Jako 3 latek trafiłem z rodzicami do Nigerii. Rodzice wysłali mnie najpierw do brytyjskiego, protestanckiego przedszkola, a następnie do brytyjskiej, również protestanckiej, szkoły Świętego Zbawiciela (swoją drogą przy okazji pisania tego postu odkryłem, że moja szkoła nadal istnieje i ma nawet stronę internetową). Żeby było jeszcze zabawniej w przedszkolu, gdy organizowano Jasełka, grałem rolę Jezusa. Panie przedszkolanki powierzyły mi tę rolę nie w ramach prowokacji wobec Ojca – ambasadora PRL, ale dlatego, że nie za bardzo umiałem mówić po angielsku, a jedyne role „nieme” to były baranki i Jezus, a ja nawet nie umiałem poprosić o bycie barankiem (którym podobno bardzo chciałem być). Ojciec dostał za to, że wysłał mnie do szkoły brytyjskiej, a nie tej przy ambasadzie ZSRR tzw. „OPR” od pewnego pryncypialnego towarzysza z KC, ale się nie przejął i ze szkoły mnie nie wypisał. Angielski w efekcie opanowałem na tyle, że jako kilkulatek posiłkowałem się w rozmowach z Dziadkiem w Warszawie angielskim. Dziadek, Powstaniec Warszawski, uznał to za skandal. Efekt tego był taki, że moja Mama, która była nauczycielką, po brytyjskiej szkole zaganiała mnie do dodatkowej nauki w domu, co było ewidentną niesprawiedliwością.

Minęło 30 lat i pewien pryncypialny antykomunistyczny polski dyplomata usłyszawszy jak mówię po angielsku zadał mi pytanie gdzie się tak nauczyłem tego trudnego języka. Odparłem zgodnie z prawdą, że byłem z rodzicami na placówce i chodziłem do brytyjskiej szkoły. Pan dyplomata, który z angielskim był tak jakby na bakier przez zęby i nie kryjąc wrogości skomentował, że „no tak jedni walczyli o wolność, a inni mieli wszystko”. Pomijając to, że pana dyplomaty nie ma w żadnej encyklopedii Solidarności, a zarówno w PRL, jak i przez 20 lat po PRL można się było pewnie angielskiego nauczyć to clou tej historii jest takie, że pryncypialni towarzysze i pryncypialni antykomuniści (szczególnie ci, co się na walkę z PRL ledwie załapali) wyjątkowo często mają do tego angielskiego taki mniej więcej stosunek jak Himilsbach. Albo może tak to już jest, że im bardziej jest się pryncypialnym tym gorzej z wszelkimi innymi talentami.

Talentów do języków nie mają niestety nasi politycy. Ostatnio popis angielszczyzny dał europoseł Jaki (vide link). Pan Jaki jest, jak wiadomo, pryncypialny. Mejbi dis is łaj hi spiks inglisz not ol dat perfektli.

Skądinąd jak się jest politykiem i się mówi kiepsko w jakimś języku, to trzeba korzystać z tłumaczy. Ludzie pryncypialni to do siebie jednak mają, że z reguły nie wiedzą, że są w czymś kiepscy.

…………..

https://twitter.com/nocnaz/status/1305540042388103168?s=21&fbclid=IwAR0reQ3G-xiOcLY-MUniwuCo4j5K5t-mGuXCkc27XVlMqBSbdLfkbLEDpaM

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)