Jak widać polski bohater wciąż nie pasuje do takiej wersji historii, w której bohaterami i męczennikami mogą być tylko Żydzi. Witolda Pileckiego nie ma bodaj w żadnym żydowskim muzeum na świecie. Świat nie wie, że polski żołnierz poszedł na ochotnika do Auschwitz, a potem przez 2.5 roku starał się zapobiec dokonywanej w obozie zagładzie – Polaków, Żydów i innych narodowości. Dzięki stworzonej przez siebie więźniarskiej konspiracji zbrojnej chciał wyzwolić obóz – dla portalu Pressmania.pl mówi Tadeusz Płużański.- Kilka różnych ekip filmowych z całego świata zgłaszało się do dzieci rotmistrza, czy do mnie, z chęcią nakręcenia wielkiego, wysokobudżetowego filmu. I za każdym razem rezygnowali, kiedy okazywało się, że Pilecki nie jest Żydem. Wyrażali przy tym zdziwienie, bo przecież w Auschwitz mieli być sami Żydzi – wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej

 

Spłacił już Pan dług wobec ojca, Tadeusza Płużańskiego? Poczuł w końcu ulgę po wydaniu książki „Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy. Biografia”?

– Książkę poświęcam tacie, który swojego dowódcę – rotmistrza Witolda Pileckiego – nazywał świętym polskiego patriotyzmu. Tym określeniem ojciec uhonorował niezwykłą postać bohatera, który przez cale swoje życie realizował misję wierności Ojczyźnie i Bogu. Ale niewiele brakowało, aby podzielił los Pileckiego. Skazany na śmierć za szpiegostwo na rzecz polskiego przecież gen. Andersa, 73 dni czekał na wykonanie wyroku. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał: „Chwytają mnie pod ręce, chociaż idę spokojnie, na tle nieba cień zapłakanej Agnes, prawą stopę uwiera przyciasny but, dlaczego temu z lewej tak zadrżało ramię…? Przecież we mnie już cisza. Jak on to zrobi…? Ten trzeci. Żeby celował dobrze. Z pół metra nie może chybić. Jeszcze trzech dołącza, jeden to naczelnik, drugi lekarz weźmie mego trupa za rękę i stwierdzi zgon, trzeci z plikiem papierów, kto to…? – W imieniu Rzeczypospolitej… Na mocy wyroku… Kłamliwe kule słów. Jeszcze kilka metrów życia. Dlaczego tyle…? Jakiś budynek ze schodami w dół… Twarde uderzenie pod łopatką u wylotu niemieckiego pocisku. To jeszcze nie to… Szczęk rewolwerowego zamka. Ułamek sekundy. Żeby celował dobrze…” Ubecy zamiast do piwnicy poprowadzili tatę na górę – do pomieszczeń administracyjnych. Tam rozbawieni oświadczyli: ty, taki owaki, bandyto, masz szczęście, bo nasz prezydent ułaskawił Cię na dożywocie. – Będę żył – pomyślał. Ale zaraz on, 28-letni mężczyzna, wyobraził sobie całe życie w stalinowskiej katowni. – To już chyba lepiej od razu śmierć…

Pana książka „Rotmistrz Pilecki i jego oprawcy” cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem czytelników. Będzie trzeci nakład?

– Cały czas wydawnictwo „Fronda” robi dodruki. Cieszę się, że czytelnik poznaje wreszcie moją opowieść o rotmistrzu, mój punkt widzenia. Ta książka powstawała długo, trochę odwlekałem jej napisanie, bo wbrew pozorom nie jest łatwo dzielić się sprawami rodzinnymi. Historia rotmistrza to w znacznym stopniu historia mojego ojca: ta sama antysowiecka grupa „szpiegowska”, to samo ciężkie śledztwo na Rakowieckiej, pokazowy proces pod sfingowanymi zarzutami. Ale w końcu musiałem to z siebie wyrzucić.

Znakomity skład, nowoczesna okładka, kształt, układający się do ręki, stylizacja stron na powojenny maszynodruk, krótkie rozdziały, sprawna narracja, technika obracania zdarzeń jak w kalejdoskopie. Na czym jeszcze polega fenomen tej publikacji?

