Dopiero kiedy odjechaliśmy od Działoszyc na kilka kilometrów zorientowałem się, że przecież byliśmy na zapleczu wojsk rosyjskich idących stłumić Powstanie Kościuszki. Z Działoszyc Tormasow poszedł już prosto na Racławice. Zupełnie zapomniałem. Racławice! Tam się Tormasow nadział na kosy, które ten jeden z nielicznych razów miały okazać się zabójczo skuteczne. Coś jeszcze świtało we łbie, żeby może zatrzymać, zawrócić, się rozejrzeć, ale nie, jedźmy już do Miechowa. Może tam coś będzie.

O Miechowie pisał już w 1946 roku Mordechaj Canin w reportażach „Przez ruiny i zgliszcza”. Ale tak dla jasności – mój pierwszy wyjazd śladami sztetli nie był inspirowany Caninem, bo jeszcze nie miałem go wczesnym latem 2019 roku, w rękach. Dorwałem go dopiero jesienią i przeczytałem na jednym oddechu, rozpoznając w jego podróży fragmenty mojej podróży i pomimo upływu lat – rozpoznając też te same uczucia, ten sam zdławiony lament, chociaz on był Żydem, a ja jestem Polakiem.

Ale Miechów to też nieudana w wykonaniu i nie najlepiej zaplanowana bitwa z Powstania Styczniowego. Tego powstania w którym naród się chociaż cześciowo rozpoznał, zaprojektował i zginął.

Zatem powiedziałem, pojedźmy tam, chociaż na kawę, na chwilę, zobaczmy jak wygląda, posłuchamy, co mówią ludzie na rynku, czy jest jakiś pomnik powstańczy, krzyż, jeżeli muzeum, tonie damy rady, bo czas zaczynał pomału gonić, mimo że wyruszyliśmy przecież wcześnie rano. No ale może pomnik, park, synagoga.

Przed wojną na dziesięciu mieszkańców Miechowa, czterech było Żydami. W roku 1921 według spisu było w Miechowie 2707 Żydów, osiem lat później 3500. Jak w wielu miasteczkach – należały do nich domy przy rynku, sklepy, rzemiosło, niewielkie wytwórstwo. To się nie brało znikąd. Żydom, mimo wielu nadawanym im przywilejom nie wolno było posiadać ziemi. Ich energia zatem szła z pokolenia na pokolenie w to, co mogli robić, w to, dla czego ich sprowadzano do dóbr, majątków. To oni stanowili żywotne części społeczności miejskich. Miasta rozwijały się wtedy gdy ktoś zaczynał świadczyć usługi, gdy zaczynała się produkcja inna niż rolna, chociaż często ściśle z rolnictwem związana. I gdyby dla kogo te usługi świadczyć.

W czasie wojny do Miechowa Niemcy zwozili Żydów z okolicy, chociażby częściowo z przepełnionych Działoszyc, a stamtąd w brutalnych deportacjach – wywozili do Bełżca. W czasie tych akcji nazywanych „wysiedleniem” podobno miasto było obstawiane przez polskich „junaków”, jak Canin nazywa pomocniczą służbę budowlaną, do której wcielano polską młodzież na terenach okupowanych czyli baudienst.

Canin pisze jednak o tym jakby była jedna akcja likwidacyjna, chociaż w rzeczywistości – jak wszędzie indziej – mord rozkładano na etapy, tak aby była pewność, że nie uchowa się nikt żywy, że nic z dóbr materialnych nie zostanie bezpańskie.

W mieście okazało się, że w rynku jest jeden pomnik wystawiony niejako zbiorczo wszystkim mieszkańcom walczącym o niepodległość, a także wszystkim, którzy zginęli w armiach zaborczych w latach pierwszej wojny światowej. O bitwie więcej można się dowiedzieć w Muzeum, którego niestety nie mamy już czasu zwiedzić. Siadamy w jednym z lokali wokół rynku, za szybą plakat wzywający do Zakopanego na modlitewną walkę o błogosławieństwo dla Polski. Na plakacie matkobosko pod flagą białoczerwoną. Rozmawiamy trochę. Canin na stole, otwieram czytam, Małgosia mówi, żebym opowiedział co tam wyczytałem, ale mówię, dobra potem. Jesteśmy w lokalu sami, a ja nie wiem co może myśleć właściciel, skądinąd wyglądający na miłego, zachowujący się miło i podający dobrą kawę. No bo ten plakat w oknie.

Po wyjściu mówię, że niestety, według informacji Canina mieszkańcy Miechowa oraz lokalny baudienst ochoczo pomagał przy wywózkach sąsiadów, zganiał ich z pól do miasteczka a gdy się ktoś opierał to bywały pobicia, w tym pobicia na śmierć. Nie wiem ile prawdy jest w tej opowieści. Canin miał dobry wygląd, nie miał akcentu, często podawał się za „anglika”, bo świetnie władał angielskim. Polacy opowiadali mu to, co chcieli powiedzieć obcemu, nie podejrzewali, że to Żyd ich pyta o wojenne dzieje. Ale jeździł zaraz po wojnie, w wielu sprawach się omylił, przeszacował nie raz i nie dwa liczebności przedwojennych społeczności, liczbie ofiar, czasem mylił daty dzienne wysiedleń, pogromów.

Niestety wszystkie te nieścisłości nie podważały jednak jednego – powszechnego mniej lub bardziej entuzjastycznego współsprawstwa miejscowych społeczności w zbrodni. Nawet jeżeli wspólnictwo polegało na tym, że po odejściu i śmierci sąsiadów rabowało się dobytek, zajmowało domy, warsztaty, zakłady, zakładziki pracy.

