„W dniu, w którym otrzymałem zaproszenie do wzięcia udziału w dyskusji o przemocy, razy sypały się gęsto w wielu szkołach świata. Ojciec Łukasza C., zajrzawszy do podsuwanego przeze mnie dziennika, dopisał się do długiego szeregu wkurwionych ojców. Chłopak smarkał krwią.
Ja cię chyba zabiję. Dość mam tego wstydu. Dwa lata temu matka Łukasza C. musiała
wzywać pogotowie. Czuję ból w całym ciele, podskórne dzieciństwo. Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się, ty już wiesz za co. […]”
(Karol Maliszewski, „Wstyd. miasteczko górnicze czeka swojego końca”)
Od kilku dni myślę o swoim podskórnym dzieciństwie. Takim trochę jak z wiersza Karola, chociaż nie aż takim. Ale które znam dobrze. A ono zna mnie.
Myślę o tym, że wydaje plon obfity, chociażbym tego nie chciał.
Bo ja źle wspominam dzieciństwo.
Dużo lepiej lata liceum,
wtedy już nie byłem taki bezbronny, nie wyglądałem na takiego,
mniej się jąkałem, zacinałem, trafił się w końcu wuefista, z którym można było się dogadać.
Wuefista z którym można się dogadać. Brzmi jak oksymoron, ale są tacy.
Myślę nie tylko o sobie, ale o przemocy naszego dzieciństwa, o dniu powszednim w szkole, biciu linijką, wskaźnikiem od mapy tak żeby nie było śladów po rękach.
Myślę o przedszkolu i tych pierdolonych woreczkach z suszonym grochem na którym się klęczało twarzą do ściany z rękami do góry.
Do dzisiaj pamiętam jak się nazywała Pani Przedszkolanka, jak miała na imię. Wiesia. Pani Wiesia.
Nie pamiętam co jeszcze nam robiła, ale wiem, że była podobna do setek przedszkolanek swoich czasów.
Przedszkolanek, wychowawców kolonijnych, wuefistów, wuefistek, nauczycieli biologii, katechetów, sióstr zakonnych, babć, dziadków, wujków.
Bicie było normą. Bo taki był nasz mental.
Śpiewajmy razem
mental mental hare hare
Pamiętam fizyczny ból wykręconego ucha. Ucho długo po zwolnieniu uchwytu było czerwone, czasem puchło.
mental mental hare hare
Ale od bicia dużo gorszy był strach, poniżenie, poczucie bycia szmatą. Najgorsze były łzy, których nigdy nie dało się wypłakać. Bo jak cię ktoś bije, po jakimś czasie przestajesz płakać.
Uznajesz, że tak ma być i nie warto. Płacze się wtedy, kiedy dzieje się coś niezwykłego, a kiedy dorosły cie bije, to jest norma.
Bicie było normą. Nawet jeżeli nie zdarzało się w jednym czy drugim domu zbyt często, to przecież było normą.
mental mental hare hare
Biliśmy się między sobą, nas bili inni, którzy byli akurat silniejsi, a nas wszystkich tłukli mniej lub bardziej dorośli.
To było taką normą, że ciężko cokolwiek odpamiętać. Przywołać epizody. A już najmniej te, które dotyczą ciebie samego, samej.
Bo to poczucie bycia szmatą, śmieciem się wypiera, wypycha, byle dalej. Widzisz innych, których krzywdziłeś, nie widzisz, że sam zbierałeś wpierdol.
A potem puszczasz to zaklęte koło przyczyny i skutku, koło karmy, koło mentala w ruch i spuszczasz komuś wpierdol, jak nie fizyczny to mentalny, bo
taki mamy mental, polski mental, mental
hare hare
Była na warszawskim podwórku taka dziewczynka, która chodziła zawsze brudna, zasikana, czasem tylko w sukience, rodzice nie zakładali jej majtek bo i tak ciągle popuszczała.
Myśmy się z niej śmiali, że siksa i nikt nie chciał się z nią bawić.
