Dalszy ciag wspomnień z Bułgarii.

Zawieziono nas do Primorska. Nie tylko nas. Takze dziennikarzy z róznych krajów. Ale wyłacznie z tzw. „bloku”, bo o kontaktach z dziennikarzami krajów Zachodu wciaz (mimo, ze juz była Solidarnośc) mowy nie było. Jechalismy pociagiem, ale jakos tak porozmieszczano tych „blokowców”, ze kontaktu miedzy nimi nie było.

A w Primorsku? Też nie za bardzo. Umieszczono nas w betonowych bunkrach, zimnych i wilgotnych. Mysle, ze nawet Eskimosi czuja sie znacznie lepiej w swoich igloo i ich iglla były o wiele bardziej przytulne. Sanitariat byl gdzies pomiedzy tymi bunkrami, z zimna woda i całkiem publiczny. Widocznie socjalistyczna bułgarska władza chciała miec oko nawet na gosci Primorska podczas mycia i robienia kupki. No wiec wiekszośc siusiała przy bunkrach, zwłaszcza w nocy, wiec fetor był nie tyle nie do opisania, bo opisać sie go by dało, ale trudny do zniesienia.

Na plazy wydzielono sektory. Kazdy „blok” miał własny sektor , oznaczony sznurami i nie wolno było za sznury sie przedostawać. Murów jednak nie było. Z jednej strony graniczylismy z kolegami dziennikarzami z Kraju Rad, ale oni , na 'w razie czego” odsuwali sie od dzielacego nas sznura, zeby byc poza wszelkim podejrzeniem. Latwo ich bylo rozpoznac. Bo panowie w innych blokach nosili juz kapielówki mniej wiecej normalne, a oni – tradycyjnie – dynamówy. Panie tez bez zadnych dwuczęściowych strojów, ale najprzyzwoiciej – nosiły jednoczęściowe z nalezytymu , do pół uda, nogawkami i niewielkim dekoltem. Nie było u nich w sektorze nazbyt pieknie, ale bardzo przyzwoicie. Nie pamietam, kogo mielismy po swojej prawej stronie sznurów.

Moze nikogo? Albo Węgrów, bo oni tez juz byli nadpsuci ideologicznie wiec nie wydawalismy sie dla nich zbytnimi szkodnikami.

Kontakty miedzy polskimi solidaruchami, a ciekawymi naszej ideologicznej nieprawosci innymi „blokami” nawiazywały sie w morzu. Z naszymi samizdatami , ulotkami i papierowymi gagetami nie dalo sie wchodzic zbyt głeboko. Ale i tak panowie z innych ciekawych , co sie tez u nas, w „tej Polsce” wyprawia, jakos dyskretnie pakowali sobie owe samizdaty w kapielówki , a panie do staników. I wychodzili z wody o wiele bardziej seksowni w podbrzuszach i biustach niz do niej wchodzili. Ci w dynamówach omijali na wszelki wypadek wszystkich z daleka i od razu, jeszcze na płyciznie zanurzali się, zeby podejrzenia nie było.

Nad plaża zlocil sie w slońcu posąg najwiekszego komunisty Bułgarii, chyba Dymitrow mu bylo. Był ogromny i zlocisty, a w brzuchu miał jakies ustrojstwo, które było jak nasz hejnał mariacki. O dwunastej w południe grało – nie pamietam – bułgarski hymn czy moze miedzynarodówke?

Rosjanie na wszeli sluczaj wstawali, słuchajac tego komunistycznego brzuchograjca. Reszta bloków ostentacyjnie lezała na piasku, co było bardzo gorszace, ale juz czulo sie nadchodzacy powiew wolnosci. Z tego ostentacyjnego lezenia na piasku, kiedy zloty posag Dymitrowa wygrywał swoja pozytywke.

Posiłki wydawane były w sposób dla osób tak malo pojetnych jak ja, całkiem nie do ogarniecia. Owszem – kawę zbozową potrafiłam nalać do wyszczerbionego kubka, bo ta kawa ciekła z kranów zainstalowanych w scianie. Ale zeby dostać talerz i sztucće nalezalo w specjalnym okienku oddac swój paszport. W zamian otrzymywało sie blaszany numerek. Blaszny numerek oddawalo się w innym okienku i za blaszany numerek otrzymywalo się talerz , nóz i widelec. Połaczone ze soba. Czyli niezbednik. A oddzielna była aluminiowa łyzka. Z tym wyposażeniem szlo się do bufetu, gdzie dostawalo się jakis gulasz czy inne specjalite de la maison tamtejszej kuchni.

Nie bylo może pysznie i wytwornie, ale nie bylo alternatywy. Zadnej innej restauracji, baru czy czegos podobnego w pobliżu nie było. No i wszystko byloby jesli nie swietnie, to jako tako do chwili, kiedy otarłszy usta dlonia (serwetek „nia ma”), zostawiłam na stole talerz i sztućce, całkiem jakbym była w polskiej restauracji. I wesoło, jak chińska dziewczynka z wierszyku o Stalinie, pobiegłam na plażę.

No i zaczęło sie. Byłam w Bułgarii, ale bez paszportu! Czyli jakby mnie nie było! No i podejrzana o zabór mienia państwowego jakim były aluminiowe sztućce oraz talerz. Co to sie działo! Kierownik naszej ekipy i dwóch swiadków musialo udać sie do jakiegos zarzadcy – nawet nie kuchni, ale kampusu, aby zaswiadczyc o tym, ze ja nadal istnieję i że tylko przez zapomnienie, a nie zlodziajski instynkt itd. Potrzebna była łapówka, na którą solidarnie zlozyli sie moi koledzy. Dzieki lapówce odzyskałam paszport, ale dobre imie juz nie.

Jedyna dobrą strona pobytu w Primorsku był strach tamtejszej władzy przed Solidarnoscia. Którą – jak sie wydaje – traktowano tak, jak sycylijską lub korsykańską mafie, albo nawet organizację terrorystyczną. Kiedy wiec po dwóch dniach spedzonych w bunkrach zażadalismy lepszego zakwaterowania, grożac strajkiem – natychmiast przeniesiono nas do hotelu. Nie był pieciogwiazdkowy, pokoje były piecioosobowe , ale bylo slonecznie, czysto, no i były – wprawdzie na korytarzu, ale normalne, a nawet wykafelkowane- łazienki i wucety. Sama rozkosz.

Drugą dobrą stroną naszej przynaleznosci do Solidarnosci, manifestowanej znaczkami przypiętymi do sukienek i koszul, było zwolnienie nas od codziennych zebrań, na których poszczególne „bloki” wygłaszały przygotowane wcześniej referaty. O czym?

Tego nie wiem, bo nikt z moich kolegów na takim obowiazkowym codziennym pateitagu nie był. Ale i my referat mielismy przygotowany. O tym „Jak powstała „Solidarność”.

Źródło fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.