Znów zaczyna się jazda. Projekt o „podsłuchach”. Trochę przypomina rozwiązania amerykańskie i brytyjskie. Tego jednak nikt nie zauważy. Nie mam zdania zresztą na ten temat, ponieważ każdy projekt będzie zły, a służby specjalne, te prawdziwe, a nie strzelające, zawsze będą stosować takie techniki. Problem, moim zdaniem, leży zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w zabezpieczeniu służb przed wplątywaniem ich w politykę.

Zgodnie z przewidywaniami rozpoczęła się jazda w sprawie projektu „ustawy o podsłuchach”. Mainstream bije na alarm. Nikt nie wie o co chodzi, ale krzyczy o kolejnym „zamachu na demokrację”. Po „bombie atomowej”, pseudo centrum „kontrwywiadu” czas na „podsłuchy”.

Przeczytałem ten projekt i nic w nim dziwnego nie widzę. Normalnie. Jak w USA i kilku innych krajach. Nie godzę się tylko z zapisem o „18 miesiącach”, które ustawodawca określił jako granice czasową dla bilingów. Pan Piotr Niemczyk stwierdził, w trelewizji, że „co to za śledztwo, które trwa półtora roku”, kwestionując, jak zrozumiałem, potrzebę „tak długiego okresu sprawdzeń”.

Nie śmiem porównywać się z fachowością tego specjalisty od służb specjalnych, ale chciałbym nieśmiało nadmienić, że istnieją sprawy, które okres ten przekraczają. Są to na ogół sprawy szpiegowskie, gdzie czasem warto sprawdzić kontakty figuranta nawet kilka lat wstecz. Takaż to bowiem, jest natura kontrwywiadu.

Cóż? Jam praktyk jeno, a nie naukowiec i specjalista. Sprawy prowadziłem sam, czynności operacyjne, też, kwity pisałem, a nie czytałem o nich. Nie znam się więc i nie mam racji.