Płakała, śmierdziała i sikała pod siebie.
Czasem się bawiła z młodszymi dziećmi w piaskownicy. Tym najmłodszym to nie przeszkadzało. Same sikały pod siebie.
I myśmy się z niej śmiali.
Banda małych bydlątek z dolnego Mokotowa.
Bo taki mieliśmy mental
mental mental hare hare
A mnie było głupio, ale nie umiałem jej przeprosić ani zrobić nic wbrew hordzie, więc po kryjomu raz zaniosłem jej zabawki pod drzwi mieszania, zadzwoniłem do dzrzwi i uciekłem.
Dzisiaj myślę, że ktoś ją musiał krzywdzić. Może ją ktoś bił w czterech ścianach, może ktoś ją gwałcił. Może za karę że się znowu zesikała ktoś ją wstawiał pod zimny prysznic. Może. To nie są pytania, to są stwierdzenia.
(Mental mental)
Jedna dziewczynka, której imienia ani nazwiska nie pamiętam.
Jedna, której winny jestem „przepraszam” i długie godziny wspólnego płaczu.
A nawet nie wiem czy żyje, czy nie zasiliła grona aniołków, których wyobrażeniami tak łatwo zasłania się rzeczywistość katowanych dzieci, poniżanych dzieci, gwałconych dzieci, bitych dzieci.
Aniołków wyobrażonych jak mali służący, lokaje tych wyszystowynagrdzających boziów, bogów, jezusków, którzy obojętnie patrzyli ze swoich wysokości jak ośmioletni Kamil ma łamaną rękę, jest obijany na twarzy, ale idzie brudny do szkoły, ciągnie bezwładną rękę i próbuje się uczyć.
Tylko po to, żeby kolejny raz zebrać wpierdol pod okiem obojętnej matki, oszczanego ze strachu rodzeństwa, żeby być polanym wrzątkiem, poparzyć się na węglowym piecu i leżeć piec dni bez pomocy pod tym piecem.
Morze nasze może, będziem ciebie wiernie strzec
mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie twoim lec,
pod piec, pod piec
– tak to się śpiewało na koloniach, przekręcając słowa.
Kamil legł pod piecem a cały tabun jezusków i świętych marysiek patrzył na niego i czekał tylko, aż zasili grono aniołków.
Pewnie to był już ten stan kiedy nie płaczesz. Te łzy są gdzieś w środku. Zbierają się w osierdziu, gdzieś w osoczu, w puchlinie.
I taka myśl gdzieś skrajem mojego mózgu, który podobno ma zapisane wszystkie razy, kiedy oberwałem, bo podobno możesz nie pamiętać, ale uderzenie w ciało odbija się odpowiednią blizną na mózgu, tam od uderzenia podobno obumiera jakaś struktura komórkowa, ktoś z dawnego kumpelstwa z roku na psychologii mi o tym mówił.
Ktoś jeszcze to pamięta? (Alicja Heyda? Małgorzata Wypych?)
Jaka myśl między bliznami, przyznajmy niezbyt licznymi w porównaniu do Kamila mi biegła?
Że ten cały jezusek to umierał na krzyżu kilka godzin. Niby to za grzechy całej ludzkości.
Kamil umierał wiele dni.
Bo człowieka nie jest łatwo zabić.
A dziecko to w ogóle trudno, bo jest młode, ma wielkie pokłady energii i woli przetrwania.
Kamil uciekał, Kamil pokazywał na sto sposobów, że dzieje się coś tak złego, co przekracza jego świat, granice jego języka.
Ale za każdym razem zwracano go jak niesforny egzemplarz inwentarza, pakunek, mebel do domu udręki i śmierci ostatecznej.
Umierał dłużej niż jezus, może nawet bardziej ze strachu, bo strach jest dużo gorszy niz ból jak dostaniesz, jak to sie mówiło „w skórę”,chociaż ślady zostają pod skórą, zapisują sie w mózgu, jak wspomniałem.
