Do napisania tego wpisu zmotywowała mnie prośba, która pojawiła się w komentarzach pod jednym z moich wcześniejszych postów. Być może nie jestem w stanie wymienić wszystkich ofiar tamtej nocy. Czas zrobił swoje. Wiele nazwisk zatarło się w pamięci, a świadków praktycznie już nie ma. Jeśli pominąłem kogoś, nie wynika to z braku szacunku, lecz z upływu czasu i ograniczeń źródeł, do których udało mi się dotrzeć. Dlatego dziś chcę przypomnieć historię jednej wrześniowej nocy, która na zawsze odmieniła los tej bieszczadzkiej wsi.

Był 10 września 1946 roku. Dzień jak wiele innych. Z pola wracali ludzie zmęczeni robotą. Nikt nie przypuszczał, że wielu z nich po raz ostatni zamknie drzwi swojego domu. Wieczorem zrobiło się dziwnie cicho. Starzy ludzie mówili, że kiedy las milknie, nieszczęście jest już blisko. Koło wpół do dwunastej noc rozdarły pierwsze strzały. Zaraz potem następne. Ktoś wybiegł na drogę i krzyknął UPA! Ludzie zrywali się ze snu. Matki chwytały dzieci, ojcowie ryglowali drzwi. Po chwili było już widać ogień. Za chwilę płonęła cała Łodzina.

Słomiane dachy zajmowały się jak sucha trawa. Wiatr niósł iskry z domu na dom. Jedni uciekali do sadu, inni na pola, jeszcze inni do lasu. Nie wszyscy zdążyli. Tamtej nocy zginęli.

Andrzej Fik miał zaledwie dwadzieścia dwa lata. Mikołaj Fik czterdzieści dwa. Katarzyna Fik pięćdziesiąt trzy lata . Mieczysław Okriak, Aleksander Fedyn, Mikołaj Sawczak, Mikołaj Hołowka, Mikołaj Bagan i młodziutka Czesława Solecka, która nie doczekała nawet dwudziestych urodzin. Katarzyna Fil.

Rano nie było już wsi. W obejściach na drodze i najbliższej okolicy leżały zmasakrowane ciała. Spłonęły dziesiątki gospodarstw. Wszystko, co ludzie budowali przez całe życie, zniknęło w jedną noc. W powietrzu unosił się ciężki zapach śmierci i spalenizny.
Później w dokumentach OUN-UPA akcję nazwano „karno-odwetową” i przedstawiano ją jako odpowiedź na wcześniejsze krzywdy wyrządzone Ukraińcom po drugiej stronie Sanu. Ale ludzi, którzy przeżyli tamtą noc, mówiili o czymś innym.

Opowiadali o płonących domach. O matkach biegnących z dziećmi na rękach. O ludziach, którzy nie zdążyli uciec. O krzykach, ogniu i strachu, którego nie da się wymazać z pamięci. Tamtej samej nocy napadnięto również Witryłów i Hłomczę. W Witryłowie mieszkańcy zorganizowali samoobronę i zdołali ocalić część wsi. Łodzina takiego szczęścia nie miała….

1946 r. Fot. Stanisław Potocki. Archiwum Muzeum Historycznego w Sanoku.

Autor: Jędrus Ciupaga