny (link tutaj) Медичний Добровольчий Батальйон Госпітальєри • Hospitallers Paramedics
– zbiórkę Bożydar Pająka na helikoptery ewakuacji medycznej (link tutaj).
Trzymajcie się!
Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.
Autor: Radosław Wiśniewski
Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.
Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74
Zostaw komentarz