Według słownika niektórych pojęć używanych w resorcie: rozpracowywanie to -podejmowane przez organy bezpieczeństwa działania o charakterze inwigilacyjno-represyjnym, mające na celu rozpoznanie, kontrolę i neutralizację działalności uznawanej za „wrogą”.
Zbliża się 40 rocznica ogłoszenia Stanu Wojennego, co jak wszyscy wiedzą miało miejsce 13 grudnia 1981 r. Z tej okazji, jak Polska długa i szeroka mnożą się różnorodne inicjatywy mające na celu uczczenie tego wydarzenia. Też, chciałbym się do tych obchodów przyłączyć wspomnieniem dzielnego psa wabiącego się Reksio.
W 1978 roku kupiłem trzyizbową chałupę z niewielką, murowaną stodółką, w której był przez poprzednich właścicieli trzymany Reksio. W chałupie zorganizowałem pracownię ceramiczną, a w stodole trzymałem zapas gliny. Reksio był, jakby to obrazowo określić — morawskim folksdojczem, wyjątkowo brzydkim mieszańcem, stanowiącym połączenie, wyrośniętego o wyłupiastych oczach ratlerka z lisią nieco mordą — jamnika.
Sprawiał przy tym wrażenie dobrze wytresowanego, bo, mimo iż jego byłych właścicieli dawno już nie było — za nic w świecie nie wchodził do środka chałupy, zatrzymywał się na progu drzwi wejściowych. Przy czym szczególnym respektem darzył szczotkę do zamiatania. A tak, cały czas biegał po podwórku.
Wtedy jeszcze pracowałem w szpitalu, do chałupy więc zaglądałem późnym popołudniem. Przywoziłem wtedy Reksiowi żarcie. Ten rytm z psem kontaktów, zakłócały wolne soboty, bo wtedy, w pracowni spędzałem cały dzień z przerwą na obiad. Po pewnym czasie Reksio zaczął kombinować, że najwidoczniej istnieją dwa światy i pewnie ten drugi… jest zdecydowanie lepszy niż jego podwórko, więc kiedy wychodziłem z pracowni na obiad Reksio — zaczął mnie śledzić. Biegł za mną, ukrywając się za węgłami. Tak dotarliśmy pod mój adres w bloku. Nie chcąc, żeby pies się kręcił i ujadał pod drzwiami, wciągnąłem Reksia do mieszkania, zjadłem obiad, coś też Reksiowi z niego się dostało. Następnie psu zarzuciłem pętlę na szyję i z tak skonstruowaną smyczą wróciliśmy do pracowni. Potem jeszcze raz psa na postronku prowadziłem do szczepienia u weterynarza. To wystarczyło, żeby podejrzenie o istnieniu alternatywnego lepszego świata, stało się dla psa pewnością… i Reksio, zaczął od samego rana nasze mieszkanie nachodzić, czekając na mnie, zwinięty w kłębek pod balkonem. Następnie poszedł jeszcze dalej, zaczął mi towarzyszyć w drodze do pracy. Przez parę dni wracał kiedy mnie odprowadził do szpitala pod balkon, jednak potem bezczelnie wtargnął do pracowni i usadowił się pod moim biurkiem.
Reksio miał doskonałe wyczucie tego, co mu wypada, a co mu nie wypada robić, tak, że mało kto się orientował w tym, że chyba byłem jedynym w skali kraju fachowym pracownikiem służby zdrowia, który niczym leśniczy do pracy przychodził z psem.
Dzieci do Reksia się bardzo przywiązały, a on do nich. Nawet imponował swoją mądrością rodzicom żony, z którymi spędzał część wakacji, podczas których pływaliśmy kajakami. Teść nawet nazywał go… magister Reks.
Tenże pokraczny kundel, odegrał w czasach komuny znaczącą rolę stróża naszego miru domowego, bo jak wynika z akt w IPN, w 1979 r. porucznik SB Goczoł musiał zrezygnować, z zaplanowanej w programie operacyjnym przeciwko mnie, określanemu w esbeckim żargonie figurantem o ksywie Tandeciarz” – potajemnej rewizji w naszym mieszkaniu, uzasadniając obawą przed psem, którego szczekanie słyszał, podsłuchując pod naszymi drzwiami. Dodatkową trudnością, która tego dzielnego oficera zniechęcała do przeszukania, było to, o czym pisał w raporcie… że drzwi były zamykane na zamek typu yale, co prawdopodobnie wykraczało poza możliwości manualne wywiadowcy, żeby otworzyć je wytrychem.
Na to, że pies chodzi, zemną do pracy i przez 8 godzin nie chroni naszych pieleszy, zabrakło mu wyobraźni. Zdecydowanie zatem wiele temu psu zawdzięczam, bo jeśliby wtedy doszłoby do tej rewizji, miałbym spore kłopoty, bo wtedy w domu miałem do rozprowadzenia kilkanaście pozycji nielegalnej bibuły, wydawnictw bezdebitowych. A tak dzięki Reksiowi nie zostałem przez Służbę Bezpieczeństwa do końca rozpracowany.
Pewnej nocy Reksio wiedziony mimo podeszłego wieku psią chucią, przez otwarty lufcik wydostał się z mieszkania… i więcej już go nie zobaczyliśmy.
Jolanta Makowska.
Nasz sąsiad miał psa, tez przygarniętego, który bezbłędnie rozpoznawał ubeków i tajniaków. Tak więc całe nasze osiedle wiedziało, kto donosi. Nie było siły, aby udać, że pies głupi i się myli. Natomiast co do jednej osoby mieliśmy wątpliwości. też sąsiad. Człowiek niezwykle poczciwy i uczynny, pomagający księdzu w zbieraniu datków i innych posługach. Zachodziliśmy w głowę, czemu Dingo tak go obszczekuje i aż się pieni na jego widok. Zaczynaliśmy wątpić w mądrość naszego osiedlowego medrka. I co? Ano okazało się potem, że ów poczciwiec był jednym z najgorliwszych tajnych współpracowników SB, a przedtem, za swego młodu pracował nawet jako funkcjonariusz UB. Ale i Dingo, i pies naszych przyjaciół Wnuk Lipińskich, Alik okazali się całkiem nieprzydatni w dniu, kiedy liczyło się chodzących do urn, Wtedy wyprowadzanie psów na spacer było dobrym kamuflażem dla tego liczenia. Ale co zrobić z kundlami, które z jazgotem rzucały się na obserwujących liczących „solidaruchów” tajniaków? A i Dingo, i Alik to właśnie robiły.