– To w dużej mierze zasługa „Frondy”, której dziękuję za piękne wydanie. O fenomenie trudno mówić autorowi, ale dla mnie najważniejsze było pokazanie losów rotmistrza i jego ludzi po 1945 roku. Książka nie jest typową biografią, bo takie już na rynku są, ale bardziej obrazami z życia naszego bohatera narodowego, dzięki śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kawalera Orderu Orła Białego, Żołnierza Wyklętego/Niezłomnego. Kolejne rozdziały opisują wszystkich morderców rotmistrza:  brutalnych śledczych, cynicznego prokuratora, krzywoprzysiężnych sędziów, ostatecznie kata, który strzelał w tył głowy. Bo na śmierć Pileckiego pracował wielki, zbrodniczy aparat.  Nie mogło rzecz jasna zabraknąć innej ważnej osoby – Józefa Cyrankiewicza.  I jeszcze jedna istotna sprawa: historia Pileckiego nie skończyła się 25 maja 1948 r., ona trwa do dziś. Z jednej strony są osoby, które od lat walczą o to, aby rotmistrz znalazł się w narodowym panteonie – na jego szczycie, tu najważniejsze miejsce należy się dzieciom: Zofii i Andrzejowi, z drugiej strony następcy morderców próbują ponownie wgnieść go w ziemię, zbrukać pamięć. Przykładów takich kłamstw, paszkwili jest w książce wiele. Wojna o rotmistrza trwa i jest częścią dużo większej batalii o przyszłość Polski. Batalii między trzecim pokoleniem AK a trzecim pokoleniem UB.

Zapraszają Pana na spotkania nie tylko w Polsce. Ostatnio gościł Pan w Australii. Jak odbierają Pana wypowiedzi Polacy żyjący w innych niż w kraju warunkach?  Dla  Żydowskiego Centrum Holocaustu, na ich prośbę, przesyłałam książki z podpisem Zofii Pileckiej- Optułowicz. Co się zdarzyło, że wyrzucili stamtąd Rotmistrza???

– Za granicą Polacy są jeszcze bardziej złaknieni tych historii, oddzieleni często tysiące kilometrów od Ojczyzny, tęskniący. Tak było w Australii, gdzie gościłem na zaproszenie kilku polskich stowarzyszeń. I w Melbourne nieoczekiwanie spotkałem się z historią Pileckiego. 16 lutego 2014 r. w Jewish Holocaust Center (Żydowskim Centrum Holocaustu) w Melbourne upamiętniono bohatera. Dzięki kilku działaczom Polonii, tworzącym The Pilecki Project Committe (Komitet Projekt Pilecki) odsłonięto gablotę z informacjami o misji Pileckiego do Auschwitz. Wśród znamienitych gości byli ambasadorowie RP w Australii i Izraela w Australii, przedstawiciele IPN, miejscowych władz, instytucji kulturalnych, stowarzyszeń i organizacji społecznych. O tym niezwykłym wydarzeniu informowały media na całym świecie. Dlaczego niezwykłym? Bo Witolda Pileckiego nie ma bodaj w żadnym żydowskim muzeum na świecie. Świat nie wie, że polski żołnierz poszedł na ochotnika do Auschwitz, a potem przez 2.5 roku starał się zapobiec dokonywanej w obozie zagładzie – Polaków, Żydów i innych narodowości. Dzięki stworzonej przez siebie więźniarskiej konspiracji zbrojnej chciał wyzwolić obóz. I teraz przedstawiciele komitetu zaprosili mnie do zwiedzenia muzeum. Mieliśmy przede wszystkim obejrzeć gablotę z Pileckim. Tam jednak okazało się, że gabloty… nie ma. Usłyszeliśmy, że skoro jej nie ma, to najwyraźniej została usunięta. A jeśli została usunięta, to… miała charakter czasowy. Tymczasem uzgodnienia były zupełnie inne – historia rotmistrza Witolda Pileckiego miała trafić do muzeum na stałe. Jak widać polski bohater wciąż nie pasuje do takiej wersji historii, w której bohaterami i męczennikami mogą być tylko Żydzi.

Wojciech Sumliński nagłośnił sprawę amerykańskiego pomysłu filmu o Rotmistrzu, któremu chciano zmienić narodowość na żydowską. Kuriozalne byłoby zabicie „żydowskiego” Rotmistrza przez Polaków w polskich mundurach… Jest nadzieja, że Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego sprokuruje powstanie filmu o losach Polaka, niezwyciężonego bohatera, godnego najwyższego uznania w świecie?

– To nie jedna taka historia. Już kilka różnych ekip filmowych z całego świata zgłaszało się do dzieci rotmistrza, czy do mnie, z chęcią nakręcenia wielkiego, wysokobudżetowego filmu. I za każdym razem rezygnowali, kiedy okazywało się, że Pilecki nie jest Żydem. Wyrażali przy tym zdziwienie, bo przecież w Auschwitz mieli być sami Żydzi. Mam nadzieję, że ta zmowa milczenia zostanie przełamana, a zapowiedzi pochodzące z ministerstwa kultury są rzeczywiście optymistyczne. Ma powstać kilka superprodukcji dotyczących naszej wspaniałej historii. Nie wyobrażam sobie, żeby jedna z nich nie była poświęcona Witoldowi Pileckiemu.

Dziękuję za rozmowę.