Pamiętam jak wiele lat temu śmiałam się z mojej koleżanki która śpiesząc się na pierwszą zmianę poprosiła męża żeby podwiózł ją do sklepu po bułki na śniadanie. Była zima, godz. 5.30 czyli czas kiedy „normalny” człowiek powinien obracać się na drugi bok a nie gonić do arbajtu.

Mąż pod sklep podjechał, koleżanka wypadła z auta, wpadła do sklepu, kupiła co miała kupić i biegiem z rozmachem wsiadając do samochodu rzuciła tylko krótkie „ruszaj”. Ku jej zdumieniu auto nawet nie drgnęło, więc chcąc ponaglić męża podniosła głowę i z przerażaniem zobaczyła swojego ślubnego pukającego się wymownie w czoło… ale w samochodzie na przeciwko. Kiedy rozejrzała się dookoła zobaczyła roześmianą gębę jakiegoś gościa obok i morderczy wzrok kobiety siedzącej na tylnym siedzeniu. Koleżanka wypadła jeszcze szybciej niż wpadła i do samej pracy słuchała pokornie wymówek swojego męża że ona to kiedyś głowę straci….

Pamiętam że płakałam ze śmiechu kiedy tego słuchałam… ale Pati przecież taka roztrzepana jest to jej się to mogło przydarzyć… A co ja zrobiłam dzisiaj? Zawiozłam młodego do kościoła na roraty a sama sruu do auta i szybko na zakupy. Zaparkowałam, wpadłam do sklepu, przeleciałam między półkami, zapłaciłam i biegiem do auta. Kluczyk do drzwi… i nic… Nie da się przekręcić. Mocuję się mało wihajstra nie złamię a on nawet nie drgnie. No przecież nie zamarzł! Nie ma trzydziestu stopni mrozu! Wkurzona na maksa rzuciłam wiązankę godną bosmana i zajrzałam do środka szukając tam rozwiązania…

– Ja pitolę… Ale porządek… to chyba nie moje – powiedziałam sama do siebie bo człek czasami musi sobie z kimś jentelygentnym pogadać i odsunęłam się od samochodu wpadając na gościa słusznych rozmiarów.
– O sroki… właśnie zauważyłam że nie moje… Za czysto Pan ma.

I w tył zwrot…. moja bźdźągwa stała obok. Wsiadłam i ruszyłam na pełnym gazie zostawiając gościa z otwartą gębą… Jak ja chciałbym być normalna, ułożona i systematyczna…