Właśnie w naszym środowisku przetoczyła się dyskusja o orzeczeniu jednego z sądów, którego zdaniem zwolnienie lekarskie nie zwalnia adwokata od wykonywania niektórych czynności. Grupa autorów od dawna ilustruje nasze problemy zawodowe opowiadaniami o fikcyjnej adwokat Zuzannie Zuzanna Sankja. Dziś ja poczułam wenę twórczą 🙂

[Opowiadanie satyryczne, wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe, a opis procedur medycznych ma się tak do sztuki medycznej, jak „Prawo Agaty” do k.p.c.]

Adwokat Zuzanna Sankja z ulgą wyłączyła komputer. Było późne piątkowe popołudnie. Wydrukowaną apelację podpisała, złożyła i zapakowała do zaadresowanej koperty. Uf, zdąży nadać przed 18.00, bo inaczej musiałaby pędzić 50 kilometrów na najbliższą pocztę całodobową. Jeszcze tylko musi wpisać adres sądu do książki nadawczej i można ruszyć na pocztę a potem hurrraa! Długi weekend, bo 12 listopada niespodziewanie ustanowiono dniem wolnym od pracy. – Wreszcie trochę odpocznę, ostatnio naprawdę za dużo pracuję – pomyślała.

Od niedawna czuła coraz silniejsze pieczenie w klatce piersiowej. Wybierała się do lekarza, ale ciągle brakowało czasu, zresztą dla sądów zwolnienie to tylko kiepska wymówka. A tymczasem łykała środki na zgagę, które zresztą niewiele pomagały. Ręka też drętwiała, ale nic dziwnego, przy takich wiadrach kawy, jakie codziennie piła, magnez musiał się wypłukać.
————
Zuzanna widziała już pocztę, gdy poczuła rozrywający ból w klatce piersiowej. Krzyknęła, złapała się za piersi i osunęła na chodnik. Z trudem łapała powietrze. Próbowała wyciągnąć telefon, ale ręce miała zdrętwiałe i nie była w stanie otworzyć torby. Wreszcie po dłuższej chwili jakaś kobieta w średnim wieku zainteresowała się nią.
– Co pani jest? Pani się źle poczuła? Wezwać pogotowie? – zapytała kobieta.
Zuza dysząc tylko pokiwała głową. Ból powodował mdłości, a bała się, że jeśli zwymiotuje, to pogotowie weźmie ją za pijaczkę. Była na granicy przytomności.
Ambulans przyjechał bardzo szybko, a wokół Zuzy zebrał się już tłumek.
– Co się stało? – zapytał lekarz.
Zuzanna z trudem pokazała na klatkę piersiową:
– Straszliwie boli… tu… wcześniej piekło kilka dni… niedobrze mi…
– Boli w klatce? – upewniał się lekarz. – A ból jak silny w skali od 1 do 10?
– Maks… – wyszeptała Zuzanna.
– Bierzemy ją do karetki – zarządził lekarz i w tym samym momencie dwaj mężczyźni w pomarańczowych kurtkach troskliwie wzięli ją na ręce. W karetce ułożyli na noszach i zmierzyli ciśnienie.
– 80/45 i bradykardia – usłyszała Zuzanna.
– Jedziemy do szpitala? – zapytał kierowca.
– Nie, najpierw zrobimy ekg z teletransmisją. Samochód musi stać.
Tymczasem tłumek pod karetką psioczył:
– Coś się nie spieszą!
– Takie konowały tylko patrzą, aby się polenić!
– Na filmie widziałam, że powinni jechać na sygnale do szpitala, a oni kawkę sobie pewnie piją tam w środku.
A wewnątrz ambulansu toczyła się walka. Rozebrano Zuzannę i podłączono ekg, włączono ogrzewanie. Potem podano nitroglicerynę wziewnie i podjęzykowo, tlen do nosa, a także jakiś zastrzyk. Ratownik sprawnie wkłuł się w drugą rękę i założył wenflon. W ciasnej karetce ruch był jak na dworcu. Rozległ się pisk urządzenia sygnalizując zakończenie teletransmisji. Lekarz rzucił okiem na wydruk ekg i cicho zaklął.
– Łącz mnie z Banacha – rzucił do kierowcy. – Szykujcie klopidogrel i ASA. Nie podawaj heparyny.
Kierowca wywołał radiowo centrum konsultacyjne na Banacha i podał numer jednostki Zespołu Ratownictwa Medycznego, po czym przekazał mikrofon lekarzowi.
Zuza traciła świadomość, ale jak przez mgłę słyszała:
– …rozległy zawał przedniej i dolnej ściany… dobrze, zamiast klopidogrelu damy ticagrelor 180 miligramów… tak, zadysponujemy śmigło… dzięki…
– …doktorze, tu zaraz jest plac targowy, śmigło spokojnie wyląduje…
Zuzanna poczuła kolejne ukłucie, ratownik szykował kolejne ampułki, a tymczasem gniewny tłum pod ambulansem wydelegował swojego przedstawiciela, który zapukał w szybę.
– Czego? – przez uchylone drzwi warknął kierowca, próbując wywoływać dyspozytora Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