Bo strach jest z tobą zawsze, w każdej sekundzie i minucie. Już na zawsze, w każdym razie jako dziecko uważasz, że zawsze jest teraz. Bo nie ma nic innego poza „teraz” w strachu”.
Kamil umierał zatem dłużej od jezuska za grzechy ludzkości.
Umierał za nic.
A może raczej za ten polski mental.
mental mental hare hare
mental w którym święty jest węzeł małżeński, nawet jak jest węzłem garoty zaciśniętym na szyi najsłabszej osoby w rodzinie.
(powtarzajcie w myślach ten mental mental hare hare, ja już nie mam siły)
mental w którym święta jest rodzina de iure i nie ma z niej wyjścia, nigdy, jest systemem zamkniętym , milczącym na zewnątrz, elastycznym jak pokrowiec z gumy, nie wybierałeś jej i z niej nie wyjdziesz a ona z ciebie, należysz do niej, jesteś jej, może ci zrobić wszystko.
(powtarzajcie)
mental w którym domyślnie dziecko jest własnością rodziców, jak mebel, jak obrazek, jak piec węglowy, trzepaczka, lodówka.
(powtarzajcie wytrwale)
za ten mental, poprzez ten mental. dla tego mentalu Kamil umarł.
I nie zmieni tego nic. Bo Kamila nie ma.
Dołączył do grona kilkudziesięciu śpiących spokojnie aniołków które rokrocznie zasila niebieskie pokoje domu ojca jezusa.
(mental mental)
A teraz minister edukacji burczy, że wszystko działało jak trzeba, a dziecko zabiła patologia rodziny w której nie było dosyć wartości krześcijańskich.
(mental mental)
A premier Mateuszek od razu czuje się w obowiązku pierdnąć, że on to jest za karą śmierci.
(hare hare)
I minister zero, ten co upierdolił finanse wielu organizacji pozarządowych zajmujących się przemocą też wydał z siebie obłok smrodu na temat kary śmierci.
(hare hare mental mental)
Tak jakby zabicie kogokolwiek rozwiązywało problem dzieci bitych w czterech ścianach, dzieci sikających ze strachu niby to z byle powodu, dzieci które legły pod piecem, albo dzieci znalezionych w beczkach na kapustę, albo Szymona z Będzina znalezionego z dziurą brzuchu w stawie.
(mental mental)
Tak jakby lincz – albowiem kara śmierci jest linczem, mój książę – mógł oddalić od nas winę, za to że to znowu się stało.
(hare hare)
Lincz czyli zgoda na okrucieństwo, przemoc wobec bezbronnego, bowiem najbardziej podły skazany na śmierć jest skazanym bowiem jest już jeńcem w wojnie społeczeństwa ze złem, jest zdany na jego łaskę.
(śpiewajcie, śpiewajcie)
Tak jakby lincz był w stanie zagłuszyć te wszystkie razy kiedy czułeś się jak szmata, bezbronny, bez tarczy, bez ochrony, poniżony przez dorosłych, niekoniecznie fizycznie – tu pozdrowienia dla wszystkich wuefistów tego kraju.
Tak, jakby lincz dawał wreszcie poczucie triumfu, spełnionego odwetu, nie w swojej sprawie, ale symbolicznie w każdej.
(hare hare)
Owieczki już milczą? Jesteś już spokojny Zbysiu? Już nikt cię nie skrzywdzi Przemusiu? Mateuszku? Andrzejku?
Kto wam coś zrobił?
Powiecie że was bito i dlatego wyrośliście na porządnych ludzi?
Załóżmy, że to prawda, odważne założenie, ale załóżmy, że tak jest.
(pauza w śpiewaniu nabieramy oddechu)
A co jeżeli wam powiem, że może być tak, że tak samo wy, jak i ja, jak i moi rodzice, i ich rodzice wyrośli bo im się udało
pomimo tego?
Byliśmy bici, poniżani przez pokolenie, którego nikt nie nauczył inaczej, bo ono także było bite i poniżane, a tamto było jeszcze bardziej bite i poniżane,
ale pozostaliśmy istotami mające odruchy ludzkie
pomimo tej opresji.