Po trzech latach i kilku wyprawach do szlakiem sztetli, skupisk, dla których obecność Żydów była kluczowa, w których dziury po zamordowanych do dzisiaj są nie do załatania widzę też, że jest pewna prawidłowość, która mnie nie dziwi, bo wydaje się prosta.

Możesz w zasadzie nie pytać i nie czytać nic o tym jak skończyła się historia żydowskiej społeczności w danym miejscu. Opowie ci o tym ziemia, pejzaż, ściany domów. Z nich dowiesz się w zarysach jak to było. Bo morderca dotarł wszędzie, kaci nigdzie nie pozostali bezrobotnymi, ale tam gdzie nie trafili na gotowość do współudziału byli sąsiedzi, potomkowie sąsiadów nie mają problemu z uczczeniem tych, których zabrakło, zachowaniem resztek ich obecności. Tam też tablicę – jeżeli jest – funduje miejscowa społeczność, bez względu na sympatie polityczne i koneksje partyjne, tam można zrobić festiwal czulentu, tam każdy wie, gdzie mieszka ten człowiek, który ma klucze do synagogi, do ohelu, do kirkutu. Tam bywa, że postawi się w oknach domu, czy sklepu zdjęcia z epoki, tak żeby było tak jakby jednak żyli, żeby był ślad, że byli i nie zapomnieliśmy, że miasto, miasteczko, wioska była dobrem wspólnym. A to dobro było najczęściej wspólną biedą.

Tam gdzie bywało inaczej – pomniki, tablice wystawia obca ręka. Fundacja, ziomkostwo z Izraela, albo USA, bywa że z pomocą instytucji centralnej. I idziesz przez miasto, miasteczko, zapytasz o coś, a ludzie patrzą na ciebie zdziwieni, że jak można pytać o Żydów w porządnym mieście. Czasem cmentarz wypchnięty gdzieś na przedmieście, zarośnięty, pusty, z wydeptaną ścieżką w naroże muru pełne butelek i puszek po piwie, a czasem i to nie, tylko zbita ściana pokrzyw, ostów, traw, samosiejek. Zapytasz o synagogę – nikt nie wie, o Mykwę – nie, nikt nic nie wie. Ale są, oczywiście, że tak. Zamienione na sklep, remizę, kawiarnię, tu i ówdzie we framudze domu nawet nikt nie zadbał o zaszpachlowanie wyrwy po mezuzie.

Nie wiem jak było w Miechowie. Co innego pisze Canin, co innego podają polskie materiały. Canin pisze o junakach i chłopach blokujących miasto w czasie likwidacji getta, ale są też relacje o burmistrzu, który wydawał polskie dowody osobiste, o organiście z kościoła, który wydał kilkaset metryk chrztu, żeby uratować kogo się da, wpadł i ukrywał się kolejne trzy lata. Canin dopisuje epilog, że po wojnie do Miechowa wróciło trzystu Żydów, ale większość uciekła dalej. Jak wiadomo po wojnie Żydzi czuli się bezpieczniej w okupowanych Niemczech niż Polsce gdzie trwała pełzająca wojna domowa, a ich powrotu do dawno zajętych domów, zakładów pracy, warsztatów nikt się nie spodziewał, a w każdym razie nikt sobie nie życzył.

Najlepiej sprawdzić cmentarz. Ślady po synagodze odcyfruję dopiero później, ślęcząc w pracy nad internetem. Ale kirkut jest zaznaczony na planie miasta nawet, podany jest adres. Wstukujemy w nawigację i jedziemy. Przedmieście zabudowane domkami jednorodzinnymi, wąskie uliczki planowane chyba w końcu lat 80-tych na mniejszą ilość samochodów, dwa się nie miną, ciasno. Chyba że nikt nie parkuje z boku, to wtedy jest miejsce na dwa samochody, ale gdzie teraz jest wolne miejsce od parkowania? Wszędzie parkują coraz większe samochody.

Dojeżdżamy. Dwa fragmenty muru, wzniesione tylko po to by zawisły na nim tablice pamiątkowe, w języku polskim, angielskim i hebrajskim, wokół zwykła siatka ogrodzeniowa, pomiędzy dwoma kawałkami nowego muru furtka prowadząca donikąd. Dwie ścieżki w gąszczu po pachy, pokrzywy, maliny, dzikie róże, samosiejki. Jedna na wprost, gdzie w narożu ogrodzenia dwa groby, dwóch rodzin zamordowanych 23 listopada 1942 roku w dniu ostatecznej likwidacji getta w Miechowie. Pod samosiejkami wzdłuż ścieżki wiodącej na prawo od furtki – spłachetek skoszonej trawy i przypadkowe naczynia z wodą, jakby dla zwierząt. Nic więcej. Gdyby przyjechał więcej niż jeden samochód – nie miałby gdzie stanąć. Ale po co miałby przyjeżdżać więcej niż jeden samochód do dwóch porośniętych pokrzywami grobów sześciu osób. Sześciu z niemal trzech tysięcy.

– I co? – pyta Małgoś
– Nic – odpowiadam – dwa groby, haszcze, trochę butelek, trochę psich gówien
– Wyprowadzają tam psy?
– Widocznie tak.

Nie zapominajcie podać dalej!D ziękuję też za taktyczne kawy. To pomaga trwać i daje mi samemu jakieś usprawiedliwienie przed sobą w związku z zaniedbywaniem spraw istotnych.

Dziękuje tez za każdą nadobniejszą nawet wpłatę na zbiórki, które udostępniam. Za każdą z nich stoją ludzie, którym ufam. Nic tam się nie marnuje.

Gdyby ktoś chciał postawić mi kawę w zamian za wykonaną robotę – link tutaj.

Trzymajcie się!

Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.

Autor: Radosław Wiśniewski  Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.

Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74