– Powinniście jak najszybciej wieźć ją do szpitala! My jesteśmy oburzeni… – zaczął groźnym głosem obywatel.
– Spadaj na bambus. – i drzwi zatrzasnęły się tuż pod nosem przedstawiciela oburzonego społeczeństwa.
– halo, tu ZRM nr… wzywamy zespół LPR w kodzie jeden, powtarzam kod jeden do pacjentki z rozległym zawałem, do miasta… co? nie wylecicie?… zbyt niska podstawa chmur w Warszawie i mgła?… jasna cholera! No trudno, dzięki.
– Doktorze, musimy na kołach. Do najbliższego czy na Banacha?
– Różnica będzie 20 minut, a w powiatowym ona nie ma szans, musi trafić jak najszybciej na salę operacyjną. Ogień na dach i jedziemy.
Ale Zuzanna już tego nie słyszała.
Po około kwadransie urządzenia monitorujące zaczęły wyć jak oszalałe. Lekarz rzucił okiem na ekran i krzyknął:
– Atropina 1 miligram! Przytrzymaj, wyżej, tak. Dawaj prąd, ma migotanie komór. I na chwilę przestań wentylować.
– Ładuję… odsuń się… jest…
Ciało Zuzanny aż podskoczyło na noszach. Po chwili alarm ustał. Co więcej, Zuza jęknęła i otworzyła oczy.
– Mamy ją! Wróciła! – z ulgą powiedział ratownik.
– Doktorze… – wyszeptała Zuzanna – ważne…
– Cicho, odpoczywaj!
– Doktorze… w mojej teczce… koperta… dziś musi być wysłana… dziś… bardzo ważne…
– Dobrze, ale już nic nie mów. – odpowiedział lekarz.
Zuzanna przymknęła oczy. Niestety, po chwili urządzenia znów sie rozwyły.
– Defibrylacja!
– Szlag, nie załapała…
– Adrenalina pół miligrama, nie, daj cały! Psia krew!
– Oporna na defibrylację! Podaj jeszcze amiodaron, szybko!
– Wentyluj. A ty nie możesz jechać szybciej?!
– Mgła jak diabli, doktorze!
– Ciśnienie nieoznaczalne.
– Wytrzymaj, dziewczyno, jeszcze kilka kilometrów!
—————-
Lekarz na SOR obejrzał wydruk ekg i z kwaśną miną powiedział:
– Trupa żeście mi przywieźli, przecież ona nie żyje już od dobrych 15 minut. Trzeba wypełnić papiery. Macie jej nazwisko?
– Nie zdążyliśmy. Tu jest jej portfel, a tu telefon, ale nie ma na liście kontaktów nikogo oznaczonego jako ICE, więc nie wiadomo, kogo powiadomić.
Otworzyli portfel, w którego okienku były fotografie dwojga małych dzieci, chłopca i dziewczynki.
– O, jest dokument. Legitymacja adwokacka na nazwisko Zuzanna Sankja.
W tym momencie jakby na zamówienie telefon zadzwonił, ukazał się napis „Marysia”. Ratownik odebrał, ale zanim się odezwał, młody kobiecy głos szybko mówił:
– Cześć Zuza, no mam już te bilety na jutrzejszy Koncert dla Niepodległej, to jak się umawiamy, ja mam po was podjechać czy wy po mnie?
– Przepraszam, tu Artur Górski z Zespołu Ratownictwa Medycznego. Kim pani jest dla pani Zuzanny?
– Eeee… siostrą, a co? Coś jej się stało?
– Z przykrością muszę przekazać, że pani Zuzanna nie żyje. Rozległy zawał serca. Ciało jest w szpitalu na Banacha. Bardzo mi przykro. Informacje i dokumenty uzyska pani u lekarza dyżurnego na SOR.
—————–
Lekarz i ratownik wyszli powoli z SOR. Kierowca sprzątał jeszcze wnętrze karetki, które wyglądało jak po bitwie. Zapalili papierosy.
– Widziałeś te zdjęcia w portfelu? To jeszcze malutkie dzieci. Dziewczyna nie zobaczy ich pierwszej randki, balu maturalnego, nie poprowadzi ich do ślubu. W takich chwilach nienawidzę mojego zawodu. Przegraliśmy. – Artur odwrócił głowę, aby lekarz nie zauważył wzruszenia. Ale lekarz z nieznanych przyczyn też uporczywie wpatrywał się w przeciwną stronę.
Przez chwilę milczeli. Nagle lekarz zerwał się:
– Czekaj, ona prosiła, aby nadać list z teczki, koniecznie dziś. Gdzie ta teczka? W karetce? Dawaj.
—————-
Ambulans na sygnale zahamował z piskiem opon przed Pocztą Główną na Jasnej. Lekarz i ratownik wkroczyli do środka, a tłum w kolejce rozstępował się przed nimi, jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Pani w okienku westchnęła:
– Znów jakiś adwokat umarł? To już trzeci w tym miesiącu. Tylko niech pan pamięta, żeby dowód nadania koniecznie oddać rodzinie wraz z rzeczami, koniecznie!
Lekarz wysupłał drobne z kieszeni i zapłacił.
Po czym obaj panowie wyszli z poczty z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Nie uratowali wprawdzie młodej kobiecie życia, ale uratowali coś znacznie cenniejszego – termin do wniesienia apelacji!

Foto ze strony Paramedic Poland Ratownictwo.