Wypowiedź tej kobiety (zobacz) potwierdza moje spostrzeżenie: prawdziwy konflikt antagonistyczny sprawia, że jakakolwiek moralność uniwersalistyczna traci grunt pod nogami.

Doskonale rozumiem jej racje i w ogóle – argumenty strony palestyńskiej. Zasadniczo – one są nie gorsze niż argumenty strony żydowskiej. Rozumiem je, ale to nie znaczy, że je popieram.

Wojna jest czystym konfliktem i próby jej oceny z punktu widzenia etyki uniwersalistycznej zasadzają się na podważeniu racji partykularnych. Tymczasem, każda strona konfliktu swoje działania opiera przede wszystkim na racji partykularnej i ulega dopiero pod argumentem siły. Tą siłą może być bezpośrednia siła fizyczna przeciwnika lub siła zewnętrznego arbitra, który narzuca określone rozwiązanie, lecz zawsze jest to po prostu siła: wojska, pieniądza lub wykluczenia z dalszej gry.

Właśnie dlatego odmawiam dyskusji na temat konfliktów w ramach dyskursu moralnego. Wojny zawieszają ocenę moralną do chwili rozstrzygnięcia. Ostatecznie – strona zwycięska zmienia reguły metodą faktów dokonanych a strona pokonana może się z tym pogodzić albo szukać kolejnej okazji do stanięcia na nogi. Los Polski jest tu dobrym przykładem takiej „wańki-wstańki”. Ostatecznym arbitrem jest tylko czas.

Wojna stwarza jednak pokusę eksterminacji całych etnosów i tutaj dochodzą do głosu względy kulturowe. Chrześcijańska Europa nie była wcale wolna od takich pokus. Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego wykształciło formację marchii, jako formy zbrojnej administracji pogranicza, gdzie metoda eksterminacyjna była po prostu normą. Działalność Zakonu Krzyżackiego była kontynuacją tej strategii. Metodą eksterminacyjną Zakon rozprawiał się z pogańskimi plemionami Prusów, Jaćwingów czy Galindów. Jedynie zwycięstwo pod Grunwaldem zatrzymało ten proces i pozwoliło przetrwać tym etnosom w resztkowej formie, np. jako społeczności Wigrów. Marchia, jako utrwalona forma polityki frontowej przetrwała w Niemczech do czasów nowożytnych i kształtowała politykę Prus wobec Polaków i Słowian Połabskich aż do czasów współczesnych. W jakimś stopniu – Holocaust był, moim zdaniem, bezpośrednią spuścizną tej eksterminacyjnej mentalności.

Zarazem jednak, polityka eksterminacyjna oznacza ogromne koszty. Ponieważ w średniowiecznej Europie ukształtowały się duże, prężne etnosy, które stawiały zbrojny opór przeciw takiej polityce (wyrazem takiego oporu była przecież Bitwa pod Grunwaldem), Europa zasadniczo porzuciła tę strategię na rzecz mniej radykalnych rozwiązań, co na trwałe wpisało się w europejską mentalność i zostało ostatecznie, po okresie wojen religijnych, przyjęte przez Kościół w jego nauczaniu na tematy narodowe, przede wszystkim pod wpływem upowszechnienia się koncepcji państwa suwerennego Jeana Bodina (Sześć ksiąg o Rzeczypospolitej, 1576).

Tego typu refleksja aż do czasów współczesnych nie nastąpiła u ludów stepowych ani u Arabów, gdzie jest ona wciąż bardzo młoda. Fizyczna eksterminacja opornych etnosów jest w tym kręgu kulturowym wciąż żywą normą. Widzimy ją w polityce władz Chin wobec Tybetańczyków czy Ujgurów oraz właśnie w stosunku Arabów do Izraela. Zarazem – żyjący w Izraelu Żydzi, którzy są osadzeni w takich właśnie realiach – z najwyższym trudem opierali się tej mentalności. Aż do teraz.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że państwo żydowskie stanęło przed egzystencjalnym dylematem jak w czasach eposów: my albo oni – nic pośrodku. Akcja Hamasu sprzed kilku dni obudziła starożytne demony. Pozostający pod wpływem Azji Bliski Wschód nie jest Europą. Jest inną kulturą, która nie ma za sobą doświadczenia Europy. Jest kulturą odmienną, z innym niż Europa poglądem na temat „załatwiania spraw”. Odmienna jest tam „pasjonarność” (termin Lwa Gumiłowa). Tam się spraw „nie odpuszcza” – tam się żyje zemstą. Zemsta jest tam nie tyle sprawą prywatną, ile formą polityczną, która realizuje się w codziennym życiu podlegając wyłącznie normie religijnej. Dlatego nawet świeccy, liberalni Żydzi, którzy sprzeciwiają się rządom Benjamina Netanjahu, stanęli do walki, bo rozumieją, że jest to bój egzystencjalny. Od walki powstrzymują się jedynie ultraortodoksyjni Haredim.

Zachód z jego dyskursem prawnoczłowieczym jest wobec tych energii praktycznie bezradny. Jedyne co pozostaje, to odwoływanie się do racji praktycznych: „to się Wam nie opłaci”. Żadne moralizatorskie apele o poszanowanie „prawa międzynarodowego” nie mają tu sensu. Sprawa rozstrzygnie się w ramach czystego dyskursu siły, gdzie kolektywny Zachód będzie ważył między poparciem dla Izraela a zagrożeniami ze strony świata arabskiego i projektował swoją ocenę na przywódców izraelskich. Z punktu widzenia Izraela zaś – im bardziej będzie musiał uwzględniać racje uniwersalistyczne, tym bardziej przegra w bieżącym konflikcie. Zostanie z problemem rosnącej populacji palestyńskiej już na zawsze, aż go ta populacja rozsadzi.