I wszyscy razem – hare hare
Nie oburzamy się na bicie, popychanie, szturchanie, poniżanie dzieci, bo sami byliśmy bici, szturchani, poniżani, popychani.
(mental mental)
Żeby stanąć w obronie dziecka dzisiaj
– musielibyśmy skontaktować się ze swoją świadomością dziecka
wtedy.
A to oznaczałoby,że trzeba by było stanąć najpierw symbolicznie w swojej własnej obronie.
Powiedzieć – wiem, pamiętam, że mnie biliście – wujku, mamo, dziadku, babciu, tato, bracie, kuzynie, profesorze, księże katecheto.
A przecież cześć z tych ludzi się dobrze wspomina,
syndrom sztokholmski ma się znakomicie ,
utożsamienie z oprawcą jako mechanizm obronny,
mental mental hare hare,
a niektóre z tych osób sie kocha,
czasem się kocha mimo ich śmierci,
a jednak bili
bo ich bito
ich bito pasem, prętem, pogrzebaczem, trzepaczką,
postęp był, nas bito już raczej gołymi rękami,
potrząsano za fraki, chwytano za skórę na karku, szyi,
rzucano o podłogę w pokoju tak że się jechało jak kamień w curlingu,
także postęp jest,
i tak jak czasem i my bijemy pocieszamy się, że nie tak jak ci pokolenie starsi,
bo ty, ona, ja uderzyłem raz, może dwa razy
a nas bito dziesiątki razy
takie pocieszenie, taki mental
hare hare
ale może już pora powiedzieć to sobie otwarcie,
przy stole na imieninach u cioci,
przyjęciu komunijnym,
na chrzcinach, wigilii rodzinnej,
spotkaniu klasowym po latach
hare hare
– biliście, czułem się jak szmata,
występuję teraz oto w obronie
tamtego dzieciaka, jakiego noszę w sobie,
mówię wam, że zrobiliście źle, powinniście się wstydzić,
biliście i wiem, pamiętam,że mi to zrobilście
a teraz sobie z tym radźcie,
nie będę więcej milczał,
sprawiliście że jakiś czas czułem się jak
szmata.
Ogarnijcie to
hare hare
macie szansę, powiedzcie coś do mnie,
miejscie szansę powiedzieć sami „przepraszam”
będe miał siłę sam przepraszać, kiedy zobaczę was
jak przepraszacie
mental mental jego mać
bicie, poniżanie, popychanie, szturchanie, polewanie wrzątkiem, polewanie zimną wodą, zabijanie wigilijnego karpia o brzeg wanny,
bo inaczej nie będzie wigilii
mental mental
to wszystko są paciorki jednego różańca,
hare hare
to wszystko nas trzyma za gardło,
Kamil spod pieca
Levine ze Świsłoczy
człowiek ze złamaną noga spod granicznego płotu
to te same paciorki różańca, módlcie się do kogo chcecie,
hare hare
ja mówię to wam, którzy żyjecie,
mental mental
wy idźcie i powiedzcie swoim zmarłym
koniec z tym,
czas to przerwać, a ściślej rwać mozolnie dzień po dniu,
od dzisiaj, do teraz
śpiewajmy razem
jebac mental, jebać mental hare hare
hare hare nie bać się już nigdy więcej
jebać jebać i sie nie bać
( a teraz czekam na bana)
*(Ta notatka będzie wymagała uzupełnienia)
**(W komentarzu wrzucam link do petycji Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, zróbmy coś)
Moje funkcję pełnie społecznie, to jasne, ale kawy wirtualnej nie odmawiam –na te prawdziwą nie abrdzo mam czas, ale z góry za wspomożenie mojego trudu publicysty/animatora/wydawcy/autora/maskotki imprezy/ papierka lakmusowego epoki — – dziękuję –
Autor: Radosław Wiśniewski
Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.
Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74
Zostaw komentarz